|
Skład: Dave Hill - śpiew; Les Hunt - gitara prowadząca; Mal Spooner - gitara rytmiczna; Chris Ellis - gitara basowa; John Wright - perkusja
Gościnnie: Andy Richards - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Pete Hinton
Jak wygląda świat za bramami piekieł? Jeśli grają tam taką muzykę, jak na drugim studyjnym krążku Demon, być może nie jest to ostatnie miejsce, do którego chcielibyście trafić. The Unexpected Guest jest jedną z tych płyt, które zostały niezasłużenie spowite warstwą kurzu i mało kto do nich wraca. Szkoda, bo po wielu latach odkrywa się, że Brytyjczycy mieli w muzyce do powiedzenia znacznie więcej, niż ich koledzy po fachu, poruszający się w stylistyce NWOBHM.
Opisywane tutaj wydawnictwo dowodzi prawdziwości tej ostatniej tezy. W porównaniu ze swoim debiutem, na The Unexpected Guest ekipa z Leek złagodziła brzmienie, spoglądając bardziej przyjaznym okiem w kierunku AOR-u i tradycyjnego hard rocka, choć podstawa rytmiczna i aranżacyjna większości utworów tkwi swoimi korzeniami w "nowej fali brytyjskiego metalu", a teksty oscylują wokół tematów mrocznych, diaboliczno-okultystycznych. W demoniczny świat wprowadzają nas tajemnicze, klawiszowe dźwięki Intro: The Observation, którym towarzyszą odgłosy ciężkich kroków. Ten wstęp przerywa uderzenie soczystych, gitarowych motywów Don’t Break The Circle, przepoczwarzających się w coś, co pod względem rytmicznym niby można zaklasyfikować do NWOBHM, ale w jego wokalizach, zwolnieniach i solówce jest mnóstwo odniesień do klasycznego hard rocka. Innymi słowy, kawał dobrze przysmażonego, rockowego mięcha. Ze znacznie łagodniejszej, melodyjnej strony (chociaż wciąż nie pozbawionej pewnej dozy drapieżności) kwintet pokazuje się w The Spell. Tutaj czuje się już piętno AOR-u, wkradające się w delikatnie uzupełniających aranżację partiach klawiszy, w przebojowym przedrefrenie i refrenie. Bombastyczność tego numeru nasuwa skojarzenia z twórczością Magnum. Mniejsze wrażenie robi Total Possesion, który ze swoim "patatajowym" rytmem, unisonami i dość sztampową melodyką nie wykracza poza pewien schemat gatunku, w ramach którego poruszało się wiele innych zespołów tamtego okresu, jak chociażby Angel Witch. Więcej miłych słów można powiedzieć o wolniejszym Sign Of The Madman, w którym zgrabnie połączono elementy AOR-owe, i southern rockowe (trochę w stylu tego, co uczynił Blackfoot na wydanej w tym samym okresie płycie Siogo). Słuchając tej bezpretensjonalnej melodii, ciepło brzmiących gitar i kołyszących rytmów można się dziwić, że piosenka nie stała się większym przebojem. Victim Of Fortune to porcja takiego "tupanego" hard rocka w starym stylu lat 70-ych, przywodzącego na myśl kawałki UFO z drugiej połowy lat 70-ych, być może dzięki epickiemu i jednocześnie zachrypniętemu głosowi wokalisty... Have We Been Here Before łączy w sobie nieco punkowy nerw zwrotki z dużą dawką melodyjności w refrenie i takie połączenie kupuję, pomimo prostoty całości, zwłaszcza że nieco monotonne gitary są tu zgrabnie uzupełnione klawiszowym tłem. Najbardziej niezwykłym wynurzeniem na całym albumie jest chyba Strange Institution, rozpoczynające się niemal "sabbathowym" riffem, a potem nagle zwalniającym i przechodzącym w balladę, jednak nie ma mowy o żadnej pościelówce. Sprawia to mroczna wymowa całości i niezwykły klimat, budowany przez interesujące współbrzmienie gitary prowadzącej (nieco wytłumione), klawiszy i wysuniętego na pierwszy plan basu, którego linie ciągną się jak pajęczyna. W połączeniu z dramatycznym śpiewem robi to spore wrażenie. Zdecydowane, a jednocześnie niepokojące motywy rozpoczynają także The Grand Illusion. I tutaj również można powiedzieć o aranżacji tyle, że jest typowa dla NWOBHM, ciekawie brzmią za to złowieszcze linie wokalne, przypominające wykwity trochę zapomnianych Witchfynde, czy Witchfinder General, a jeszcze fajniej wpasowane w atmosferę solo i "horrorowa" klawiszowa wstawka w połowie długości numeru. W podobne tony uderza trochę wolniejszy, aczkolwiek zaopatrzony w lepszą melodię Beyond The Gates. Tutaj, mimo dużych naleciałości stylistyki NWOBHM, słychać znacznie więcej zaśpiewanego (z tą charakterystyczną, złowieszczą manierą) i zagranego z pasją hard rocka, w jego ciemniejszym odcieniu. Ci, którzy widzieli w Demon jednego z prekursorów doom metalu, mieli sporo racji... Szybciej i trochę bardziej drapieżnie robi się w ostatnim w zestawie Deliver Us From Evil, w którym gardłowy trochę naśladuje Lemmy’ego, a kapela swoimi unisonami dostraja się do tej estetyki. Jak dla mnie wypada to przeciętnie, ale przecież rzadko który krążek składa się z samych dobrych kompozycji.
Czytających tę recenzję uspokajam: pomimo określania muzyki Brytyjczyków z Demon mianem "mrocznej" czy "tajemniczej" nie ma ona nic wspólnego z black metalową sieczką. Mało tego, po latach odkrywa się drzemiący w załodze z Leek potencjał przebojowości, który znacznie przewyższał to, co miała do zaproponowania większość konkurencji, grająca w podobnej konwencji. Tym samym zachęcam wszystkich do zapoznania się z The Unexpected Guest, bo warto.
Oficjalna strona zespołu: www.the-demon.com
Hardlover kwiecień 2010
|