|
Skład: Ted Poley - śpiew, chórki; Bruno Ravel - gitara basowa, instrumenty klawiszowe; Steve West - perkusja; Rob Marcello - gitara
Produkcja: Bruno Ravel
Revolve miało się pierwotnie pojawić w 2008 roku. Muzycy obiecywali "powrót" w wielkim stylu, rozbudzając przy tym nieliche nadzieje. Danger Danger nie dotrzymali jednak terminu i płyta ujrzała światło dzienne dopiero we wrześniu 2009 roku, stając się jednocześnie albumem jubileuszowym. Może to i dobrze? Zainteresowanie zespołem rosło z miesiąca na miesiąc i przyznam szczerze, że oczekiwałem nowego krążka z zapartym tchem. Jak w wielu podobnych przypadkach pojawiało się podstawowe pytanie: czy wydawnictwo spełni związane z nim oczekiwania?
Przede wszystkim zacznijmy od tego, że Revolve nie jest "powrotem" zespołu, lecz raczej "powrotem w bardziej oryginalnym składzie". Zmiana obejmuje w głównej mierze rotację na pozycji wokalisty Dangerów, do grupy wrócił bowiem Ted Poley, co może odrobinę dziwić, jeżeli pamięta się o głośnych kłótniach zespołu z Poleyem oraz o toczonych bojach sądowych dotyczących praw autorskich do nagranego na Cockroach materiału. No cóż, ważne, że panowie ponownie są w dobrych stosunkach. Wróćmy jednak do zawartości muzycznej krążka. Zdania na temat Teda są podzielone. Z pewnością jego głos jest bardzo łatwo rozpoznawalny, stanowi symbol minionej epoki, no i co najważniejsze, nagrywane z Poleyem płyty Danger Danger odniosły największy komercyjny sukces. Podejrzewam, że część fanów formacji nie słyszała późniejszych krążków grupy, tych nagrywanych z Lainem, jak chociażby Four The Hard Way, czy też Cockroach. A szkoda, gdyż im więcej ich słucham, tym bardziej je sobie cenię i tym bardziej przekonuję się do tego, że Laine jest lepszym wokalistą od plastikowego Poleya. Powrót Teda ma oczywiście wiele dobrych stron, zwróćmy chociażby uwagę na sentyment, jakim darzą go fani. O zespole znowu stało się głośno. Do kolejnej bardzo ważnej zmiany doszło na pozycji gitarzysty. Rob Marcello dołączył co prawda do Dangerów kilka lat wcześniej, Revolve to jednak pierwszy studyjny krążek z udziałem tego utalentowanego muzyka i być może dla niektórych mniej zorientowanych fanów melodyjnego grania obecność Roba w składzie stanowić będzie nowość. Na wszelki wypadek wspomnę, że wydany w 2008 roku krążek formacji Marcello/Vestry został przez wielu okrzyknięty jednym z najlepszych, bądź też najlepszym wydawnictwem powstałym w tym okresie i świadczy to bezdyskusyjnie o klasie gitarzysty. Biorąc pod uwagę wspomniane przed chwilą Marcello/Vestry, solowe płyty Poleya oraz równie świeży i apetyczny projekt Poley/Rivera, zastanawiałem się w jakim kierunku pójdą Dangerzy. Jak się okazało, Revolve jest płytą trochę lżejszą niż zazwyczaj, a zespół po raz pierwszy w historii powrócił do AOR-owego brzmienia i stylistyki. Można zapomnieć o ognistym hard rocku z czasów Cockroach i należy przygotować się na grę z pogranicza debiutu Danger Danger oraz solowych płyt Poleya. Duża w tym rola Teda, gdyż mam wrażenie, że to właśnie on pociągnął zespół w lżejszym kierunku. That's What I'm Talking About niezbicie świadczy o tym, że Amerykanie są w wysokiej formie, numer jest bardzo chwytliwy, aż chce się go śpiewać. W podobnym, AOR-owym tonie będzie utrzymana reszta wydawnictwa. Rob ma okazję wykazać się przy okazji Ghost Of Love, a ścieżka przypomina stylem pierwsze dwa albumy formacji, z położeniem akcentu na lżejsze, bardziej spokojne numery. Killin' Love charakteryzują niezłe klawisze oraz dobra melodia. Podoba mi się stworzony przez muzyków klimat, a dziwią dziecięce chichoty pod koniec utworu. Bardzo dangerowo brzmi Hearts On The Highway. Zespół porusza typową dla epoki tematykę, a na szczególną uwagę zasługuje świetny, wpadający w ucho refren. Bardzo lubię takie rockery. Pierwszym i właściwie jedynym zawodem, który spotkał mnie na Revolve jest ballada Fugitive. Słaba, nudna jak flaki z olejem. Zespół stworzył wiele lepszych kawałków w przeszłości i smutno się robi, że tym razem panowie tak bardzo spudłowali. Na pocieszenie dodam, że umieszczone pod koniec płyty Never Give Up broni honoru muzyków, jeżeli chodzi o wyciskacze łez. Kompozycja dla odmiany potrafi wzruszyć i zwraca na siebie uwagę za pomocą niezłej melodii i ciekawszej gry instrumentów. Keep On Keeping On to drugi po czwórce bardzo dangerowy numer. I to jest właśnie to, zespół przypomina sobie swoje najlepsze chwile. Jeszcze więcej nostalgii doświadczymy przy okazji Fu$. Ta niegrzeczna ścieżka kojarzy mi się ze Screw It!, które zostało doprawione szczyptą Def Leppard. Miodzio. Beautiful Regret mieni się jako kompozycja przeciętna, ale może się podobać. O wiele bardziej zapada mi w pamięci Rocket To Your Heart. Kapela wyposażyła utwór w świetne refreny i może niezbyt mądre, ale zabawne słowa. Czego innego można jednak oczekiwać od tej legendarnej formacji? Dirty Mind kończy krążek w bardzo dobrym, wesołym i skocznym stylu. Tak trzymać.
Revolve przynosi ze sobą kupę dobrej muzyki. Spodoba się przede wszystkim fanom AOR-owego oblicza kapeli, czyli innymi słowy wielbicielom Teda Poleya. Osobiście uważam, że płyta mogłaby zyskać, gdyby śpiewał na niej Paul Laine, ze zmianami trzeba się jednak pogodzić. Na wydawnictwie brakuje mi utworów wybitnych, a całość przypomina mi momentami pracę rzemieślnika, a nie wizjonera. Niewiele ścieżek z Revolve trafiłoby na moje osobiste "best of" Dangerów. Nie zmienia to jednak faktu, że płyty słucha się rewelacyjnie, a im więcej czasu z nią spędzam, tym bardziej mi się podoba. Kto wie? Może trafi do mojego zestawienia Top 10 roku 2009?
Oficjalna strona zespołu: www.dangerdanger.com
Guciomir wrzesień 2009
|