Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

DARE - Blood From Stone [1991]
Wydawca: A & M Records

  1. Wings Of Fire
  2. We Don’t Need A Reason
  3. Surrender
  4. Chains
  5. Lies
  6. Live To Fight Another Day
  7. Cry Wolf
  8. Breakout
  9. Wild Heart
  10. Real Love
Blood From Stone

Skład: Darren Wharton - śpiew; Vinny Burns - gitary; Brian Cox - instrumenty klawiszowe; Nigel Clutterbuck - gitara basowa; Greg Morgan - perkusja

Produkcja: Keith Olsen

Często jest tak, że po fenomenalnym debiucie zespół ustawia sobie poprzeczkę zbyt wysoko, by później móc sprostać rozbudzonym oczekiwaniom. Tak stało się również w przypadku drugiego albumu formacji Dare, dowodzonej przez byłego członka Thin Lizzy, Darrena Whartona. Zagorzali fani AOR wyrażali nawet opinię, że po świetnym Out Of The Silence, drugi album Dare, czyli będący przedmiotem tej recenzji, wydany dwa lata później Blood From Stone, był rozczarowaniem, zarówno pod względem brzmienia jak i muzycznej zawartości. Nie do końca słusznie, o czym postaram się napisać poniżej.

Przede wszystkim zespół odszedł od brzmienia AORowego na rzecz jaszcze bardziej komercyjnego, amerykańskiego hair metalu / hard rocka, ze wszystkimi jego atrybutami, takimi jak mocne riffy, przestrzennie brzmiące, wyeksponowane gitary, chorusy w refrenach, z określonym sposobem komponowania melodii. Obrazu całości dopełniają umiejętnie wplecione w kilku piosenkach motywy celtyckie, dodające zawartej na płycie muzyce dodatkowego kolorytu. Powstało dzieło zupełnie inne od debiutu, co oczywiście podzieliło fanów, niemniej jednak dzieło interesujące. Pierwszy numer na płycie, nieco marszowy Wings Of Fire, rozpoczyna się od klawiszowo-gitarowego wstępu kojarzącego się z Lay Your Hands On Me Bon Jovi, by później frontalnie zaatakować uderzeniem gitary rytmicznej z charakterystycznym "irlandzkim" motywem drugiej gitary, przewijającym się przez cały utworek. Świetna melodia w całej piosence, dobra solówka kojarząca się z dokonaniami Whitesnake z końca lat osiemdziesiątych, czyli ogólnie sam miód. We Don’t Need A Reason to najbardziej znany kawałek z płyty, nakręcono do niego nawet teledysk. Kołyszący rytm, a także melodia przypominają nieco Over The Hills And Far Away Gary’ego Moore’a (podobieństwa są widoczne zwłaszcza w następującej po refrenach celtyckiej przygrywce), brak zbytniej oryginalności nie zmienia jednak faktu, że ta piosenka jest kolejnym killerem, stanowiącym zresztą inspirację dla kapel nagrywających swoje płyty w okresie późniejszym (proszę posłuchać Whitesnake w All For Love albo Ten w Red). Świetne chórki i wydzierający się w refrenie Wharton potrafią porwać. Trzeba tutaj wspomnieć o tym, że niektórzy fani twierdzili, że nieco zachrypnięty, aczkolwiek łagodny głos Darrena nie sprawdza się w takim repertuarze, ja jednak tego nie potwierdzam. Kolejna ścieżka, zagrana w średnim tempie Surrender, brzmi jakby wyjęto ją żywcem z którejś z wczesnych płyt Bon Jovi. Przypomina o tym praca gitary prowadzącej, solówka i rewelacyjne chórki, współtworzące niemal "stadionowy" refren. Numer Chains z typowo southern rockowym początkiem również rozwija się w utwór podobny do dokonań Johna, ma też w sobie coś z Thunder, tym razem dalej nie jest jednak tak dobrze - zabrakło pomysłu na rozwinięcie zwrotki. Lies, pierwsza power ballada na krążku, rozpoczyna się akustycznie, niemal popowo, by przejść w refren typowy dla glamu z lat '80. Jest ładna, odegrana bardzo poprawnie, chociaż to nic wielkiego (myślę, że np. chłopaki z Poison nie powstydziliby się tego kawałka), w każdym razie niejedna nastolatka miała pewnie łzy w oczach po jej wysłuchaniu… Zespół powraca do świetnej formy wraz z Live To Fight Another Day, rockandrollowym, rozbujanym utworkiem, kojarzącym się z Def Leppard z okresu Pyromanii, zarówno jeśli chodzi o melodię jak i charakterystyczne chórki. Cry Wolf swoim akustycznym wstępem, następującymi po nim czaderskimi riffami i wokalem przypomina z kolei Love Ain’t No Stranger Białego Węża (oczywiście jeśli chodzi o strukturę, bo melodie są inne). Brawo! Breakout jest oparty na rewelacyjnym riffie i stanowi chyba próbę nawiązania do Pour Some Sugar On Me wiadomego bandu... Piosenka brzmi agresywniej od głównego źródła swojej inspiracji, nie jest jednak aż tak udana (mimo to pochwały należą się za przyspieszenie tempa i solówkę w końcówce). Będący kolejnym nawiązaniem do Bon Jovi Wild Heart nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia, być może z powodu braku dobrego refrenu - obiecująca melodia w zwrotce prowadzi moim zdaniem donikąd. Płytę kończy solidna (chociaż bardzo przeciętna), zagrana w stylu Bon Jovi power ballada Real Love, z przewodnim motywem gitarowym, który musi spodobać się tym wszystkim fanom, którzy polubili Change Of Heart Hardline.

Jak więc wypada Blood From Stone w ostatecznej ocenie? Za wyjątkiem trzech piosenek, które należy uznać za wypełniacze, płyta jest bardzo dobra, chociaż nie grzeszy zbytnio oryginalnością. Jeśli jednak dla kogoś nie stanowi to większego problemu, może z czystym sumieniem wysupłać parę groszy na jej zakup i z pewnością się nie rozczaruje. Album Whartona i spółki przebija bowiem swoją melodyjnością większość krążków wydanych w tamtym okresie, a przy tym jest znakomicie wyprodukowany. Gorąco polecam wszystkim zwolennikom hair metalu / amerykańskiego hard rocka.

Oficjalna strona zespołu: www.dare-music.com

Hardlover
luty 2009