|
Relacja z koncertu Deep Purple 28.10.2010 r., Hala Podpromie, Rzeszów
Po raz kolejny miejscowość specjalnie nie słynąca z wielkich koncertów wielkich gwiazd podjęła się zorganizowania imprezy, jakiej wcześniej nie widziała. Tym razem to Rzeszów, obok bardziej już ukoncertowionych Katowic i Wrocławia przekształcił się na jeden dzień w stolicę fanów Deep Purple przy okazji Tour 2010. Po raz kolejny dinozaury odwiedziły kraj nad Wisłą, jak zwykle oczekiwani z niecierpliwością. Bilety, których sprzedaż ruszyła już w kwietniu, rozchodziły się jak świeże bułeczki, czego dowodem były tłumy zmierzające do hali na Podpromiu 28 października.
Samochody z najdalszych zakątków Polski (widziałam rejestracje KOL (;)) jak i NE) zatrzymywały się na parkingu na rzeszowskim Podpromiu, gdzie w blasku świateł odbitych od Wisłoka miały czekać na zakończenie poruszającego wydarzenia. Od nastolatków z włoskami sięgającymi ledwo za uszy, przez starych rockowych wyjadaczy, aż po zagubionych panów w kaszkietach, wszyscy ustawiali się w kolejce do bram. Wszystko odbywało się punktualnie, jak w zegarku. O 18:30 otworzono bramy... trochę emocji i udało się znaleźć pod samą sceną, co miało wartość o tyle większą, że amatorskie fotografowanie było jak najbardziej dozwolone. Brytyjczykom wyraźnie spodobał się styl polskich muzyków, bo po raz kolejny jako support rockowych gigantów, zagrała grupa SBB. Mimo wyraźnych problemów sprzętowych (nie da się niestety nie zauważyć awarii klawiszy, czy przerwy w linii gitarowej) zespół zaprezentował się doskonale. Znane, stare kompozycje szczególnie ucieszyły bardziej wiekową publiczność, która pamiętała zapewne jeszcze premierowe wykonania Rainbow Man, czy Freedom. Gromkie brawa pożegnały Skrzeka z ekipą po półgodzinnym występie. Po scenie rozpanoszyła się ekipa techniczna, przestawiając i uzupełniając sprzęt załogi Deep Purple.
Rzeszowska hala jest jednostką głównie sportową. Zastanawiałam się, jak wypadnie wytłumianie i akustyka tego obiektu, toteż z zainteresowaniem przyglądałam się skrupulatnemu rozmieszczeniu głośników i odsłuchów. Wśród krzątających się w tę i z powrotem technicznych pojawił się człowiek z kilkoma zapisanymi kartkami papieru, które kolejno przylepiał na podłodze przy stanowiskach, które niebawem mieli zająć muzycy. Czyżby setlisty? Śledząc zestawienia utworów wykonywanych w innych krajach na europejskim Tour 2010, można było spodziewać się kilkunastu utworów, z czego wiele tych mało do tej pory granych i sporo tych z najnowszych albumów. Może właśnie ze względu na taki dobór repertuaru wiele osób rozglądało się z zapytaniem na twarzach, kiedy punktualnie o 21 rozległy się pierwsze nuty Hard Lovin' Man. Wielowatowemu oświetleniu wtórowały flesze aparatów i telefonów komórkowych, które oślepiały artystów. Napominającymi ruchami dłoni Gillan próbował przywołać do porządku kilku najbardziej uprzykrzających mu występ, ale ponieważ nie każdy zorientował się, o co facetowi chodzi, na niewiele się to zdało. Dopiero w przerwie między kolejnymi utworami wokalista uprzejmie wytłumaczył, że nie ma nic przeciwko robieniu zdjęć, ale flesze przeszkadzają jemu i jego kolegom. Pomogło. Muzycy przygotowali prawdziwą gratkę dla swoich fanów, bo oto, jako drugą pozycję wieczoru przedstawili Things I Never Said - numer, który ukazał się tylko jako bonus w japońskiej wersji Rapture Of The Deep - ostatniego albumu studyjnego supergrupy. Dalej już bardziej klasycznie. Charakterystyczne riffy Maybe I'm A Leo rozpoznało już więcej przyklejonych do barierek osób. Prawdziwe szaleństwo zaczęło się jednak wraz z "There once was a woman...". Dziwna kobieta wzbudziła niebywałe poruszenie, dosłownie, bo zauważalnie tłum zaczął się przesuwać raz w prawo, raz w lewo o kilka kroków. Szczególnie dobrze w rytm numeru bawił się... Gillan, który wtórował do mikrofonu grze Morse'a. Do końca kawałka pracownicy Fosy wyprowadzili kilku nad wyraz "uniesionych" uczestników koncertu. Nie wiem, czy bycie przeniesionym na rękach pod samą scenę jest warte