|
Skład: Jason McMaster - śpiew; Mike Watson - gitara basowa; Danny Aaron - gitara; Scott Dalhover - gitara; Mark Geary - perkusja
Gościnnie: Mitch Dean - chórki; Chris Gates - chórki; Waste O' Skin Choir - chórki; Andy Rogers - chórki; Michael Hannon - chórki; Greg Fields - chórki; David Roach - chórki; Vickie James Wright - chórki; Brian Baker - chórki
Produkcja: Roy Thomas Baker
Drugi album amerykańskiego kwintetu Dangerous Toys to płyta, której wokalista Jason McMaster bardzo nie lubi twierdząc, że zespół nie był gotowy, by wejść do studia w tym momencie i że Pissed wydany w 1994 powinien być drugim wydawnictwiem grupy. Uważam, że taka opinia odnośnie Hellacious Acres jest niesprawiedliwa. Płyta poradziła sobie na listach nie gorzej niż debiutancki krążek dochodząc do 67 miejsca na liście Billboardu. Za to muzycznie mamy tutaj klimaty podobne jak na jedynce i śmiało można nazwać ten krążek kontynuacją wcześniejszego dzieła.
Na początek jednak solidna dawka heavy metalu. Szybki i agresywny Gunfighter przekonuje nas, że rock and roll w wydaniu Dangerous Toys to prawdziwy dynamit, bez żadnej ściemy i pozy. Mamy tu ciekawe gitarowe zagrywki, które mnie osobiście przypominają to, co prezentowali Niemcy z Running Wild, chociaż ekipa Kasparka wcale nie musiała być tu inspiracją. Mogło być nią np. Thin Lizzy. Czyli jest ostro, ale i melodyjnie. To zdecydowanie najbardziej metalowy numer na płycie. Inne nie są już tak jednoznaczne pod tym względem, co nie oznacza wcale, że grupa gra jakąś lekką muzykę w dalszej części albumu. Na pozycji numer 2 zobrazowany wideoklipem Gimme' No Lip, kawałek do złudzenia przypominający dokonania Guns 'N Roses, aczkolwiek jest tutaj pewna ciekawostka. W środku tej kompozycji zespół zaczyna improwizować niczym Led Zeppelin i myślę, że taki mógł być zamysł. Całość oczywiście brzmi o wiele ciężej niż to, co prezentowała w latach '70 słynna brytyjska grupa. Dla mnie utwór pierwsza klasa i pokazuje, jak powinien brzmieć prawdziwy sleaze rock. Wokal McMastera porównywalny z tym, co proponował Axl Rose, ale prawda jest taka, że wielu wokalistów sleazowych śpiewało w podobny sposób. Sticks & Stones też zyskał pewną popularność i też powstał do niego wideoklip w koncertowej poetyce AC/DC. Kawałek prosty, rock and rollowy i jak najbardziej trafiony. To muzyka, która obudzi nawet trupa, o ile ten nie wzrusza się na propozycje Franka Sinatry ;). Zresztą wypadałoby przytoczyć tutaj słowa Frania o jego nienawiści do rock and rolla, którego nie rozumiał. No właśnie. Jeśli nie lubicie
rock and rolla, to ta płyta nie jest dla Was. Co ja mówię, każdy lubi rock and roll. Można jednak polubić też i spokojniejsze utwory, przez niektórych zwane balladami. Za taką balladę robi tutaj numer Best Of Friends. Piękna kompozycja. Niezbyt przypomina co prawda ballady, które nagrywali Gunsi czy Poison, ale to nie zmienia faktu, że mamy tu do czynienia z numerem
bardzo wysokich lotów, gdzie nawet postarano się o doskonałe solo gitarowe. Po 5 minutach romarzenia wracamy do AC/DC. On Top to kawałek, który sprawdziłby się na Let There Be Rock australijskiej grupy, chociaż wiadomo, że tutaj jest to bardziej zmetalizowane. W Sugar, Leather & The Nail pojawiają się partie gitary grane techniką slide, co umiejscawia nam muzykę Dangerous Toys w wiadomych klimatach. Ale sam numer jest dosyć ostry, więc kopie zadek nie mniej niż poprzednie. Ktoś w tym miejscu powie, że za dużo tu podobnych do siebie utworów. No i za dużo AC/DC. Z tym ostatnim stwierdzeniem mogę się zgodzić, gdyż AC/DC mamy tutaj w różnych konfiguracjach. Np. Angel N U to numer idealnie pasujący na Dirty Deeds Done Dirt Cheap Angusa i spółki. Blues rządzi, ale to blues zagrany z hard rockowym zacięciem. Ja to nagranie wprost uwielbiam. Siła muzyki Dangerous Toys tkwi właśnie w łączeniu tradycji z ostrym sleaze rockowym wymiataniem. Żeby dobitniej tę tradycję zaakcentować, panowie serwują nam cover grupy Bad Company Feel Like Makin' Love. Dla mnie ta wersja jest lepsza od oryginału, bowiem nie zmieniono w ogóle aranżacji wiernie oddając oryginał, z tym że brzmienie z wiadomych względów jest potężniejsze. Prawdę mówiąc wiele krążków hard rockowych ma tę wadę, że na samym końcu albumu umieszczane są słabsze kawałki, które już tylko dopełniają całość. To stwierdzenie nijak się ma do tego, co zaprezentowało nam Dangerous Toys na Hellacious Acres. Rozbujany Line 'Em Up to dawka żywiołowego rock and rolla spod znaku Guns 'N Roses, gdzie Jason akcentuje kolejne sylaby w identyczny sposób, jak to robił Axl Rose. W dodatku refren cholernie przebojowy i radosny. Kawałek mógłby być hiciorem, gdyby to on promował to wydawnictwo. Z kolei Gypsy to był mój faworyt, kiedy pierwszy raz zetknąłem się z tym wydawnictwem. Utwór stylistycznie zbliżony do Queen Of The Nile z debiutu, tyle że nieco wolniejszy. No i grupa gra ciut inaczej niż w pierwszych utworach płyty, co jest na pewno jakimś urozmaiceniem. Na koniec Bad Guy, takie metalowe boogie. W sumie nic specjalnego, ani nic koniecznego na tym krążku, można zatem uznać, że najsłabszy jego moment, ale jakimś totalnym gniotem oczywiście nie jest. Ratuje go autentyczna zadziorność, której oczywiście nie brak na całej płycie.
Drugi album Toysów traktuję na równi z pierwszym wydawnictwem, a myślę, że nawet ciut je przewyższa, gdyż mamy tutaj prawie same dobre utwory. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że są tacy, co oczekują więcej przebojowych kompozycji, przez co jedynka może im bardziej przypaść do gustu, ale z drugiej strony tutaj mamy autentyczine taką muzykę, jaką zespół chciał grać, co jest ironią losu, jako że płyta została zrealizowana w pośpiechu (a może właśnie dlatego, że nie kombinowano przy kawałkach). Tak czy owak, Hellacious Acres to dla mnie jedna z najlepszych płyt sleaze rockowych i hard rockowych w ogóle. Tym mniej zafascynowanym sleazem mimo wszystko polecam bardziej jedynkę, ci którzy kochają sleaze muszą się zapoznać i z dwójką. Ja słucham częściej właśnie tego krążka.
Oficjalna strona zespołu: www.dangeroustoys.net
LSDisease luty 2009
|