|
Skład: Glenn Danzig - śpiew; Eerie Von - gitara basowa; John Christ - gitara prowadząca; Chuck Biscuits - perkusja
Gościnnie: James Hetfield - chórki w [1, 7]
Produkcja: Rick Rubin
Zabawna sprawa. Na początku lat '90 nastała swoista moda na Danziga i kilka osób próbowało zarazić mnie fascynacją tym zespołem. Bezskutecznie, bo wtedy gustowałem w innej muzyce i jakoś na przekór znajomym odrzucałem twórczość Glenna i jego ekipy. Minęło jednak kilka lat, zapoznałem się z płytami grupy dobrowolnie i... już nie mogłem się od nich oderwać.
Historia formacji sięga połowy roku 1986, kiedy to producent Rick Rubin szukał nowych talentów do swej niedawno powołanej do życia wytwórni Def American i trafił na występ grupy Samhain. Rubin był pod ogromnym wrażeniem talentu wokalnego Glenna Danziga, który miał też za sobą karierę w The Misfits. Producent pragnął wciągnąć Glenna do supergrupy, jaką planował stworzyć, ale muzyk kategorycznie zaznaczył, że w jej składzie koniecznie znaleźć musi się też basista Samhaina i zarazem przyjaciel Eerie Von. W składzie znaleźli się jeszcze gitarzysta John Christ i perkusista Chuck Biscuits (ex- Black Flag) i już w 1987 r. zespół występował pod szyldem Danzig. Rok później ukazuje się debiutancki, pełnometrażowy longplay zatytułowany po prostu Danzig, który w pełni pokazuje, na co stać chłopaków. Do stylu wczesnego Black Sabbath dodany zostaje śpiew Glenna, naturalnie muszący kojarzyć się z Jimem Morrisonem. Różnica jest taka, iż jest on jeszcze bardziej ekspresyjny, bluesowy, ale z tendencjami do "wilkołaczych" wokaliz. Powstaje mieszanka prosta w strukturach, ale mocna w wyrazie, do czego jeszcze dochodzą słowa, które nie traktują o przysłowiowej "dupie Maryni". Formuła dobrze się sprawdza choćby w otwierającym płytę numerze Twist Of Cain. Proste, ale ostre, grane na tłumionych strunach riffy w zwrotkach łączą się z już pełnymi akordami w refrenach, a całości dopełnia głos Glenna, który przechodzi od nieco głośniejszego szeptu do pełnego wykrzykiwania w refrenach. Zwróćcie uwagę na chórki i zgadnijcie, kto tam również użyczył swego gardła ;). W sumie jeden z najlepszych kawałków w historii grupy, aczkolwiek wokalista skomponował go jeszcze na potrzeby swej poprzedniej formacji. Not Of This World rozpoczyna się nieco mrocznie, by wreszcie przerodzić się w utrzymane w średnim tempie rock'n'rollowe nagranie. Oczywiście i tu łatwo odnaleźć zapożyczenia od Sabbathów, jakie słyszalne są choćby w samej, bardzo specyficznej rytmice ścieżki. Takich numerów dobrze się słucha z wieczora w jakiejś zadymionej knajpie. Swoją drogą, gdyby nie wokale Glenna i gdyby zmienić nieco brzmienie gitar, pod utworem spokojnie mogliby się podpisać skandaliści z W.A.S.P.. Pora na bujanego bluesa w postaci She Rides. Znów knajpiany klimat, znów trzeba wychylić "mocniejszego", by wczuć się w nastrój. Tekstowo, o ile dobrze zrozumiałem, rzecz traktuje o "czarnej śmierci spływającej po skórze nocą" ;). W gruncie rzeczy nie ważne, o czym jest ta kompozycja, istotne, że świetnie się jej słucha. Na pozycji czwartej Soul On Fire, piosenka jakby słabsza od poprzedniczek, jednak myślę, że najbardziej docenią ją fani The Doors, bo najwięcej w niej nawiązań do drużyny Morrisona. Wolniejsza, bluesująca, kołysząca, bardziej delikatna, no, może poza samą solówką. Am I Demon w jawny sposób nawiązuje do Black Sabbath. Praca sekcji rytmicznej, charakterystyczne brzmienia gitar, a nawet sposób śpiewania Danziga wręcz muszą kojarzyć się z Sabbathami. Może brakuje tutaj tego birminghamskiego brudu w utworze, ale ten numer można potraktować jako swego rodzaju hołd złożony ekipie Iommiego i Osbourne'a. No i dochodzimy do małego dzieła sztuki, kompozycji tajemniczo zatytułowanej Mother. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem te piosenkę, słuchałem jej na okrągło kilkanaście razy z rzędu. Proste riffy powtarzane kilkukrotnie robią doskonale tło pod ekspresyjny wokal Glenna Danziga, a do tego mamy tu bardzo zaangażowany tekst. Liryki wydają się próbą buntu, czy też manifestem przeciw organizacjom narzucającym rodzicom, jak mają chować swoje dzieci. Do utworu nakręcono teledysk, który jednak zbanowany został przez MTV ze względu na kontrowersyjne obrazy. Ba, całej płycie oberwało się od cenzury i na niektórych jej wydaniach widnieje charakterystyczna naklejka z serii "Parental Advisory". Pora na coś szatańskiego - Possession. Pozornie ten numer jest nieco chaotyczny, lecz jak się wsłuchać, to wszystko leci zgodnie z planem. Nawet wpleciono tu pianino, którego ścieżkę puszczono od tyłu. Jak słyszę te wszystkie dźwięki, od razu kojarzy mi się to z rogami z okładki wydawnictwa. End Of Time to taka ponura ballada i szczerze mówiąc jakoś mnie do siebie nie przekonuje. Może to syndrom znakomitych kawałków z pierwszej połowy krążka, które miażdżyły, a tu słychać jakby spadek formy. Dalej mamy utwór The Hunter, który jest dość wiernym oryginałowi coverem nagrania z repertuaru Booker T. & The M.G.s. Całkiem dynamiczna kompozycja oparta na rock'n'rollu, ale wciąż mieszcząca się w nieco mrocznej formule stylu Danziga. Album zamyka "barowy" numer o tytule Evil Thing, gdzie pojawia się trochę stoner rocka. Za takim graniem nieszczególnie przepadam, jednak jako iż to ostatnia ścieżka na wydawnictwie, łatwo mogę tę wpadkę ekipie Glenna wybaczyć, tym bardziej, że sam wokalista spisuje się tu świetnie jak zawsze.
Płyta doskonale się sprzedała, uzyskując nawet status złotej. W jej promocji pomogły z pewnością aż cztery nakręcone teledyski, stąd i rada dla młodych kapel: chcecie być sławni - kręćcie teledysków ile wlezie. Obok dwóch kolejnych wydawnictw Danziga rzecz obowiązkowa do zapoznania się dla fanów barowego hard rocka. Kto nie słyszał, ten stracił.
Oficjalna strona zespołu: www.danzig-verotik.com
Guitarrizer grudzień 2010
|