Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

DEADRINGER - Electrocution Of The Heart [1989]
Wydawca: Grudge Records / BMG

  1. Everybody Rock
  2. When You’re In You’re In
  3. Love’s A Killer
  4. Secret Eyes
  5. Balls Out
  6. Summa Cum Loud
  7. Double Talk
  8. Dangerous Love
  9. Bring On The Night
  10. Unsung Heroes
Electrocution Of The Heart

Skład: Charlie Huhn - śpiew, chórki; Jay Johnson - gitara elektryczna i akustyczna, chórki; Dennis Dunaway - gitara basowa, chórki; Joe Bouchard - instrumenty klawiszowe, chórki; Neal Smith - perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki

Produkcja: John Stronach

W dzisiejszych czasach przez to, że dziesiątki zespołów kopiują dokonania kolegów po fachu sprzed dwóch lub nawet trzech dekad, określenie "staroświecki" nieco się zdewaluowało. Dwadzieścia lat temu było inaczej, o czym świadczą epitety, którymi co niektórzy fani obrzucali płytę supergrupy Deadringer, zatytułowaną złowieszczo Electrocution Of The Heart. No bo po takim składzie (występujący wcześniej w Victory Charlie Huhn, eks-gitarzysta ArcAngel - Jay Johnson, sekcja rytmiczna Alice’a Coopera, czyli Dennis Dunaway i Neal Smith plus klawiszowiec Blue Oyster Cult, Joe Bouchard) można się było spodziewać czegoś wystrzałowego i modnego, a tu niespodzianka… Albumowi przypinano łatki "archaicznie brzmiącego" i "amatorskiego", ale czy słusznie? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

Fakt jest faktem, krążek brzmi jakby był nagrany przynajmniej pięć lat wcześniej. Większość piosenek oparto na prostych riffach i równo tnącej sekcji rytmicznej, nadając im wydźwięk bliższy raczej Keel czy Quiet Riot, niż herosom późnej sceny hairmetalowej. Te surowe bity skontrastowano jednak z bardzo melodyjnymi frazami wydobywanymi z gardła Huhna i spod palców Johnsona, a także nie nachalnymi podkładami klawiszowymi Boucharda. Całość stanowi mieszankę elementów wczesnego glam metalu, hard rocka i AOR-u. Na inaugurację mamy tu Everybody Rock, szybko zapadający w pamięć utwór spod znaku Quiet Riot, z metalicznie brzmiącymi gitarami skonfrontowanymi z łagodnymi solówkami, charakterystycznym, niepodrabialnym głosem wokalisty, zagrany w tempie raczej średnim, pomimo to bardzo przebojowy. Dalej formacja nie spuszcza z tonu i serwuje nam When You’re In You’re In, którego nerw usatysfakcjonuje zwolenników Victory, a więc występują w nim metaliczne riffy a’la AC/DC, niewyszukana, acz chwytliwa melodia, oraz skandujący chórek, nadający numerowi dodatkowej mocy. W tym kontekście zaskakiwać może umieszczony na pozycji trzeciej Love’s A Killer, który można opisać jako klasycznie piękną power balladę. W jej melodii i akustyczno-elektrycznej oprawie, wspomaganej udającymi smyczki klawiszami, jest coś urzekającego, pulsującego pod czaszką jeszcze długo po wyłączeniu odtwarzacza. Z kolei w Secret Eyes mamy już typowy AOR z odważniej wyeksponowanymi, odegranymi z klasą i wyczuciem partiami klawiszy (chociaż gitary nadal nie ustępują z pierwszego planu). Delikatnie snujący się wokal przypomina mi ten obecny w kompozycjach Vana Stephensona i daję za to kolejny plus Huhnowi i spółce. W Balls Out grupa wraca do hard rocka, tym razem noszącego wyraźne piętno muzyki Alice’a Coopera z czasów Constrictor, co prawdopodobnie jest wynikiem "ciętych" riffów i specyficznej pracy sekcji rytmicznej. Podobnie jak cztery poprzednie, kawałek można uznać za bardzo udany, mimo jego prostoty. W przeciwieństwie do Summa Cum Loud i Double Talk, nie wnoszących raczej niczego ciekawego. W pierwszym z nich po nieco AOR-owej zwrotce wyraźnie brakuje jakiegoś pomysłu na refren, drugi właściwie powtarza patenty z Balls Out, ale tym razem jakoś wcale nie rusza, mimo perfekcyjnych gitarowo-klawiszowych podkładów. Powrót do formy następuje wraz z Dangerous Love, drugą wspaniałą balladą na albumie, tym razem swoją melodyką nawiązującą trochę do Always Gonna Love You Gary’ego Moore’a. Znów pokazuje ona klasę członków zespołu jako kompozytorów i wykonawców, a w pamięci zostaje zwłaszcza cudownie melancholijny refren. I tak sobie myślę, że najsilniejszą bronią supergrupy były właśnie ballady i utwory AOR-owe, szkoda że muzycy nie "poszli na całość" w tym kierunku. Przekonuje o tym Bring On The Night, kapitalna AOR-owa piosenka, przywodząca na myśl wczesny Survivor, z łagodnymi wokalami, pastelowymi klawiszowymi tłami (pomimo ich zastosowania wiodącą rolę pozostawiono wyrazistym partiom gitar) i znakomitą solówką, zagraną w części tappingiem. Płytę kończy Unsung Heroes, czyli znów zabawa w stylistyce zbliżonej do Quiet Riot czy wczesnego Keel, z metalicznie pobrzmiewającą gitarą prowadzącą i jednostajnym basem, chociaż trzeba też przyznać, że z przebojową melodią.

No cóż, radość ze słuchania niektórych wydawnictw można odkryć po wyzbyciu się uprzedzeń. Electrocution Of The Heart jest porcją co prawda rozstrzelonych stylistycznie, ale w większości bardzo udanych kompozycji (cóż z tego, że zagranych w estetyce pierwszej połowy lat 80-ych?), więc album powinien stanowić ciekawe uzupełnienie wielu kolekcji. Od paru zawartych na nim piosenek można się uzależnić...

Brak oficjalnej strony zespołu

Hardlover
październik 2009