Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

CRASHDÏET - Generation Wild [2010]
Wydawca: Frontiers Records / Gain / Sony Music

  1. Armageddon
  2. So Alive
  3. Generation Wild
  4. Rebel
  5. Save Her
  6. Down With The Dust
  7. Native Nature
  8. Chemical
  9. Bound To Fall
  10. Beautiful Pain
Generation Wild

Skład: Martin Sweet - gitary; Simon Cruz - śpiew; Peter London - gitara basowa; Eric Young - perkusja

Produkcja: RamPac

Jakby to zabawnie nie zabrzmiało, Crashdïet wygłodzili swoich fanów okrutnie. I nie chodzi tu bynajmniej o czas oczekiwania między poszczególnymi wydawnictwami, gdyż nie odbiegał on znacznie od przyjętej normy. Rzecz tkwi w czymś zgoła innym: taką muzykę po prostu się chłonie i wciąż ma się ochotę na więcej.

Czym tym razem zaskakują chłopaki z Crashdïet? Oczywiście energią, drapieżnością i zdecydowaniem, ale tego przecież można było się spodziewać znając wcześniejsze dokonania zespołu. Zmiany wyróżniłbym właściwie dwie. Po pierwsze na czele załogi stanął nowy wokalista w osobie Simona Cruza. Zespół ma szczęście do wokalistów, gdyż na każdej płycie śpiewa ktoś inny i za każdym razem efekt jest ponadprzeciętny. Po drugie, muzyka formacji ulega pewnemu subtelnemu przeobrażeniu, skłaniając się bardziej w stronę drapieżnego, agresywnego hair metalu niż stricte sleazu. Na Generation Wild odnajdziemy zatem i dawne Crashdïet i Mötley Crüe, ale także Skid Row. Intro jak intro, raczej nie zachwyca przy pierwszym przesłuchaniu, ale kiedy słucha się płyty w zupełnej ciszy i przy pełnym skupieniu, czuć wyraźnie wzrastające napięcie, tak jakby wydarzyć się miało coś ważnego. Armageddon przypomina mi zeszłorocznego Chrisa Laneya, a właściwie to nie tyle co samego solowego Chrisa, ale raczej wyprodukowany przez niego krążek Steviego Jaimza. Zespół od razu udowadnia, że współpraca z wokalistą układa się w stu procentach i jest po prostu bombastycznie, w sam raz do wysadzania głośników w powietrze. So Alive jest cięższe i przypomina mi debiutancki krążek grupy, głównie za sprawą brzmienia. Cruz momentami daje czadu i wiernie oddaje hołd zmarłemu Dave'owi. Tytułowe Generation Wild to klasa sama w sobie, jeden z najlepszych utworów na płycie i prawdopodobnie jeden z najlepszych tegorocznych kawałków. Zacznijmy od pełnego seksu i masakry teledysku, który idealnie oddaje charakter mocnych hard rockowych zespołów i pod tym względem na myśl przychodzi mi L.A. Guns. Od strony muzycznej mamy do czynienia z mocarnym hair metalem, pełnymi pasji melodiami oraz z zagrywkami mogącymi kojarzyć się z Ratt i ogólnie pojętą złotą epoką muzyki. Rebel to trochę Motleyów, trochę Judas Priest, a nawet trochę punka. Zazdroszczę im tej energii i podejrzewam, że wiele innych kapel dałoby się dla niej posiekać. Save Her udowadnia, że kapela potrafi oderwać się od sleazu na rzecz trochę lżejszych odmian hard rocka. Numer jest pogodny i przyznam szczerze, że zespół bardzo zaskoczył mnie taką odmianą. Kapela udowodniła tym samym swoją uniwersalność i umiejętność sprawdzenia się w różnym repertuarze. Down With The Dust oczywiście powraca z bardziej znanymi, agresywniejszymi nutami, ale kapela ponownie zaskakuje, serwując niby to samo, ale inaczej. Zasługa głównie leży w świetnym śpiewie Cruza, który daje się poznać od nowej strony. Kolejny kawałek to skręt o 45 stopni i zapowiadane inspiracje Skid Row. Native Nature tak bardzo kojarzy mi się z dokonaniami ekipy Bacha, że aż ciarki przechodzą mnie na myśl, do czego zdolni są Crashdïet. Boję się ich czwartego albumu (w pozytywnym sensie). Żeby było śmieszniej, ekipa ani na chwilę nie zwalnia i po raz kolejny już serwują killera, który na każdym innym albumie byłby najlepszym kawałkiem. Tutaj jest jedynie jednym z wielu, do wyboru, do koloru. W Chemical zespół ponownie stawia na trochę lżejsze, hair metalowe brzmienie i przez pierwsze dwie minuty wydaje się nam, że mamy do czynienia z raczej typowym kawałkiem, wesołym i pogodnym. Po dwóch minutach rozpoczyna się jednak piekło, które pożre duszę każdego fana melodyjnej muzyki. Od siebie dodam, że nie mogłem przestać słuchać numeru przez niemalże godzinę i nadal wracam do niego z przyjemnością. Bound To Fall to ponownie kompozycja najwyższego sortu, z powodu takich kawałków kocham właśnie tę muzykę. Chcę więcej. Beautiful Pain minimalnie rozczarowuje. Jest typową power balladą, ale po przesłuchaniu poprzedzającej jej serii killerów raczej nie robi tak wielkiego wrażenia. Tak czy inaczej, zespół nie ma powodów, aby wstydzić się ballad. Szczególnie jeżeli zaopatrzone są w takie fajne solówki. Edycja japońska ma kilka bonusów, których choć nie miałem okazji przesłuchać, to jednak dotarły do mnie plotki, że bardzo pozytywnie zaskakują i że warto polować dla nich na tak zwanego "japońca".

Jak na razie Crashdïet stworzyli album roku i miażdzą wszelkie Crazy Lixx, czy też Reckless Love. Zobaczymy jeszcze, jaką odpowiedź wystosują H.e.a.t oraz Chris Laney, myślę jednak, że mamy do czynienia ze zdecydowanym liderem. Crashdïet nagrali krążek dorównujący fenomenalnemu debiutowi i przyznam szczerze, że uważam to za coś nieprawdopodobnego. Płytę po prostu trzeba mieć i wszystkich czytelników zachęcam do kupna.

Oficjalna strona zespołu: www.crashdiet.org

Guciomir
maj 2010