|
Skład: Davy Vain - śpiew, gitara; Jamie Scott - gitara; Craig Behrhorst - gitara; Ashley Mitchell - gitara basowa, instrumenty klawiszowe; Louie Senor - perkusja
Produkcja: Davy Vain
Pod koniec ubiegłej dekady Davy Vain postanowił po pięcioletniej przerwie zebrać ponownie zespół ,by przygotować następcę średnio udanego Fade. W rezultacie krążek o tytule In From Out Of Nowhere został wydany jako solowy album Davy'ego, co w żadnym razie nie jest spowodowane jakąś rozbieżnością stylistyczną między tym, co muzycy grali jako Vain i materialem zawartym tutaj.
Przekonuje nas o tym już otwierający album Push Me Over. Dynamiczny sleaze rock, który dokładnie pokazuje, jakie prawa rządziły tym gatunkiem od zarania. Jest punkowa energia, jest melodyka i zadziorność. To na dobry początek, chociaż Push Me Over to jeden z nielicznych tego typu kawałków tutaj. Do tej samej ligii można zaliczyć także Sugar Shack, ale tutaj energia ukierunkowana
jest bardziej na rock and roll, jaki prezentowała grupa AC/DC. No i mamy też Yellow, można rzec, typowe Vain. Większość płyty zawiera jednak spokojne, uduchowione kompozycje, którym nie można oczywiście odmówić braku rockowego pazura. Z całą pewnością nie jest to jakiś pop rock. Czasami zespół ociera się o blues, jak np w pięknej balladzie Electric, kojarzącej się bez mała z dokonaniami grupy Cinderella. Bluesowe liźnięcia gitary idealnie oddają siłę tego typu ballad. Jest w tym żar i pewna doza melancholii. Takie samo wrażenie mam słuchając kawałka Trinity oraz zamykającego całość Capsule. Ale słuchając całej płyty można odnieść wrażenie, że wiele numerów jest do siebie podobnych, jak np. Fly Again i Not Your Space Man. Celowo umieszczono je daleko od siebie na albumie, jednak to nie ma znaczenia, bo słuchając podobnie zaaranżowanych utworów i tak niemal wszystko zlewa się w jedną całość. Ma to oczywiście swoje zalety, bowiem nie ma na tym krążku żadnego wypełniacza, chociaż
część kompozyjcji pod względem melodyki wybija się i to znacznie. Obok wspomnianego Push Me Over, Sugar Shack
i Electric mamy jeszcze utwór tytułowy, bezapelacyjnie najlepszy w zestawie i jeden z najlepszych w całej karierze Vaina. Ba, jeden z najlepszych, jakie ukazały się u schyłku poprzedniej dekady. Mało kto miewał wtedy jeszcze takie pomysły, a przecież kawałek jest prościutki. Te same akordy, tylko inaczej zagrane towarzyszą i zwrotkom i refrenom. Jeśli miałbym porównać pierwszy solowy album Davy'ego z jakąś płytą sygnowaną nazwą Vain, to porównanie może być tylko jedno - Move On It. I myślę, że fanom tego krążka In From Out Of Nowhere przypadnie do gustu szczególnie. Warto jeszcze dodać parę słów na temat produkcji i formy, jaką prezentują bądź co bądź ci sami muzycy, którzy brali udział w sesji Fade (za wyjątkiem Craiga Behrhorsta). Otóż w porównaniu z albumem Fade płyta In From Out Of Nowhere brzmi rewelacyjnie. To selektywne twarde brzmienie, które idealnie sprawdza się w tych kompozycjach i nie sprawia, że wydawnictwo brzmi 'nowocześnie' (czyli nie owijajmy w bawełnę, po prostu niedbale). Muzycy są w świetnej formie, chociaż bryluje oczywiście wokalista wymyślając przeróżne melodie. Dobrym przykładem jest tutaj kawałek In From Out Of Nowhere, który przecież nie wyglądałby w ten sposób, gdyby Vain nie wykreował tej melodii samym głosem
(riffy są tu bardzo proste i szablonowe, tysiące podobnych rzeczy nagrywano przez lata).
Davy to taki trochę szarlatan i myślę, że nie obraziłby się na takie porównanie, zwłaszcza że z tego co wiem, hołduje on hipisowskiemu rockowi z lat '70. No i tym samym również fanom Led Zeppelin mogę polecić ten album. Dla mnie jedna z lepszych płyt końca ubiegłej
dekady.
Oficjalna strona Dave'ego Vaina: www.davyvain.com
LSDisease grudzień 2008
|