Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

DAVID REECE - Universal Language [2009]
Wydawca: Metal Heaven / Digital Nations

  1. Before I Die
  2. All The Way
  3. Flying Close To The Flame
  4. Fantasy Man
  5. The River
  6. I’ll Remember You
  7. Rescue Me
  8. Once In A Lifetime
  9. We Were Alive
  10. Flesh And Blood
  11. Queen Of My Dreams
  12. Yellow
Universal Language

Skład: David Reece - śpiew; Andy Susemihl - gitary; Jochen Fuenders - gitara basowa; Stefan Schwarzmann - perkusja
Gościnnie: Thommy Bloch - chórki; Horst Rock - chórki; Manfred Rollinger - chórki

Produkcja: Andy Susemihl

Długi rozbrat z muzyką niesie ze sobą ryzyko, że ewentualny powrót dawnej gwiazdy nie zainteresuje zbyt wielu fanów jego starszych utworów, albo że nowy materiał nie spełni oczekiwań. Na szczęście nic takiego nie ma prawa się zdarzyć w przypadku najnowszego, solowego krążka Davida Reece’a, artysty znanego z niegdysiejszych występów w Accept i Bangalore Choir. Od wydania jedynego albumu tego ostatniego zespołu wokalista zapadł się pod ziemię na kilkanaście lat, aż do nawiązania współpracy z Gypsy Rose (której efektem było nagranie płyty z tą kapelą w 2008 roku). Kolejne wynurzenie tego uzdolnionego gardłowego, tym razem firmowane jego własnym nazwiskiem, mam przyjemność opisywać właśnie teraz.

Co zmieniło się w muzyce Davida po latach? Wydaje się, że przede wszystkim nastrój i ciężar gatunkowy kompozycji. Dominują w nich tony nieco poważniejsze, niekiedy smutne, innym razem przyprawione nostalgią. Na nowej płycie próżno szukać przebojowego hair metalu, z jakim kojarzył się Bangalore Choir; tutaj kawałki są dojrzalsze i mają inaczej pomyślane struktury: niekoniecznie od razu wpadają w ucho, wymagają większego skupienia, żeby wychwycić obecne w nich smaczki, jednak po którymś przesłuchaniu z kolei absolutnie uzależniają! Wokalista śpiewa tak, że wydaje się być hybrydą Jorna Lande, Davida Coverdale’a i Steve’a Lee, a towarzyszący mu zespół (w skład którego wchodzą muzycy znani z występów w U.D.O) dostroił się do jego maniery, łącząc delikatne, czasem akustyczne zagrywki z ostrymi, ciężkimi, zdecydowanymi riffami. Utrzymany w średnim tempie Before I Die rozpoczynają właśnie takie, metalicznie brzmiące motywy gitarowe. Tutaj muzyka w dużym stopniu odzwierciedla dawne dokonania Whitesnake, chociaż w refrenie mocno zbliża się również do ostatnich wynurzeń wspomnianego Jorna Lande. Jeszcze mocniejszy oddech Białego Węża czuć w następnym All The Way, zwłaszcza w specyficznych, szarpanych riffach i zwolnieniach w zwrotce. Ciekawie i jakby z innej beczki wypada refren, który ze swoją powolną brutalnością odstaje od zwrotki, a całości dopełnia dziwnie melancholijne solo. Okrągłe, solidne riffy Flying Close To The Flame, podobnie jak rozwiązania rytmiczne w tym utworze, można by uznać za odbicie ostatnich dziełek Winger skrzyżowane z melodyką załogi Coverdale’a. W każdym razie brzmi to znakomicie. Nieco lżej, bardziej pogodnie i trochę bardziej funkowo wypada Fantasy Man, chociaż dalej nie ma tu mowy o wesołkowatości, jest to zagrane i zaśpiewane stuprocentowo serio (co, prawdę powiedziawszy, tylko zwiększa siłę przekazu). Niepokojąco transowe motywy rozpoczynające The River połączono z zabarwioną bluesem melodią kojarzącą się z początku z Uncle Tom’s Cabin Warrant, ale potem wrażenie to rozbijają potężnie brzmiące gitary, które wraz z wolnym tempem, nietypowymi, bliskimi progresowi harmoniami i wściekłym wokalem przywodzą na myśl raczej ubiegłoroczne Coldspell. Wolno sunący, obudowany metalicznymi riffami I’ll Remember You zaskakuje ciepłymi wokalizami, których tym razem nie powstydziłby się Steve Lee. Ta świetna i szorstka, choć również potencjalnie przebojowa piosenka mogłaby bowiem z powodzeniem znaleźć się na ostatnim albumie Gotthard. W Rescue Me pożeniono delikatne, akustyczne partie gitar w zwrotce z niepokojącymi, znacznie brutalniejszymi motywami a’la Reb Beach i z idealnie wkomponowaną w to wszystko solówką. Całości tego majstersztyku dopełnia wokal Reece’a, niby brzmiący bardzo tradycyjnie, a jednak jakiś tajemniczo-mroczny, zupełnie jak ostatni Jorn. Intrygujący jest również Once In A Lifetime, startujący od spokojnych, bluesowych, momentami zabarwionych nawet jazzowo nut w zwrotce, przechodzących w bardzo melodyjny, pełen melancholii refren. Oryginalnie brzmi zderzenie tej "whitesnake’owej" melodyki z jazzującą solówką. Nieco mniejsze wrażenie robi prosta piosenka na pozycji dziewiątej, łącząca tradycję ekipy Coverdale’a z zaśpiewami w stylu Jorna Lande We Were Alive, choć żadnego wstydu nie przynosi i trzyma przyzwoity poziom. Stuprocentowym odwzorowaniem starego, dobrego Białego Węża jest za to Flesh And Blood, mający w sobie tę dawną nostalgię, typową dla ballad z lat 80-ych w wykonaniu tamtej ekipy (posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że słucha się go jak jakiegoś zagubionego singla ze złotej ery hair metalu). Melancholijna, smutnawa, akustyczna pościelówka Queen Of My Dreams jest niby przewidywalna, jednakże pomimo oczywistych rozwiązań, motywów rodem z muzyki country, wypada bardzo przyzwoicie, a to ze względu na talent wokalny faceta za mikrofonem. Zamykający wydawnictwo Yellow ma w sobie wiele z zeszłorocznego Coldspell, zwłaszcza w gitarowych podkładach, łączących zagrywki melodic metalowe z nutami bliskimi progresowi, ale również w specyficznym rytmie i sposobie konstruowania melodii. W pracy gitary prowadzącej wyczuwa się tu akcenty lekko psychodeliczne, co nie każdemu musi przypaść do gustu, ale w tej estetyce broni się świetnie.

Universal Language pokazuje, że można uniknąć powielania swojej dawnej twórczości i jednocześnie nie odciąć się całkowicie od korzeni. W dzisiejszych czasach (pełnych muzycznego kanibalizmu) to rzadkie. Ale nowe dzieło Reece’a zasługuje na słowa uznania jeszcze z wielu innych powodów: jest pełne znakomitych i nieszablonowych kompozycji, przemyślanych rozwiązań aranżacyjnych, idealnie łączy w sobie szorstkość z melodyjnością. Uważam, że z tym materiałem powinien się zapoznać każdy szanujący się fan hard rocka.

Oficjalna strona artysty: www.reece-rocks.com

Hardlover
marzec 2010