Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

DANGER DANGER - The Return Of The Great Gildersleeves [2000]
Wydawca: Low Dice Records / MTM Music / Sumthing Dist.

  1. Grind
  2. When She's Good She's Good (When She's Bad She's Better)
  3. Six Million Dollar Man
  4. She's Gone
  5. Dead Drunk & Wasted
  6. Dead Dog
  7. I Do
  8. My Secret
  9. Cherry Cherry
  10. Get In The Ring
  11. Walk It Like Ya Talk It
The Return Of The Great Gildersleeves

Skład: Paul Laine - śpiew, gitary, instrumenty klawiszowe; Bruno Ravel - gitara basowa, gitary, instrumenty klawiszowe, chórki; Steve West - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Andy Timmons - gitara prowadząca, chórki; Lance Quinn - instrumenty klawiszowe; Tony Bruno - gitara prowadząca, instrumenty klawiszowe

Produkcja: Danger Danger

Wydana pod koniec lat '90 płyta Four The Hard Way wieściła powrót Danger Danger do formy i przede wszystkim do stylistyki, za jaką fani zespół cenią. Kolejne wydawnictwo, The Return Of The Great Gildersleeves idzie za ciosem i jeszcze bardziej zbliża się do tego, co grupa prezentowała na swym pamiętnym dziele Screw it.

Ponownie formacja robi ukłon w stronę starych fanów zapraszając znowu do współpracy panów Timmonsa i Bruno, słowem robi wszystko, by tylko odbudować swoją markę. Nabardziej cieszy zawartość muzyczna tego krążka. Pierwsze w secie Grind rozpoczyna się od intra pełnego odgłosów fabrycznych. Wreszcie wchodzą gitary ze zgrabnym riffem grające podobnie jak na "dwójce" Dangerów, po nich pojawia się głos Laine'a, zwiastujący jego dobrą formę. W zwrotkach może jeszcze trochę z jego głosem niemrawo, ale w refrenach to już miód-malina-orzeszki. Solówki bardzo przyzwoite, a jak na rok wydania płyty, to rzekłbym, że wręcz zachwycające. Przekorny tytuł When She's Good She's Good (When She's Bad She's Better) sugeruje, iż chłopaki nawet psychicznie się nie zestarzeli i wciąż stać ich na młodzieńczy zgryw. Tutaj chyba w zwrotkach bardziej pasowałby akurat głos Teda Poleya, naromiast w refrenach miło posłuchać Paula. Rok 2000 zwiastował powoli nadchodzący powrót hard rocka i to polepszenie słychać już na tej płycie. Owszem, słuchacze nie zaczęli masowo wracać do takiej muzyki nawet i dekadę później, ale przynajmniej pierwsze lody zostały przełamane. Niestety nie trafia do mnie zbytnio kolejne w zestawie Six Million Dollar Man, gdzie praca gitar wydaje się bardziej modern rockowa. Klimat nagrania też dość ponury i nawiązujący do grunge'u i alternatywy. Szkoda, bo start albumu jak dotąd był nadzwyczaj udany, a tu już na trzeciej pozycji mamy wpadkę (podejrzewam, że to jakiś odrzut z sesji do poprzedniego krążka). She's Gone, cóż, nie trudno domyślić się, że będzie to ballada. Dość dobra, zagrana na nutkę bluesową, chociaż może zbyt mało przebojowa. Przy pierwszym odsłuchu nie robi raczej wrażenia, lecz przy kolejnych mocno zyskuje, a w porównaniu z poprzednikiem to i tak dobra rzecz. Komu podobała się płyta Four The Hard Way, temu pewnie przypadnie do gustu piosenka Dead Drunk & Wasted. Jak na moje wymagania, to znowu zbyt wiele nawiązań do modern rocka, ale nie dziwmy się chłopakom, w USA w tamtym okresie panowała moda na takie granie i pewnie zapragnęli być na czasie i choć trochę poprawić sprzedaż krążka. W momencie pisania tej recenzji akurat u mnie pada za oknem i wobec takich okoliczności powiem, że numer jest strawny. Utwór Dead Dog uzbrojony jest w fajny riff napędowy, dalej brzmi trochę jak skrzyżowanie tych nowocześniejszych odsłon Dokken i Lillian Axe. Jak ktoś lubi takie płyty jak Dysfunctional tych pierwszych i Psychoschizophrenia drugich, to polubi i tę kompozycję. Mnie się podoba, z każdym przesłuchaniem coraz bardziej. Z kolei I Do to już propozycja dla fanów bardziej typowego hard rocka. Słychać tu rękę i talent Andy'ego Timmonsa, co mnie cieszy. Do tego zgrabne solóweczki, zagrane z tzw. "feelingiem". Zdecydowanie ten kawałek zaliczyć należy grupie na plus. My Secret to rzecz nie w moim guście, ale da się tego słuchać. Podejrzewam, że publiczność modern rockowa czy alternatywna przyjęłaby piosenkę dużo bardziej życzliwie. Nieco melancholijna, nieco balladowa, też raczej przeznaczona na deszczowe wieczory. "Nowoczesne" Bon Jovi pewnie zrobiłoby z tego hicior. Przebojowe i rock'n'rollowe jest kolejne Cherry Cherry, zresztą kontynuujące zwyczaj zespołu z powtarzaniem wyrazów (Danger Danger; Naughty Naughty; Bang Bang itp.). Moim zdaniem muzyka jest niezła, jednak kuleją tym razem linie wokalne, które nadają całemu numerowi niepotrzebnego elementu markotności. Wokalnie dużo lepiej wypada następująca dalej kompozycja Get In The Ring. Muzycznie bliżej "barowego" hard rocka, mimo iż Laine śpiewa tak, jakby chciał porwać za sobą publikę na stadionach. Podoba mi się tutejsze gitarowe solo, wprawdzie mocno wyważone i jakby dozowane, jednak z kilkoma fajerwerkami. Zestaw zamyka żwawszy numer w postaci Walk It Like Ya Talk It. Chłopaki grają skocznie, wokalista też nie śpi za mikrofonem, mnie jednak nabardziej interesują jak zwykle gitarowe popisy. Całościowo może nie ma ósmego cudu świata, ale takie granie jeszcze mi pasuje.

The Return Of The Great Gildersleeves jest bez wątpienia płytą strawną, chyba nawet strawniejszą od poprzedniczki. Z drugiej strony jest jakby bardziej jednostajna i przede wszystkim brakuje mi na niej jakiegoś wyraźnego przeboju. Brakuje mi tu czegoś na miarę genialnego Goin' Goin' Gone z wcześniejszego albumu. Mogło być lepiej, ale i tak jest dobrze.

Oficjalna strona zespołu: www.dangerdanger.com

Guitarrizer
luty 2011