utraty przyjemności wysłuchania koncertu do końca, ale o gustach się nie dyskutuje. Orientalny riff jeszcze raz przeniósł nas do albumu z 2005 roku i do tytułowego utworu - Rapture Of The Deep. Wokalista kiwając się z prawa na lewą w białej bawełnianej koszuli i jasnych niebieskich dżinsach bawił się w najlepsze, kiedy z rąk wypadł mu mikrofon. Szczęściem, Gillan ma jeszcze na tyle sprawny refleks, że złapał go sobie na brzuchu, oszczędzając sobie zabawnej sceny. Jak do tej pory setlista była przeplatanką nowych i starszych numerów, więc za ciosem idąc muzycy zaintonowali Fireball. Za plecami zespołu rozwinął się piękny widok na Akropol ozdobiony tradycyjnym logo Deep Purple. Ten oraz zawieszone po bokach połacie białego, niczego nie przypominającego na początku materiały stały się tłem wspaniałej gry świateł, jaką zafundowała nam ekipa oświetlająca koncert. Po bokach sceny natomiast umieszczono telebimy, na których stojący dalej mogli w przybliżeniu obserwować, co dzieje się na w centrum widowiska. Znów coś z nowszych pozycji - Silver Tongue - jedna z najbardziej koncertowych kompozycji z Bananas. Myślę, że wielu słyszących srebrny język po raz pierwszy zapamięta go jako jedną z najlepszych ścieżek wieczoru, tak jak ja słysząc go po raz pierwszy w katowickim Spodku 7 lat wcześniej. Swoboda, z jaką panowie poruszają się po scenie, poklepując się po plecach, pokazując sobie kciuki w górę, to wszystko prezentuje jak dobrze bawią się przynosząc rozrywkę nam, na co dzień zakutym w szkolnych ławach, studenckich salach wykładowych, biurach, urzędach... jak dobrze byłoby cieszyć się tak jak oni tym, co robą w życiu.
"May I present the incredible Steve Morse...". Na scenie pociemniało. Zapaliły się niebieskie i granatowe światła. Ogromy biały okrąg zawieszony na rusztowaniu ponad głowami zespołu stał się gwiaździstym niebem. Najjaśniejszy reflektor zwrócony był na gitarzystę, który spokojnie i z powagą rozpoczął Contact Lost. Brawa ustąpiły miejsca westchnieniom zachwytu. Niby nic szczególnego, wersja jak na płycie, bez szczególnych przedłużeń, ale jak się okazało, był to dopiero wstęp do gwiezdnego solo Morse'a, który przy pomocy tremola, dźwięk po dźwięku wydawał się sprowadzać na ziemię spadające gwiazdy. Niesamowita oprawa płynnie przeszła w linię melodyczną utworu, na który czekałam z wypiekami na twarzy - When A Blind Man Cries. Gillan wrócił na scenę ponownie w białej koszulce, tym razem z nadrukowaną kościstą dłonią, ułożoną w gest pokoju. Nie będę próbowała opisać, jak niewiarygodnym przeżyciem było wysłuchanie tej przepięknej ballady z odległości 3 metrów od wykonawców. Z rozmarzenia wyrwała mnie niezwykle dynamiczna melodia Well Dressed Guitar. Kiedy wokalista schował się z tyłu sceny z tamburynem w dłoni, cała rozległa przestrzeń należała do instrumentalistów. Glover nabił mocny, zdecydowany rytm i zachęcił Morse'a do wyjścia razem z nim na środek, gdy Gillan zachęcał publiczność do klaskania, co oczywiście wszyscy chętnie podchwycili. Zaraz potem, znowu coś czego panowie często nie grają, bo pozycje z Abandon nie są często odświeżane. Wybór padł na Almost Human. Wesołe solo klawiszowe w autorstwa Jona Lorda znakomicie poprowadził Don Airey, trzeba to przyznać, fachowiec jakich mało. Takąż radosną nutą, klawiszowiec zainicjował instrumentalny wstęp do Lazy. Odświeżonej klasyki część dalsza, czyli No One Came, jako preludium do jednego z najlepszych, a już na pewno najlepiej zapamiętanych fragmentów koncertu. Don Airey przyzwyczaił nas już do niespodzianek w postaci polskich akcentów wplatanych w swoją solówkę, toteż i tym razem solidnie odrobił pracę domową i podczas prawie 5 minutowego, niepodzielnego władania sceną przypomniał o mijającym roku chopinowskim i udowodnił, że nadal pamięta melodię polskiego Hymnu. Podczas całego występu telebimy pokazywały palce muzyka tańczące wśród białych i czarnych klawiszy Hammonda, a każda nagła i trudna do przewidzenia zmiana koncepcji gry wzbudzała ogromny aplauz pośród zachwyconych słuchaczy.
