|
Skład: Magnus af Nestergaard - gitara, śpiew; Kenneth Gilbert - perkusja; Roger Silow - gitara basowa
Produkcja: Dark Design
Dark Design to debiutujący zespół ze Szwecji. Mimo, że Time Is An Illusion to ich pierwszy, studyjny wypiek, to ci panowie, za wyjątkiem nieznanego mi basisty, niejakiego Rogera Silowa, mają staż w grupie Her Whisper. Chyba przestało im się podobać granie death metalu, bo panowie Magnus af Nestergaard (gitarzysta i wokalista) i Kenneth Gilbert (perkusista) postanowili założyć band parający się graniem heavy metalu.
Dark Design powstał w 2010, a już w roku bieżącym zdołali wydać swój pierwszy LP, ładnie zatytułowany "Czas jest złudzeniem". Trzeba przyznać, że mimo skromnego składu osobowego ekipa brzmi mięsiście, a kompozycje, zamykające się w liczbie 10 sztuk, mogą się podobać. No właśnie - "mogą się podobać", tylko tyle, czy aż tyle? Osobiście odnoszę wrażenie, że całość jest tylko solidnym materiałem, co prawda w przygotowanie którego panowie włożyli wiele serca, ale tu raczej nic się specjalnie nie wyróżnia. Nie ma heavy metalowej kanonady riffów, ognistych solówek i niemożebnych przebojów. Nie oznacza to jednak tego, że nie ma tu czego słuchać, że zaproponowany materiał jest do niczego i słuchanie tego to strata czasu. Chcę wyraźnie zaznaczyć, iż mimo tego, że ten album jest solidnym, potężnym monolitem, to słucha się tego bardzo dobrze, a miejscami ta ich twarda niewzruszoność może robić wrażenie. Słychać, że panowie wiedzą, co zrobić ze swoimi instrumentami i jak mimo skromnego składu uzyskać mocne, by nie rzec potężne, selektywne i cholernie czytelne brzmienie. A to chyba nie jest łatwym zadaniem, jeśli wziąć pod uwagę to, że wiele zespołów mających w swoich szeregach wirtuozów często nie umie uzyskać interesującego soundu, lub też nie wie, jak uzyskać fajne brzmienie. Podoba mi się też wokal Magnusa. On po prostu śpiewa. Spokojnie, i zupełnie na luzie opowiada w każdym utworze jakąś historię z życia wziętą. Czasami zabrzmi to tak, jakbyście usiedli z kimś przy wódce, i ów ktoś opowiadał Wam zupełnie beznamiętnym głosem o tym, co mu się przytrafiło. Odnoszę nieodparte wrażenie, że mimo potęgi brzmienia ta płyta jest po prostu zimna jak kamień. 10 utworów, 10 historii, zero technicznych fajerwerków, technicznych popisów i wspinania się na niebotyczny poziom. Nic poza motorycznym, aczkolwiek momentami nużącym, heavy metalowym graniem. Dlaczego nużącym? A Wy chcielibyście, by non stop ktoś miażdżył Was potężnym, bezlitosnym brzmieniem? Tu jest wiele fajnych melodii, udanych solówek i pomysłów. Mają one tylko jedną wadę: nie dają się zapamiętać. I właśnie to jest urok tej płyty. Ci Szwedzi mnie zaskoczyli. Patrząc na okładkę spodziewałem się zdecydowanego heavy metalowego grzania do przodu bez oglądania się za siebie. Szykowałem się na przyjęcie przebojowych, łatwych do zapamiętania refrenów, które z przyjemnością nuciłoby się razem z zespołem. Tymczasem nic z tego. Dark Design postawił na bezlitosne, powolne i metodyczne miażdżenie słuchacza na cienką bibułkę. Ja słuchałem tego krążka przynajmniej kilkanaście razy i z każdym, kolejnym obrotem zastanawiałem się, co też ja mam o zawartości tego LP napisać. Naprawdę. Jeszcze raz zaznaczam: to jest solidne wydawnictwo, choć nie widzę większych szans, aby wdarło się przebojem na szczyty tegorocznych zestawień. Będzie zapewne w drugiej lub trzeciej dziesiątce podsumowania. Tylko z tego powodu, że dobrze się go słucha, ale zbyt łatwo o nim zapomnieć. Mimo tego spróbujcie posłuchać tej płyty i wyrobić sobie własne zdanie. Rozpoczyna się ona utworem The Awakening. Na początek Magnus "a capella", a później zdecydowany atak całego zespołu. Wokal może być zaskakujący i trudno będzie się do niego przyzwyczaić, trzeba jednak