Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

CRAZY LIXX - Loud Minority [2007]
Wydawca: SwedMetal Records / Cargo Records / Ais

  1. Hell Or High Water
  2. Dr. Hollywood
  3. Want It
  4. Love On The Run
  5. Make Ends Meet
  6. Death Row
  7. Heroes Are Forever
  8. Do Or Die
  9. Pure Desire
  10. Boneyard
  11. The Gamble
Loud Minority

Skład: Danny 'Dirty Child' Rexon - śpiew,; Joey Cirera - perkusja; Vic Zino - gitary; Luke Rivano - gitara basowa
Gościnnie: Chris Laney - chórki

Produkcja: Chris Laney

Historia Crazy Lixx zaczęła się w 2002 roku. W 2005 kapela nagrała pierwszą demówkę zawierającą singlowego Do Or Die. Dwa zawarte na krążku kawałki (numer tytułowy oraz Death Row) dobrze zwiastowały przyszłości zespołu. Kapela musiała jeszcze trochę poczekać, aż w końcu udało się jej podpisać kontrakt na wydanie swojego pierwszego wydawnictwa. Jest to kolejny skandynawski zespół robiący dość dużą karierę (przynajmniej wśród znawców tematu) i jednocześnie kandydat do miana debiutanta roku.

Tym, co od razu zjednuje sympatię do kapeli, są wypowiedzi jej członków. Wyczuwa się w nich żal i smutek. Crazy Lixx podkreślają swoją niechęć do grunge, nu-metalu, natomiast popularną obecnie R&B oraz rap określają mianem "crap music". Nazywają rzeczy po imieniu i nie boją się swoich poglądów. Wiele podobnych do nich kapel, pomimo tego, że grają typowy melodyjny materiał, wystrzega się takich wypowiedzi, bojąc się najwyraźniej rozsierdzenia co bardziej zagorzałych zwolenników obecnych nurtów muzycznych. Tendencję tę widać szczególnie wyraźnie przeglądając serwis MySpace. Crazy Lixx to grupa zafascynowanych hard rockiem lat '80 ludzi, którzy na własne oczy widzieli jego śmierć. Chłopaki tęsknią za tamtymi czasami i chcieliby wskrzesić dawną melodyjność i wrócić do swoich lat młodości. Całkiem dobrze im to wychodzi. Co ciekawe, nie kopiują oni modnego obecnie Crashdïet, lecz poruszając się w stylistyce lat '80 próbują na własną rekę odnaleźć swą tożsamość. Inspiracji, którymi kieruje się zespół, jest naprawdę wiele. Zaczynając od Mötley Crüe, poprzez Guns 'N Roses i Def Leppard, a na Skid Row kończąc. Bardzo dobrze odzwierciedla to pierwszy numer na wydawnictwie - Hell Or High Water. Kawałek ma sinnerowe brzmienie gitar, choć młodsi fani gatunku przyrównaliby je chyba do Zan Clan (produkcją zajął się ten sam człowiek). Wokalista śpiewa w tym numerze trochę jak Sebastian Bach, a refren z kolei jest motleyowo-warbabiesowy i dzięki takiemu połączeniu otrzymujemy numer, przy którym czapki same spadają z głów. Tak właśnie powinno dzisiaj grać Skid Row. Nie warto jednak rozpaczać nad aktualną formą starych zespołów, debiutanci potrafią wszakże czynić cuda. Trzeci na płycie utwór brzmi trochę jak Poison, które w magiczny sposób dostało jaj. Jego refren nie jest jednak typowy i dużo w nim przebojowego wydzierania się. Melodyjność zostaje podniesiona do kwadratu i jest to kolejny powód do tego, by stać się fanem kapeli. Szkoda tylko, że oglądając teledysk widać, że zespół miał ograniczone fundusze na jego stworzenie. Spotkałem się z opinią, że Dr. Hollywood powinien zostać umieszczony na jedynce Hardline. Jest coś w tym stwierdzeniu, choć powiedziałbym raczej, że mamy tu do czynienia z inspiracją, a nie wiernym kopiowaniem. Love On The Run przynosi na myśl Black 'n Blue. Jest to kolejny, czwarty już, bardzo dobry rocker, który sprawia, że cieplej robi się na duszy, a słuchając go ma się straszną ochotę zorganizować jakąś domówkę. Jest to jeden z tych numerów, które nadają się na hard rockowe imprezy. Death Row to niezły rocker, który przypadnie fanom Guns 'N Roses. Refren nie jest może taki, do jakich przyzwyczaiła nas ekipa Axla, jednak gra gitary oraz zwrotki nienajgorzej imitują styl Amerykanów. Być może przy odpowiedniej promocji Crazy Lixx mieliby okazję na wielki sukces? O ile do tej pory kapela wprawiała mnie w zachwyt, to usłyszawszy Heroes Are Forever po prostu spadłem z krzesła. Nie da się grać lepiej. W takim właśnie melodyjnym hard rocku zakochałem się wiele lat temu. Jest to ta sama liga co Blue Blud. Nie wiem komu mam dziękować za to, że w dzisiejszych czasach nadal powstaje taka muzyka. W każdym razie jest za co. Do Or Die stanowi manifest kapeli skierowany do całego świata. Jest to kolejny dobry, momentami bardzo dobry rocker, którego nieźle się słucha i który sprawia, że ma się ochotę na więcej. Crazy Lixx wytrzymali próbę i po niesamowitych "bohaterach" umieścili kawałek, który nie odbiega znacznie poziomem. Po tak dużej dawce utworów mogących uchodzić za lodołamacze, zespół trochę spuścił z tonu i końcówka płyty nie jest tak zachwycająca. Wspomnieć należy jeszcze o Make Ends Meet, które w ładny sposób prezentuje lżejsze, AORowe oblicze zespołu oraz o tym, że na całym wydawnictwie możemy odnaleźć tylko jedną balladę i to w dodatku na samym końcu.

Loud Minority w dobry sposób oddaje ducha melodyjnego rocka lat '80. Nawet nazwa płyty idealnie pasuje jako określenie fanów tego niszowego gatunku. Crazy Lixx uchwycili coś szczególnego, coś co daje im duże szansę na zostanie debiutantem roku. To, że płyta trafia do tegorocznej pierwszej piątki jest dla mnie wręcz pewne. Genialne granie, po prostu genialne... straciłem już nawet ochotę na oczekiwanie debiutu Loud Lion, a to naprawdę coś znaczy.

Oficjalna strona zespołu: www.crazylixx.com

Guciomir
styczeń 2008