Czymże lepiej byłoby zakończyć tak soczysty smaczek, jeśli nie czymś, przy czym tłum oszaleje. Perfect Strangers to jeden z tych numerów, które na myśl przychodzą zaraz po wypowiedzeniu nazwy zespołu. Zupełna ciemność i reflektory, ułamkami sekund oświetlające po jednym z muzyków dodały złowieszczości temu oszałamiającemu widowisku. Już do końca koncertu Deep Purple zadośćuczynili tym, którzy z wyszukanego repertuaru tego wieczoru nie znaleźli zbyt wielu znanych numerów. Dalej już tylko the best of - Space Truckin', próby utrzymania swojego miejsca pod sceną i pozostania przy życiu w rewii szalejących świateł i wypełnionej po brzegi hali na Podpromiu. Czy mogło być jeszcze goręcej? ...a i owszem... można by to zawrzeć w 1 riffie wszech czasów - Smoke On The Water, tego nie mogło zabraknąć! "Steve, what you've got?" zapytał Gillan Morse'a, zanim ten popisał się doskonałą solówką. Koniecznie, również Rzeszów musiał zaśpiewać kilka razy refren największego hitu Purpli. "Thank you very much, we love you, take it easy, bye bye!" - i to ma być pożegnanie? Przecież jasnym jest, że jak tylko zeszli ze sceny, wszyscy fani zaczęli wykrzykiwać zespół na bis i jak w większości przypadków, poskutkowało. Hitów nadal nie dość - na pierwszy bis Hush! Wokal z lekka zaczął już niedomagać, ale od czego jest reszta zespołu, od czego tylu ludzi przed sceną? Morse znaczącym ruchem gitary zachęcił publiczność do śpiewania refrenu, co raczej nie jest trudne ;). W podziękowaniu Gillan poklepał na koniec kolegę po plecach. Do dopełnienia stawki brakowało jeszcze jednego numeru. Zwykle poprzedza go solo Glovera i tak było i tym razem. Cóż tu mówić, Brytyjczycy są perfekcjonistami i w tym stylu utrzymane są solowe partie ich występów. Oczywiście takie umiejscowienie tej partii show jest na celu, gdyż stanowi doskonały wstęp, do tego na co czekają Ci mniej zainteresowani instrumentalnymi umiejętnościami zespołu - Black Night. Wisienką na torcie okazała się kolejna partia solowa, tym razem gitarzysty. Zabawa z powtarzaniem przez widownię zagranych dźwięków zawsze się sprawdza, a i tym razem sprawiła wiele radości i uświetniła już doskonałą zabawę. Jeszcze tylko rozdanie reszty kostek, pałeczek i ostatnich spojrzeń i oto w gromie braw i krzyków panowie zeszli ze sceny pozostawiając wspaniałe wrażenie i niezapomniane wspomnienia kilkutysięcznej publiczności.
Nie po raz pierwszy i mam nadzieję nie po raz ostatni miałam okazję podziwiać wiekowych już muzyków Deep Purple "on stage" i muszę przyznać, że jeśli o żywiołowość i radość bijącą od panów chodzi, to nadal pozostają królami swojego gatunku. Pewne życzenia pozostawiała jedynie akustyka hali w Rzeszowie, ale żywię nadzieję, że jako szybko rozwijające się miasto, również i stolica Podkarpacia doczeka się niebawem sali koncertowej z prawdziwego zdarzenia. Pozostaje mi jedynie podziękować tym, którzy wybrali się na koncert, udowadniając po raz kolejny jak niesamowicie bawić potrafi się polska publiczność i utwierdzając we mnie wiarę w przyszłość muzyki hard rockowej w naszym kraju. Fani Deep Purple, do zobaczenia!
Nienor 28.11.2010
|