Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** DEEP PURPLE - Banany, Mazurek i Gwiezdne Wojny ***

Relacja z koncertu Deep Purple
03.12.2003 r. "Spodek", Katowice

4 grudnia godzina 13. 33. Mimo iż od chwili mojego powrotu z Katowic minęło 13 godzin, emocje jeszcze nie opadły, purpurowy płomień nadal mnie rozpala. Wyniosłość tych słów jest w pełni usprawiedliwiona, wszem i wobec wiadomo, że z zespołem Deep Purple łączy mnie miłość aż do grobowej deski. Mojej ma się rozumieć, bo oni są już nieśmiertelni. Myślę, że nikt nie oskarży mnie o niesprawiedliwość, gdy spuszczę zasłonę milczenia na zespół, który miał to nieszczęście supportować Purpurę. Doprawdy, dostąpili ogromnego zaszczytu, lecz... znaleźli się po prostu w złym miejscu i o złym czasie, co tłum dał im dobitnie odczuć.

Ok. 21 światła zgasły, spodek zupełnie oszalał. Delikatne uderzenia w werbel, w chwilę później pulsujący bas i pomruki gitary sprowokowały tłum do zmasowanego naparcia na wszystko co przed nim. Każdy rozpoznał Highway Star, zatem barierki gwałtownie przesunęły się o niemalże metr do przodu. Przerażenie zarysowane na twarzach panów z Fosy było niezmiernie wyraźne, ja, jako że stałem na samym przedzie,zacząłem poważnie myśleć na tym, jakże pięknie byłoby zginąć na koncercie Deep Purple. Ian Gillan już w ramach powitania postanowił udowodnić nam, że jest w doskonałej formie (no, może nie takiej jak na Made In Japan czy Neon Nights Live Black Sabbath, ale jak na 58 latka, wybitnej) i bynajmniej nie ma zamiaru stać sztywno przy mikrofonie, zatem uraczył nas swoim słynnym wrzaskiem (tak, w tym wieku). Mogłoby się wydawać, że solo do "Highway..." przeznaczone jest jedynie dla Mistrza Blackmore'a, jednak Steve odegrał je z klasą. Mimo iż zrobił to w swoim stylu, można było odczuć, że nie brakowało w tym należnej czci i szacunku dla twórcy. Strange Kind Of Woman, kolejny punkt wieczoru, sprawnie podtrzymał euforię, która nie opadła aż do końca. Nie brakło przedrzeźniania gitary przez Gillana (dla figlarza nie istnieje upływ czasu), tłum szalał skandując słowa refrenu. Morse, Gillan i Glover wciąż uśmiechnięci dawali nam wyraźnie znać, że kochają grać w Polsce, w Katowicach, w Spodku. W końcu, jak to ktoś powiedział, "Polacy to szaleńcy". Trzeci utwór poprzedzony został zapowiedzią dużego Iana, z której to niewtajemniczeni mogli się dowiedzieć, że chodzi o (jakże miłą) miłość francuską. Silver Tongue, pierwsza tej nocy nowość pochodząca ze świetnego albumu Bananas, zabrzmiała o niebo lepiej niż na płycie. Brzmienie było potężniejsze, solo przedłużone. Niby norma w przypadku tego zespołu, ale kochamy takie "normy". Reakcja na nowość była zdumiewająca. Widziałem ludzi, którzy czekali na "bananowe" kawałki, widziałem radość w ich oczach, gdy Steve odegrał pierwszy riff. Niezmiernie mnie to cieszy. Jak było widać i słychać, sprawdziły się one świetnie wśród doskonale znanych klasyków. W końcu przyszedł czas na coś, na co czekałem z największą niecierpliwością. Knocking At Your Back Door z legendarnej płyty Perfect Strangers (1984) rozpoczął się od klawiszowej introdukcji Zdumiewającego Dona Aireya, który w ten sposób udowodnił, że TYLKO ON mógł zastąpić Niezastąpionego Jona Lorda. Młynek po raz kolejny zniósł mnie na prawo, lecz szybko to sobie sprawnie odbiłem. Nie mogło zabraknąć House Of Pain, sztandarowego killera z najnowszej płyty, tym razem wstęp należał do Iana Gillana, który dał popis gry na harmonijce ustnej. Znów dostaliśmy potężnego kopa, Morse i Glover dali pokaz niezwykłej witalności co rusz zmieniając się miejscami na scenie i wspomagając przy tym wokalnie frontmana. "I'm back to the house of pain" wrzeszczały tysiące gardeł, nowości zostały zdecydowanie kupione przez polskich fanów.

