|
Skład: Tommy Shaw - śpiew, gitary; Ted Nugent - śpiew, gitary; Jack Blades - śpiew, gitara basowa; Michael Cartellone - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Robbie Buchanan - instrumenty klawiszowe; Tower Of Power - sekcja dęta; Paul Buckmaster - aranżacje instrumentów smyczkowych
Produkcja: Ron Nevison
Baloniku mój malutki, rośnij duży, okrąglutki... Czasem już tak jest, że po fenomenalnym, pierwszym albumie danej kapeli rozbuchany balon oczekiwań wobec jego następcy pęka niczym bańka mydlana w konfrontacji z rzeczywistością. Nie oznacza to jednak, że ów następca jest zły (ba! Jest co najmniej dobry), po prostu debiut wyznaczył poziom, który trudno było osiągnąć po raz drugi. Taka sytuacja miała miejsce w przypadku drugiego studyjnego krążka fabryki szlagierów zwanej Damn Yankees, wydanego dwa lata po eponimicznym debiucie i zatytułowanego Don’t Tread. Zarówno skład zespołu, producent, jak i wytwórnia płytowa nie zmieniły się (po co cokolwiek zmieniać, skoro wcześniej wszystko wypaliło?), ale zmianie uległ charakter samych kompozycji.
Przede wszystkim na całej płycie słyszalne jest zaostrzenie brzmienia. W większości kawałków jest ono potężne, w kilku z nich pojawiają się akcenty sleaze rockowe, natomiast trudno znaleźć tam elementy AOR-u. Oczywiście dalej mamy do czynienia z paroma wyznacznikami stylu grupy, jak rewelacyjne podziały wokali, duża melodyjność, profesjonalne, często bogate aranżacje, niemniej jednak w porównaniu ze swoim poprzednikiem Don’t Tread sprawia wrażenie albumu bardziej szorstkiego. Odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się dzieje, zawiera się już w pierwszych dwóch utworach. Don’t Tread On Me rozpoczyna znakomity, rozbujany riff, któremu towarzyszy fajne wejście gitary prowadzącej. Dalej surowa zwrotka z rozedrganym basem skrada się jak kot do pełnego pasji i zarazem luzu refrenu, przypominającego swoją strukturą te obecne w przebojach Aerosmith. Całość uzupełnia świetne solo, w pierwszej części psychodeliczne, w drugiej nadużywające "kaczuchy". Fifteen Minutes Of Fame bazuje na podobnym pomyśle. Mamy tu stosunkowo wolne, przyczajone tempo, pulsujący bas, potężne gitary i charakterystyczne, "aerosmithowe" harmonie wokalne, tym razem w przedrefrenie. Plus rasowe partie solowe gitar, oczywiście. Jak na razie wszystko gra, tyle tylko, że nie jest tak chwytliwe jak na Damn Yankees... Na pozycji trzeciej trafiamy na pierwszą balladę. Where You Goin’ Now z pewnością zostało pomyślane jako następca High Enough, do którego nawiązuje budowa piosenki (spokojne, podbarwione akustykami zwrotki plus mocniejsze refreny, zagrane z epickim rozmachem, bogata aranżacja z sekcją smyczków). Ale nie jest to proste odwzorowanie tamtego hitu, raczej jego logiczna i bardzo udana kontynuacja. Linie wokalne mogą się tu kojarzyć z najlepszymi dokonaniami Slaughter. W rozkołysanym na funkowo, podbitym przez wtręty sekcji dętej Dirty Dog supergrupa powraca do estetyki dwóch pierwszych numerów, tym razem z efektem poprawnym, ale nieszczególnie zachwycającym. Ot, numer jakich wiele. Jakże kontrastuje to z niezwykle intrygującym Mister Please! Początkowo akustycznym, zdradzającym inspirację twórczością Led Zeppelin i southern rockiem, żeby dalej znienacka zaskoczyć refrenem, który można określić jako sleaze rockowy, ze skandowanymi frazami, jakby wyjętymi z hiciorów Mötley Crüe, hair metalowymi riffami i żywą, urozmaicającą rytm perkusją. A po drugim refrenie mamy jeszcze niezwykły, tęskny fragment z nietypowo grającymi gitarami akustycznymi. I to wszystko pasuje do siebie jak ulał. Po tym majstersztyku Amerykanie serwują nam kolejny, tym razem w postaci przecudnej ballady Silence Is Broken, barokowo, przestrzennie zaaranżowanej (znowu słuchać perfekcyjnie wplecione smyczki), wyposażonej w niesamowitą melodię. Podoba mi się tu dosłownie wszystko, ale najbardziej zwracam uwagę na zwrotkę i fragment po drugim refrenie, swoją delikatnością luźno nawiązujący do Silent Lucidity Queensrÿche i końcówkę z beatlesowskimi chórkami. Southern rockowy wstęp Firefly jest niemal identyczny jak ten w Mysified z debiutanckiego wydawnictwa grupy, dalej jednak Jankesi odpalają petardę i zaczynają galopować w stylu, którego nie powstydziłby się Van Halen. Zwracają uwagę partie solowe, z mistrzowskim zastosowaniem technik takich jak podciąganie strun, glissando, czy flażolety. Bardzo pozytywne wrażenie robi również Someone To Believe, w którym ansambl stara się stworzyć kontynuację pamiętnego Come Again (chociaż jak dla mnie w tym wypadku podobieństwa są zbyt wyraźne). W każdym razie brzmi to tak, że współczesne szarpidruty mogą panom Jankesom tylko zazdrościć, cóż, duża wytwórnia i rewelacyjna produkcja zrobiły swoje. Drapieżny This Side Of Hell sprawia wrażenie, jakbyśmy jakiś numer Aerosmith przepuścili przez sleaze rockową pralkę, która nadała mu większej surowości i agresywności. Niepokojący riff przewodni idealnie spotyka się tu z wyluzowanymi na maksa liniami wokalnymi i rozmaitymi krzykliwymi motywami i zgrzytami gitar solowych. Niestety, dwa kolejne utwory prowokują mnie do naciśnięcia klawisza "skip". Dotyczy to zarówno rockandrollowego Double Coyote, w którym zwyczajnie zabrakło pomysłu na rozwinięcie melodii, jak i Uprising, przeciętnego rockera, którego jakość jest odwrotnie proporcjonalna do długości (pięć i pół minuty), nawet pomimo tego, że zagrano go doskonale.
Ostateczna ocena Don’t Tread przedstawia się następująco: kilka piosenek absolutnie wspaniałych (w środkowej części tego dziełka), kilka dobrych i dwa bezczelne wypełniacze na samym końcu, co w sumie zmusza do wystawienia czwóreczki. W amerykańskiej supergrupie drzemał olbrzymi potencjał, niestety, z powodu inwazji grunge’u nie dowiedzieliśmy się, na co jeszcze było ją stać.
Brak oficjalnej strony zespołu
Hardlover kwiecień 2010
|