|
Skład: Jerry G.Hludzik - śpiew; gitara, gitara basowa; Bill Kelly - gitara; Rick Manwiller - instrumenty klawiszowe, programowanie perkusji; Jon Lorance - gitara; Eric Kudy - gitara; Nat Gardner - gitara; Eli M.Hludzik - perkusja
Produkcja: Jerry G. Hludzik i Rick Manwiller
Dakota to dość ciekawa ekipa pochodząca ze Stanów Zjednoczonych i choć znani są nielicznej grupie ludzi, to jednak uznawani są za zespół kultowy. Stało się to za sprawą dwóch, bardzo dobrych AORowych albumów, wydanych w pierwszej połowie lat 80'. Runaway to dziś prawdziwy biały kruk, dla którego znawcy tematu są w stanie zrobić wszystko. Niestety, po wydaniu tej płyty wiadomości z obozu Dakoty ucichły. Co prawda muzycy nadal nagrywali piosenki, ale jednak nie udało im się wydać nowego krążka. Po wielu latach stworzonym materiałem zainteresowała się wytwórnia Escape i w 1996 roku na rynku pojawiło się wydawnictwo firmowane dwoma nazwami: Lost Tracks oraz Mr. Lucky.
Podstawowe, nasuwające się od razu pytanie to to, czy jest to nadal ten sam zespół, czy muzyka tworzona przez muzyków jest nadal taka sama? W gruncie rzeczy ich styl nie uległ poważnym zmianom. Płyta nie jest jednak taka rewelacyjna jak wydane wcześniej wydawnictwo i na pewno nie zjedna im nowych, fanatycznych miłośników. Starzy wielbiciele kapeli powinni być jednak usatysfakcjonowani. Na Mr. Lucky znalazło się bowiem parę bardzo fajnych numerów. Płyta zaczyna się dość dynamiczną kompozycją, która kojarzyć się może z twórczością takich zespołów jak Signal, jest w niej także odrobina Strangeways, no i przede wszystkim trochę Boulevard. Jest to spokojny rocker, który muzycy zaopatrzyli w ładne partie gitary. Niestety, słychać również, że produkcja krążka nie stoi na najwyższym poziomie. Na tym polu możnaby wiele jeszcze poprawić. Na miejscach trzecim i piątym kapela umieściła dwie podobne do siebie ballady. Pierwsza z nich czyli One For The Heart to utwór niemal radiowy. Bardzo podobne numery królowały kiedyś na listach przebojów i szkoda, że dzisiaj mało jest takiej muzyki. Refren wyżej wymienionej kompozycji jest całkiem ładny i chwytliwy, niemniej jednak kawałek ten przegrywa bezpośrednie porównanie z Forever To Never. Początkowo nie ma w nim nic oryginalnego, gdy jednak dochodzimy do refrenu, uaktywnia się drzemiąca w piosence moc. Jest to typowa delikatna kompozycja rodem z epoki, gdy rozgłośniami radiowymi rządziły Toto i Foreigner. Czy wspomniałem już o tym, że żałuję, że te czasy już minęły? Czwóreczka to genialny rocker. Słowo "genialne" to chyba nawet za mało. Heaven Or Hell to AOR w najczystszej postaci i jednocześnie numer, dzięki któremu można z miejsca zakochać się w tym podgatunku rocka. Godny następca i jednocześnie odpowiednik tytułowego Runaway z poprzedniego wydawnictwa. Super partie gitary, super chórki, super refreny. Muzycy dają z siebie wszystko i ukazują co tak na prawdę gra im w duszy. Kompletnie otworzyli się przed słuchaczami i otrzymany efekt jest rewelacyjny. Porównania z tym rockerem nie wytrzymają nawet takie ekipy jak bardzo dobre skądinąd Alias. Pamiętam, że ostatnio podobne odczucia wywołało u mnie Burning In Love w wydaniu Honeymoon Suite. Oba numery powalają na ziemię i po uderzeniach tych ciężko jest wstać na nogi. Don't Stop Belivin przynosi skojarzenia z Journey, solowymi projektami Steva Perry i AORem początku lat 80'. Wrażenie jest bardzo silne i jeżeli ktoś lubi muzykę z tego okresu to powinien być zachwycony. Coś dla koneserów starobrzmiących kompozycji. Podobnym numerem jest następujące po chwili These Eyes. Gitarka jest na drugim planie i ładnie pogrywa w tle. Siła kompozycji tkwii w chwytającym za serce refrenie oraz melodyjnym chórkach. Good Old Time to ponownie Steve Perry. Kapela ponownie uśmiechnęła się do fanów starych brzmień i w efekcie otrzymaliśmy nostalgiczny numer, który przenosi nas w czasie. Można odnieść wrażenie, że słuchając go siedzimy sobie spokojnie w barze i że powoli sączymy piwko, wspominając z koleżanką stare dobre czasy. Duet złożony z ballady All Thru The Night oraz żywszego rockera The Next Time brzmi minimalnie słabiej. Właściwie to nie wiem, czego im brakuje. Można nawet powiedzieć, że są one w stylu Chiny z czasów ich trzeciej płyty. Bardziej podobają mi się jednak inne kompozycje z płyty. Na sam koniec zostaje sprawa numeru tytułowego. Mr Lucky występuje na tym wydawnictwie w dwóch wersjach. Druga z nich, określona przez kapelę mianej "rockowej", jest całkiem niezła. Chłopaki grają w niej bardzo podobnie do Honeymoon Suite i osiągają tym samym dobry efekt. Dlaczego jednak zamieścili na krążku drugie nagranie? Nie mam zielonego pojęcia.
Czy Mr Lucky można uznać za udany powrót kapeli, która w kręgach koneserów jest określona mianem "kultowej"? Album jest dobry, to pewne. Kompozycje są na tyle ciekawe, że słuchając ich można nawet zapomnieć o tym, że produkcja płyty mogłaby być lepsza. Nie jest to jednak dzieło ponadczasowe. Nie jest to album, który przyniósł ze sobą nową jakość. Nie jest to wreszcie album, którego można słuchać w nieskończoność. Niemniej jednak jest to album bardzo dobry, melodyjny i o nostalgicznej wymowie. Skierowany przede wszystkim do osób, które lubują się w muzyce AORowej starej szkoły.
Brak oficjalnej strony zespołu
Guciomir październik 2007
|