Przyznaję szczerze, że zawsze marzyłem o tym by usłyszeć i ujrzeć Lazy na koncercie, tym razem mi się to udało. Niesamowita rock and rollowo - bluesowa energia emanująca z tego koncertu rozbujała Spodek lepiej niż niejeden heavy metalowy hymn. W tym akurat momencie (i tylko w tym) pomyślałem o panu Blackmore, Lazy było zawsze jego koncertowym faworytem i podczas tego kawałka zazwyczaj dawał wspaniały popis, niczym wytrawny sztukmistrz szukając nowych motywów, którymi mógłby wprawić w osłupienie publiczność. Ale to trwało tylko chwilkę, ponieważ Morse nie byłby Morse'm, gdyby nie zatarł w moich oczach (i uszach) obrazu Człowieka W Czerni. Kolejna dowcipna mowa Iana Gillana wprowadziła nas w iście "bananowy" nastrój, bo oto zabrzmieć miał kolejny nowy utwór Bananas. Po raz kolejny bohaterem stał się Steve Morse, odgrywając z polotem (i uśmiechem na twarzy) magiczne partie gitary świadczące o sile tego kawałka. Nie można zapomnieć o pojedynku Airey - Morse, który mógł zakończyć się tylko i wyłącznie remisem.

Pierwsza połowa koncertu dobiegła końca. Gillan w luźnym białym wdzianku rozsiadł się na scenie i z pełną powagą opowiedział o niedawnej katastrofie promu Columbia... Contact Lost. Na scenie pozostał jedynie Steve Morse, rozbłysły wspaniałe światła imitujące gwiazdy. Przedłużona wersja tego mini - cudeńka sprawiła, że w oczach niejednego fana pojawiły się łzy. Utwór piękny, pełen melodii, ale także smutku i nadziei, dopiero na koncercie można było w pełni dostrzec ile znaczy i co z sobą niesie. Tyle treści i zero słów. Na kilka minut Spodek zamarł, wszyscy słuchali w skupieniu jak płacze gitara mistrza... Gdy znów pojawił się Gillan, a Paice zapodał skoczny rytm, publiczność się ożywiła, skupienie zastąpił szał. No tak, Doing It Tonight, nie tylko mój ulubiony utwór z "Bananów", na żywo wypadł oszałamiająco i jeszcze raz potwierdził klasę nowego materiału Deep Purple. Wgnieciony w barierki, pozbawiony tchu pomyślałem, że kolejnego "młynka" nie zniosę... Jak na złość po "Doing It..." Purple postanowili zagrać... Space Trucking. Albo się przyłączasz, albo odpadasz. Resztkami sił dołączyłem do szaleństwa (oj, tam z przodu nie jest to takie łatwe, choć bardzo się chce). Spodek zatrząsł się od chóralnego "Come on, come on, come on, let's go space trucking". Tego potrzebowaliśmy, zapewne to samo czuli fani w Osace w 1972 roku, 31 lat temu, w 1974 w Californii 29 lat temu... To magia... Po międzygwiezdnej przejażdżce nastał czas na powrót do prezentacji nowego dzieła, tym razem utwór, na który czekały moje słodkie znajome - I Got Your Number. Rzeczywiście jest to jeden z mocniejszych momentów płyty, zwłaszcza ze względu na niesamowite zwolnienie i przewspaniałą partię wokalną Gillana, która na koncercie zabrzmiała po prostu fenomenalnie. Well Dressed Guitar kolejny porywający popis Steve'a Morse'a sprawił zapewne, że niejeden malkontent rozpamiętujący dawne czasy poważnie się zastanowił nad swoim stanowiskiem w sprawie obecnego gitarzysty Deep Purple ;). Dla mnie absolutna bomba. Uśmiechnięty Steve przyozdobiony w indiańskie wisiory znów główną gwiazdą wieczoru, znów wszystkie światła skupione na nim i to piękne brzmienie gitary. W tym momencie słowa Franka Zappy "mówienie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze" są zupełnie na miejscu, tam po prostu trzeba było być. Rzeczywiście "Dobrze Ubrana Gitara".

W porządku, najsympatyczniejszy gitarzysta świata dobitnie pokazał nam na co go stać, teraz przyszedł czas na nowicjusza w szeregach Deep Purple (choć starego rockowego wyjadacza). Magii ciąg dalszy. Gdy Ian Gillan odpowiednio zapowiedział klawiszowe solo Dona Aireya, publiczność zgromadzona w Spodku zareagowała długą owacją. I prawidłowo, bo to co się działo przez następne kilka minut przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Don bez nutki pychy, wciąż wyglądając na nieco nieśmiałego i stremowanego rolą jaka mu przypadła (zastępstwo mistrza Lorda to doprawdy olbrzymie brzemię) zakasał rękawy i po raz kolejny wywołał euforię i wzruszenie wśród zebranych. Chopin mieszał się z Bachem i Airey'em ;) i na dokładkę... Mazurek Dąbrowskiego. Wielki gest ze strony tego wirtuoza potwierdzający jeszcze raz jego klasę. Zaskarbił sobie ogromną wdzięczność wśród fanów Deep Purple, którą teraz wspaniale przypieczętował. Jaki inny zespół uraczył nas naszym Narodowym Hymnem w tak wielkim stylu? To dowód na to, że Polska jest krajem bardzo poważnie traktowanym przez Purpurową rodzinę, że bardzo nas szanują i wiedzą, że dla nas są nieśmiertelni. Wkrótce Mazurek przeszedł w... temat przewodni z Gwiezdnych Wojen... Balsam dla duszy. Nigdy nie pomyślałbym, że melodia dzieła Johna Williamsa ma tyle wspólnego z melodią naszego hymnu ;).

