Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

DANGER DANGER - Dawn [1995]
Wydawca: Low Dice Records

  1. Helicopter
  2. Crawl
  3. Punching Bag
  4. Mother Mercy
  5. Sorry
  6. Drivin' Sideways
  7. Goobye
  8. Wide Awake And Dead
  9. Nobody Cares
  10. Heaven's Fallin'
  11. Hard
Dawn

Skład: Paul Laine - śpiew, gitara akustyczna; Bruno Ravel - gitara basowa, gitary, instrumenty klawiszowe, chórki; Steve West - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Scott 'Beat It' Brown - gitara basowa; Danny Mallon - instrumenty perkusyjne

Produkcja: Bruno Ravel, Steve West i Paul Laine

Wiele sławnych kapel nie potrafiło się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Okazało się nagle, że nikt nie chce kupować ich płyt, że tak zwani "majors" nie są zainteresowani podpisywaniem i przedłużaniem kontraktów, no i że melodyjnym graniem przestały interesować się media. Właściwie to było nawet gorzej, niektórzy dziennikarze, którzy dawniej byli zdeklarowanymi zwolennikami AORu i glamu, stali się nagle ich największymi wrogami.

Muzycy mieli do wyboru dwie strategie. Jedna z nich (ta dobra) opierała się na byciu wiernym swoim korzeniom i stylistyce, a druga, mniej chlubna, miała polegać na przyłączeniu się do grungeowego nurtu. I w ten sposób dochodzimy do Danger Danger. Aby lepiej naświetlić sytuację przytoczę odrobinę historii zespołu. Po wydaniu drugiego krążka nad zespołem i jego przyszłością zawisnęły ciemne chmury. Nagrali co prawda album zatytułowany Cockroach, ale po odejściu z zespołu wokalisty Teda Poleya wszystko się pogmatwało. Kapela zatrudniła nowego gardłowego - Paula Laina i podmieniwszy ścieżki wokalne na nowo zarejestrowała materiał. W tym momencie do akcji wkroczył Poley, wstąpił na drogę sądową i powstrzymał premierę wydawnictwa. Na domiar złego, konflikt zespołu z Sony doprowadził do zerwania kontraktu, a grupę opuścił niezadowolony z takiego obrotu sprawy gitarzysta Andy Timmons. Na jego miejsce nie przyjęto nikogo nowego, a obsługą wszystkich gitar zajął się basista ekipy, Bruno Ravel. Wydając w 1995 swój trzeci w historii album muzycy chcieli najwyraźniej trafić w nowe gusta publiczności. No i przeliczyli się, bardzo grubo. Jedną z cech charakterystycznych muzyki grunge była pogarda wobec popularnych dawniej hair metalowych kapel. I choć zasada "jeśli nie możesz kogoś pokonać - przyłącz się do niego" zazwyczaj działa, to jednak w tym wypadku nie miała prawa okazać się skuteczna. Nowe oblicze Danger Danger nie było dość wiarygodne, aby pozyskać na nowo fanów. Materiałem zawartym na Dawn zawiodły się również osoby, które pomimo światowych tendencji nie odwróciły się od melodyjnych brzmień. To nie była płyta dla nich. Utwory, które możemy znaleźć na płycie, nie zachwycają. Podobnie jak w przypadku wydanego w podobnym okresie Ultraphobic Warranta rażą fascynacją alternatywą i grungem. Podejrzewam, że gdyby bardzo wiele razy przesłuchać płytę, to można by się przyzwyczaić do niektórych numerów. Jeżeli chodzi o mnie, to jest to jednak niemożliwe, gdyż nawet jednokrotne przesłuchanie krążka w całości stanowi mękę. Pasuję. Płyta jest bardzo zła (kto nie wierzy, niech spróbuje dotrwać do końca Hard). Jedynym pocieszającym faktem są solówki gitarowe i chwilowe przebłyski melodyjności. Nienajgorzej wypada Driving Sideways. Gdyby nie słabe słowa to może spodobałoby mi się Nobody Cares. Jest tego jednak zdecydowanie za mało. Podsumowując szkoda, że zabarwione grungem Dawn to pierwszy kontakt Paula Laine'a z fanami Danger Danger. Jest on bardzo dobrym wokalistą i to, że płyta jest tak słaba, nie jest konsekwencją tego, że zajął on miejsce Poleya. Wina leży w obranej stylistyce i dobrze, że ten muzyczny eksperyment okazał się być jednokrotnym. A wracając do Laine'a to jego śpiew jest jedynym elementem płyty jaki może się podobać. Jednak prawdziwe możliwości pokazał on dopiero na kolejnych krążkach kapeli.

Płytę można zaliczyć do gatunku "nie polecać nawet najgorszemu wrogowi". No chyba, że jest się sadystą. Odradzałbym kupna Dawn również zatwardziałym fanom Dangerów, no chyba, że ktoś po prostu MUSI posiadać całą dyskografię swojego ulubionego zespołu. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć takiego fanatyzmu. Jeżeli komuś podoba się jakakolwiek inna płyta tej przebojowej kapeli, to Dawn powinien omijać szerokim łukiem. Po co niszczyć sobie dobre samopoczucie?

Oficjalna strona zespołu: www.dangerdanger.com

Guciomir
czerwiec 2008