przyznać, że jest oryginalny. Podoba mi się ustawienie perkusji, strasznie lubię, gdy gary właśnie tak "staro" brzmią. Postarajcie się wytrzymać do zmiany tempa utworu, zróbcie głośniej i posłuchajcie, jak te trio wspaniale się uzupełnia. No i ten po prostu, ot tak, śpiewający Magnus. Jeśli cokolwiek uznać tu za przebój czy hit, to na pewno świetny riff w Trial And Error. Rzadko słyszy się tak pomyślaną zagrywkę. Proste, ale bardzo efektowne. Bez przerwy szukam w głowie porównań i nie znajduję ich. Więc albo nie ma tak grającego zespołu, albo ja nie znam takowego. Gitarzysta udowadnia, że wie, do czego służy wiosło i oprócz serwowania masywnych riffów, raczy nas od czasu do czasu spokojnymi, ale świetnymi solówkami, wtrącając tu i ówdzie ozdobne "wyciskanie" całkiem w stylu Zakka Wylde'a. Bezlitosne prasowanie na cienką bibułkę kontynuujemy w Insanity's Mind. Ależ podoba mi się tu refren i wokale. Nestergaard wyciąga swoje górki w taki sposób, że w ogóle się nie męczy. Żadnego tam heavy metalowego piszczenia. Zamiast tego mamy tu głęboki, męski wokal, który niejednej pani zapewniłby na długo dreszcze. Udane solówki i niewzruszona praca sekcji dopełniają całości. Mi już nie chce się słuchać tego wydawnictwa, ale nie mogę przestać. Wybaczcie, ale uśmiechnąłem się przy Paragon Of Virtue słuchając, jak wokalista swoim odmiennym głosem stara się naśladować skrzeczenie Ozzy'ego. Całość to takie trochę silenie się na granie w tradycyjnym heavy metalowym stylu. Ogólnie - może być. Ładnie, spokojną partią fortepianu rozpoczyna się A Perfect Destiny. Balladowy początek jest wstępem do dalszego prasowania słuchacza. I znów - jeśli przyznawać miano przeboju jakiemuś utworowi, to na pewno ten na to zasługuje. Podoba mi się progowe kombinowanie z riffami i ładnie schowane tło. Również solówka jest udana i niejeden wioślarz z kręgu prog metalu pokiwałby z uznaniem i może ze trzy razy zastanowiłby się, zanim na swojej płycie zagrałby jakąś wydumaną solówkę. Tu nie ma kombinowania, wszystko jest proste, a mimo to efektowne i cieszące ucho. Fall Of Man to znów nasze ulubiona nudzenie, choć i tak wciągające. Aczkolwiek gdy zespół zmienia tempo i pojawia się solówka (tradycyjnie, krótka i nieskomplikowana), na moment robi się ciekawie. Dead On Arrival to bezsprzecznie najlepszy utworek na tym LP. Miażdżący, prosty riff, fajna melodia i bardzo udane sola oraz leniwe tempo całości. No i wspaniale śpiewający Magnus. On jest tu sporym zaskoczeniem. Nietypowy głos, spokój, i taki leniwy, jakby od niechcenia, sposób śpiewania naprawdę może się podobać. Lesser Of Two Evils nie przynosi zmian w odbiorze całości. Tradycyjnie Magnus raczy nas udaną solówką. Znów nudno, ale i tak fajnie. Groźnie zatytułowany Queen Of Betrayal to kolejny "hit", który zaproponowało te trio. No, nie sposób tu się do czegokolwiek przyczepić. Jest dobra melodia, tradycyjnie miażdżące łojenie, udane zwolnienie i ten jeden, jedyny raz przekombinowana, ale i tak fajna i udana solówka. Tę nieco ponad 40-minutową płytę kończy udany Slave Under Desire. Można odetchnąć z ulgą, bo jakby nie patrzeć - ta płyta strasznie się dłuży, jeśli uważnie się jej słucha. Jeśli jednak leci sobie w tle, to absolutnie nie przeszkadza i tylko smaczki przyciągają uwagę.
Mimo wszystko ja sugeruję zapoznać się z tym dziełem. Zdaję sobie sprawę, że wielu posłucha jej tylko raz i zapomni o jej istnieniu. Bo i niczym specjalnym ona się nie wyróżnia. Jest nietypowa - zgoda. I chyba tylko to stanowi o jej uroku. Mi się podoba, a te utwory, które wyróżniam, zasługują na szczególna uwagę. Dawno nie było takiego grania. Dlatego cieszę się, że miałem możliwość posłuchać tego LP. Nota w granicach 8/10.
Oficjalny profil zespołu na MySpace: www.myspace.com/DarkDesignGBG
Vincent kwiecień 2011
|