Znany wszystkim wstęp i... Perfect Strangers. Po takiej dawce wrażeń wielu było już u kresu sił, jednak dzielnie przyłączyli się do Gillana pomagając mu w śpiewaniu pamiętnych słów "Can you remeber, remember my name" Wyznawcy Purpury oszaleli, co szczególnie uwydatniło się podczas środkowej części utworu, w której Steve i Don odgrywali ten epokowy riff... Krótka zabawa Morse'a z publicznością i nastał czas na kawałek bez, którego nie obyłby się żaden koncert Deep Purple - Smoke On The Water. Znów tysiące gardeł na pełnych obrotach, znów ta radość na twarzach muzyków. I nagle koniec, pożegnali się i zeszli ze sceny. Nie musieli długo czekać na ostrą reakcję fanów, te same gardła, które od 21 śpiewały słowo w słowo każdą z ich piosenek, przywołały ich z powrotem. Jako pierwszy bis otrzymaliśmy Hush. Fenomen tego utworu polega na tym, że po raz pierwszy Purple wykonali go w 1968 roku ale do tej pory nie ubyło nic z jego magii. Gillan nadal bawił się świetnie drocząc się ze Steve'm, spacerując od lewej strony do prawej, od prawej do lewej, my bawiliśmy się świetnie mogąc widzieć i słyszeć tą radość z grania nie stłamszoną przez morderczą rutynę. Szkoda tylko, że solo mistrza Paice'a było tak krótkie, czekałem na długi popis z jego strony, taki jak 3 lata temu w tym samym miejscu. Cóż, cytując Micka Jaggera: "Nie zawsze możesz mieć wszystko". Drugim bisem mógł być tylko jeden utwór... Steve Morse nie byłby sobą gdyby nie pobawił się z publicznością, zaintonował zatem motyw z Norvegian Wood The Beatles... Bawiłby się pewnie dalej, gdyby nie publiczność coraz głośniej "wyśpiewująca" riff Black Night. No i stała się "Czarna Noc" z wszystkim tym, co czarna noc posiadać powinna... Przedłużone solo, dalsza część wesołych potyczek na linii Gillan - Morse, Morse - publiczność i... Definitywny koniec. Żegnali się długo, Gillan uścisnął ręce ochronie nie szczędząc im pochwał, Paicey uraczył kilku szczęśliwców pałkami, wciąż uśmiechnięty Morse porozdawał piórka, maestro Airey ukłonił się grzecznie (w pewnym momencie na jego głowie pojawił się gustowny biały kapelusik)... Najdłużej został Roger Glover, który nie miał ochoty tak szybko schodzić ze sceny, droczył się z publicznością pokazując język, machając nawet nieszczęśnikom ulokowanym najbardziej z boku.

Z Rogerem Gloverem sprawa jest niezwykle ciekawa, facet ma 58 lat, a przez cały koncert zadziwiał wręcz swym wigorem, biegał z miejsca w miejsce, skakał, wykonywał charakterystyczne kiwki (vide Judas Priest) z Morsem... Prawdziwy Huragan. Tak zakończył się ten magiczny wieczór... Mój znajomy, człowiek dość wymagający, ze względu na swój staż w byciu fanem Deep Purple stwierdził, że ujrzał najlepszy koncert Deep Purple od 10 lat... To było moje drugie Purpurowe Show i trudno mi patrzeć na to z perspektywy starego wygi, jednak jestem w pełni usatysfakcjonowany. Spodek pękał w szwach, ludzie świadomi rangi wydarzenia, świadomi statusu gwiazdy, której koncert właśnie dobiegł końca, z zapałem komentowali to, czego przed chwilą doświadczyli. Nie usłyszałem ani jednego malkontenta. Było po prostu pięknie. Środowy koncert był bardzo ważny z jeszcze jednego powodu... Muzycy Deep Purple, oprócz Steve'a i Dona, to panowie w sile wieku i nie wiadomo ile jeszcze koncertów z ich udziałem ujrzymy. Na razie jednak są w doskonałej formie, co wczoraj doskonale udowodnili...

Z Purpurowym pozdrowieniem
BlackHeart
04.12.2003

www.musicinside.pl