|
Skład: Glenn Danzig - śpiew, instrumenty klawiszowe; Eerie Von - gitara basowa; John Christ - gitara prowadząca; Chuck Biscuits - perkusja
Produkcja: Glenn Danzig i Rick Rubin
How The Gods Kill, czyli Danzig w trzeciej odsłonie, to moim skromnym zdaniem ostatnia wielka płyta Glenna. Niezwykle oryginalna wersja hard rocka prezentowana przez zespół muskularnego wokalisty tutaj nabrała osobliwego charakteru. Ciężko ją zatem zdefiniować, ale postaram się w paru zdaniach opisać zawartość krążka (swoją drogą 24 miejsce na liście Billboard i pierwszy sukces komercyjny formacji).
Dwa pierwsze Danzigi zdefiniowały styl, w jakim zespół miał się poruszać i w skrócie ujmując był to hard rock z wokalem a'la Jim Morrison. Zestawienie bardzo ciekawe, gdyż ciężkie riffy nieco kontrastwały z bluesowym śpiewem Glenna. Na How The Gods Kill mamy do czynienia z istną eksplozją formy nie tylko lidera, ale i całego zespołu, grającego tutaj w tym samym składzie co na dwóch poprzednich albumach. Trójka Danzig to granie mroczne, niezwykle eteryczne, ale i ostre. No właśnie, grupa wyraźnie zaostrzyła brzmienie. Czasami w muzyce czuć iście thrashowy pazur. Kawałek Godless nie zwracał specjalnie mojej uwagi przez dluższy czas. Jest to w dużej mierze hołd złożony Black Sabbath i choć Glenn wyje tutaj ponad miarę, przeplatanie wolnych sabbathowych fragmentów z prawie że thrashowym wymiataniem robi wrażenie. Obok Morrisona inspirował go także Howlin' Wolf, co odcisnęło piętno na partiach wokalnych kompozycji. Na pozycji numer dwa świetne Anything. Tak, to jest Danzig pierwsza klasa. Zaczyna się spokojnie, by przerodzić się w ostry kawał hard rocka w stylu The Cult z okresu płyty Ceremony. Drużyna łoi, aż miło. Niestety po tym dynamicie bluesowy hard rock w postaci Bodies wypada średnio. Może nie beznadziejnie, ale gdyby ta płyta miała składać się wyłącznie z tego typu kawałków, byłoby raczej słabo. Na całe szczęście to jedyna słabsza pozycja na tym albumie. W utworze tytułowym wyraźnie słychać Black Sabbath, podobnie jak w Godless, ale utwór ciut lepszy. Jest ponuro i żadnej nadziei. "Jeśli czujesz się na siłach, jeśli nie ma w tobie strachu, czy znasz imię tego, którego szukasz?". To jedna z najbardziej przygnębiających kompozycji w historii muzyki rockowej, ale znajduję w słuchaniu tego jakąś masochistyczną przyjemność. Do tego kawałka nakręcono wideoklip, gdzie widać zespół grający w jakiejś katedrze. Tak, płyta to mroczna. O wiele bardziej niż większość black metalowego łomotu. Dirty Black Summer to kolejny hicior, również zobrazowany teledyskiem. Motoryczny hard rock, będący jakby przeciwwagą dla wolnego How The Gods Kill. W tym momencie albumu warto dodać, że całość brzmi fantastycznie i to nawet po latach. Po prostu brzmienie ponadczasowe. Opłacało się dołożyć trochę do pieca, bowiem gitara Christa powala na kolana. Left Hand Black jest w dużej mierze thrashowe. Riffy tną jak żyleta. Bardzo mocny numer i to jedno z takich nagrań, które wgniatają w ziemię nie mniej niż metalowe ekstremy. Myślę, że byle nu-metalowy zespolik nie mógł się równać z czymś takim, a przecież to w latach '90 nu-metal stał się synonimem ciężkości. Heart Of The Devil to wolny, sabbathowy kawałek z niesamowitymi wokalizami. Glenn oznajmia złowieszczo, że posiada serce diabła i że miłość odeszła. Swoiste groźby, jakie wysyła pod adresem świata, idealnie obrazuje mroczna i ciężka muzyka. Wspaniały numer. No i przyszedł czas na jedyną balladę w zestawie. Sistinas to delikatna ścieżka, gdzie Danzig śpiewa w manierze Elvisa Presleya, także mu nie obcej i uważam, że to bardzo potrzebna kompozycja na tym albumie, gdyż przez to staje się on bardziej eklektyczny. Nie wiem, od czego pochodzi tytuł, ale wydaje mi się, że od Kaplicy Sykstyńskiej i to jedyne logiczne wytłumaczenie, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę aurę tego albumu. Do You Wear The Mark to swoiste połączenie bluesowych zaśpiewów z thrashowym brzmieniem gitar. Utwór brzmi owszem zadziornie, z drugiej strony to jest styl Danziga w 100%. Ciężko bowiem znaleźć coś w tym klimacie u innego artysty. Niby wszystkie te elementy przewijają się przez kompozycje innych wykonawców, ale tutaj zostało to zebrane w sposób niezwykle oryginalny, bo bluesowy wokalista śpiewa do ostrych, metalowych kawałków. Tego wcześniej nie było. Na koniec When The Dying Calls, najkrótszy utwór na płycie, bardzo zapadający w pamięć. Może nie jest to jakiś
specjalnie porywający kawałek, ale zwyczajnie dobrze się go słucha. Nie odstaje od reszty i idealnie wpisuje się w mroczną poetykę albumu.
Na How The Gods Kill jest rock and roll, ale potraktowany w osobliwy sposób. Dużo tutaj zapożyczeń ze starego hard rocka spod znaku Black Sabbath, sporo też ostrych riffów zahaczających o thrash metal. Płyta ciężka, ostra i niesamowicie wciągająca. Dla mnie to największe dokonanie Glenna, a i mam do tej płyty pewien sentyment, gdyż było to pierwsze wydawnictwo Danzig, z jakim się zetknąłem. Jak się okazuje, mrok może mieć także bluesowy odcień, więc nie musi być to lodowata Norwegia i black metal. Tak też można. Płyty nie polecam jedynie fanom klubu myszki Mickey. Reszta powinna się z tym wydawnictwem zapoznać. Dirty black summer, baby.
Oficjalna strona zespołu: www.danzig-verotik.com
LSDisease marzec 2010
|