Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

DANZIG - Danzig II: Lucifuge [1990]
Wydawca: Def American / Sony / American Recordings / Rhino / Warner Bros / WEA
/ Fun House Japan

  1. Long Way Back From Hell
  2. Snakes Of Christ
  3. Killer Wolf
  4. Tired Of Being Alive
  5. I'm The One
  6. Her Black Wings
  7. Devil's Plaything
  8. 777
  9. Blood And Tears
  10. Girl
  11. Pain In The World
Lucifuge

Skład: Glenn Danzig - śpiew, instrumenty klawiszowe; Eerie Von - gitara basowa; John Christ - gitary, chórki w [4]; Chuck Biscuits - perkusja

Produkcja: Rick Rubin

Po dwóch latach kwartet Glenna powraca w niezmienionym składzie z kolejnym krążkiem. Jakiejś rewolucji w stylu gry nie należy się spodziewać, formuła, która sprawdziła się przy debiucie, jest nadal eksploatowana. Po co modyfikować coś, co działa... Jednak daje się wyczuć znacznie większą dawkę bluesa na Danzig II: Lucifuge.

Już sam tytuł dzieła może intrygować. Lucifuge jest notowanym przez demonologię imieniem jednego z diabłów, ale też z łaciny może być trybem rozkazującym oznaczającym "uciekaj przed światłem". Diabelskiego klimatu dodaje ponadto fakt, iż płyta miała pierwotnie nosić tytuł 777, jak jeden z zawartych na niej utworów oraz tajemniczy booklet z cytatem ze św. Jana: "Ye are of your father the devil, and the lusts of your father ye will do". Nas jednak jak zwykle najbardziej interesuje zawartość muzyczna albumu. Krążek otwiera bardzo udana kompozycja Long Way Back From Hell, zresztą dość typowa jak na Danziga. Wciąż mamy charakterystyczne łączenie stylów Black Sabbath w sposobie gry gitar i The Doors w manierze śpiewania wokalisty z dodatkami "wilkołaczego", acz artystycznego zawodzenia (za które zresztą wszyscy uwielbiamy Glenna, czyż nie?). Uwagę zwraca brzmienie dzieła, w stosunku do debiutu wydające się bardziej wyraźnym, równocześnie jakby bardziej nowoczesnym. Główny gitarowy riff z kolejnego numeru Snakes Of Christ, przypomina mi trochę partie wokalne z Twist Of Cain z "jedynki". Zresztą sam kawałek jest świetny, pomijając linie melodyczne, wrażenie robi na mnie też sposób, w jaki gra perkusja. Niby nic artystycznie skomplikowanego, a jest w tym jakaś potęga. Klimat zmienia się wraz z kompozycją Killer Wolf, gdzie dla odmiany mamy więcej bluesowego kołysania. Lider formacji wyjaśnił, że jest to jego wersja jakiejś starej, bluesowej piosenki. Niestety nigdy nie słyszałem jej pierwowzoru, ale wersja Danziga w sumie mocno przypomina dokonania The Doors, może dlatego, iż tutaj Glenn już tak mocno po wilczemu swych strun głosowych nie wykorzystuje (na marginesie, mam też w związku z jego śpiewem jakieś skojarzenia ze słynnym Hotel California The Eagles). Tired Of Being Alive jest kapitalnym, wciąż opartym na bluesie hard rockowym numerem. Uroku dodają mu chórki, gdzie nieźle spisał się gitarzysta grupy, John Christ. Ścieżka jest tak melodyjna, że może nawet przypaść do gustu fanom tzw. hair metalu. No, po prostu hicior. Jawnie bluesowym nagraniem jest I'm The One, opartym głównie na czystszych brzmieniach gitar z towarzyszeniem jakby schowanej perkusji (w zasadzie słychać tylko uderzenia w hi-hat). Głos Glenna tym razem bardziej przypomina mi artykulacją i frazowaniem nie kogo innego jak samego Elvisa Presleya. Zespół zdradził, że utwór miał pierwotnie ukazać się już na debiucie, ale z rozmysłem został pozostawiony do kolejnej sesji nagraniowej. Pierwszym kawałkiem, jaki usłyszałem z tej płyty, zanim jeszcze poznałem całość, był ilustrowany teledyskiem Her Black Wings. Mantrycznie powtarzany gitarowy motyw uwiódł mnie, a mocny jak zwykle głos Glenna dopełnił reszty. Dociekliwi z pewnością zauważą pewne podobieństwo wspomnianego riffu do Zero The Hero Black Sabbath, kawałka nagranego z Gillanem na wokalu. Nie wiem, czy owo podobieństwo jest celowe czy przypadkowe, tak czy inaczej w wykonaniu Glenna i spółki jest to wspaniały numer. Teledysk też zresztą urzeka. Żadnych słabych stron nie odnajduję również w na wpół balladowym Devil's Plaything. Spokojniejsze partie dobrze się tu komponują z tymi bardziej ekspresyjnymi i muszę stwierdzić, że ich umiejętne łączenie ze sobą to nie lada sztuka, która udaje się tylko naprawdę cholernie dobrym zespołom. Czapki z głów. Biorąc pod uwagę mój wywód z początku recenzji, 777 można uznać za utwór tytułowy. Rozpoczyna się spokojnie, choć tajemniczo, wreszcie pojawiają się ostrzejsze, sabbathowe dźwięki. W sumie całkiem niezła kompozycja, chociaż w moim odczuciu pozostaje w tyle za swymi wyśmienitymi poprzedniczkami. Inspiracją dla ballady Blood And Tears była ponoć twórczość Roya Orbisona. Faktycznie, wyczuwa się w niej pewne ciepło, zarówno w partiach wokalnych, jak i gitarowych, a sekcja rytmiczna po prostu odpowiednio im towarzyszy. Ja bym tę piosenkę wrzucił na jakąś ścieżkę dźwiękową do romantycznego filmu, idealnie by tam pasowała. Girl to bardzo wolny hard rockowy kawałek. Trochę za długo się rozkręca, jak na mój gust, ale za to jest naprawdę niezły. Przypomina mi dobre muzycznie czasy i szkoda, że takich rzeczy w dzisiejszej rzeczywistości "już się nie produkuje". W ostatnim w secie utworze Pain In The World raz jeszcze ekipa Danziga w udany sposób pożeniła ze sobą nastrojowego bluesa z wolnym i tym razem łagodniejszym brzmieniowo graniem a'la Black Sabbath. Nie ma na co narzekać, aczkolwiek słuchanie tego numeru wieczorową porą może przysporzyć szybkiego zaśnięcia.

Pierwszy album Danziga miał swoje liczne dobre strony, ale moim zdaniem dopiero na drugim wydawnictwie zespół w pełni rozwinął skrzydła (jak panienka z teledysku do Her Black Wings ;)). Naprawdę kapitalna płyta, na której ciężko znaleźć słabą kompozycję. Oczywiście polecam ją wszystkim poszukującym dobrego hard rockowego grania.

Oficjalna strona zespołu: www.danzig-verotik.com

Guitarrizer
grudzień 2010