|
Skład: Carl Dixon - śpiew, gitara, instrumenty perkusyjne; Steve Shelski - gitara prowadząca, chórki, instrumenty klawiszowe; Andy Curran - gitara basowa, chórki; Barry Connors - perkusyja, chórki
Produkcja: Max Norman
W dzisiejszych czasach mało kto o nich pamięta... A jednak dawniej udało im się uzyskać całkiem przyzwoitą popularność. Na początku lat '80 supportowali takie sławy jak chociażby Judas Priest czy też Iron Maiden. Współpracowali z dość znanymi producentami (Max Norman i Kim Mitchell), a w chórkach do ich utworów udzielał się nie kto inny jak znany z Alias - Freddy Curcii. Co było ich cechą charakterystyczną? To, że z dużą łatwością przychodziło im pisanie chwytliwych melodii. Podpowiem, że mowa jest tu o pochodzącej z Kanady ekipie, a mianowicie o Coney Hatch.
Nie wiedzieć czemu, gdy po raz pierwszy sięgnąłem po Friction spodziewałem się usłyszeć czegoś bardziej AORowego. Okazało się jednak, że Coney Hatch grają ostrzej, kierując się tym samym w stronę hard rocka. Widać to chyba najwyraźniej dzięki silnym, bezkompromisowym kompozycjom, w które została zaopatrzona płyta. Brzmienie gitar jest o wiele bardziej zdecydowane od chociażby konkurencyjnej wobec Coney Hatch grupy Honeymoon Suite. Oba zespoły pochodziły z Kanady, grały w podobnym stylu i w tym samym okresie. Coney Hatch miało jednak w sobie tę charakterystyczną zadziorność, której brakowało "grzecznej" konkurencji. Zadziorność ta wyrażała się między innymi poprzez mocne brzmienie gitar elektrycznych oraz bardzo dobrą grę basisty. Gigantyczną pracę wykonał producent krążka - Max Norman. Nie często zdarza się, aby produkcja płyty dążyła do wyeskponowania roli basu, a tym bardziej, aby próba taka była udana. Na Friction jednak, efekt ten został osiągnięty. Słuchając każdego utworu możemy delektować się grą Andy Currana, dzięki któremu zawartość płyty została zaopatrzona w miłe dla ucha buczenie. Czy solówka basu nie jest czymś interesującym? Chociażby na Fantasy stanowi ona ciekawy dodatek. Dodam jednocześnie, że uważam ten numer za najlepszy na płycie, ma on w sobie bowiem niezwykłą melodyjność i przebojowość, a do tego produkcja oraz brzmienie instrumentów przyprawiają mnie o drżenie. Do Fantasy nakręcono teledysk i za to należą się wielkie brawa dla zespołu oraz wydawcy. Ileż to już razy zdarzało się, że bardzo dobre płyty były promowane poprzez średniej klasy piosenki? Następujący po Fantasy utwór He's A Champion stanowi pewnego rodzaju kontynuację poprzedniego numeru. Posiada on zbliżone brzmienie, muzycy zagrali go jednak trochę wolniej i ciężej zarazem. Tekst piosenki mógłby spodobać się fanom metalu spod znaku miecza, ja jednak wolę podchodzić do niego z lekkim przymrużeniem oka. Silnym elementem płyty jest otwierający ją This Ain't Love. świetna produkcja, świetne brzmienie wszystkich instrumentów, wyjątkowa melodyjność oraz kapitalna gra basisty czynią z tego numeru bardzo udanego rockera. Idealnego zarówno do powolnej jazdy samochodem z odkrytym dachem jak i do mknienia z prędkością znacznie ponad 170 kilometrów na godzinę. Obie wymienione przeze mnie opcje zostały oczywiście sprawdzone, nie rzucam zatem słów na wiatr. Do podobnych, równie ciekawych celów mogą zostać wykorzystane jeszcze dwa szybkie kawałki, a mianowicie Wrong Side Of Town oraz State Line. Pierwszy z nich to dynamiczny rocker charakteryzujący się idealnie wkomponowanym w utwór wokalem Carla Dixona oraz misterną i jednocześnie bardzo szybką zagraną solówką. Drugi z nich to typowy dla Coney Hatch materiał. Mamy zatem do czynienia z żywiołowo zagranym rock&rollem, podczas którego cała ekipa dokonuje szaleństwa na scenie. Nie ma możliwości, aby te elektryzujące kawałki nie przypadły do gustu fanom melodic rocka. Na Friction odnajdujemy również utrzymane w spokojniejszym tempie piosenki, a za przykład może posłużyć Girl From Last Night's Dream. Zadziorność kapeli gdzieś zniknęła, klawisze mają za to trochę więcej do roboty. Charakterystyczne brzmienie jednak pozostało, a na plus należy zaliczyć również melodyjną i ładnie zagraną solówkę. Otrzymujemy w ten sposób bardzo pogodny utwór, którym łatwo jest sobie poprawić humor. Chwilę później następuje jednak pewien zgrzyt, gdyż Coming To Get You to zdecydowanie najsłabszy numer na płycie, który aż prosi się o wciśnięcie klawisza "skip" na odtwarzaczu. Na szczęście, jest to pojedynczy wypadek przy pracy, a Kanadyjczycy nie będą już nas w taki sposób zaskakiwać. Kolejnym "pogodnym" numerem jest She's Gone. Piosenkę zaczyna ładne, spokojne intro, po którym kapela zaczyna grać ostrzej. Słowo "pogodne" znalazło się w cudzysłowiu, gdyż odzwierciedla ono brzmienie kawałka oraz jego melodię, tekst piosenki jest już raczej przygnębiający. Ciężko mi powiedzieć, skąd wziął się ten paradoks. Jako efekt otrzymaliśmy niezły utwór, uważam zatem, że nie należy szukać dziury w całym. Na sam koniec płyty Coney Hatch serwują nam cięższe, hard rockowe Burning Love. Jego siła tkwii w bardzo melodyjnych, samośpiewających się refrenach, co w połączeniu się ze świetnym brzmieniem daje powalający efekt. Podejrzewam, że w kawałku tym maczał palce Aldo Nova, a to za sprawą złożonych mu przez Coney Hatch podziękowań, o których można przeczytać w dołączonej do płyty książeczce. Za każdym razem, gdy słucham tego kawałka, zaczynam być zły na kapelę, że nagrana przez nich płyta jest taka krótka. I chwilę później uruchamiam ją od początku.
Jeżeli ktoś do tej pory nie znał twórczości Coney Hatch, to gorąco polecam, aby zapoznał się z Friction. Album można spokojnie uznawać za jeden z zapomnianych klasyków hard rockowych. Gwarantuję, że odkrywanie takich płyt daje ogromną satysfakcję i że zachęca do jeszcze głębszego wnikania w muzykę lat '80. Do tego wszystkiego dochodzi kapitalne, stare brzmienie. Szkoda jedynie, że Friction było ostatnią płytą w dyskografii kapeli. Co prawda, w 2004 roku doszło do reaktywacji Coney Hatch, na nowy krążek nie zanosi się jednak w najbliższym czasie. Ciekawe czy weterani potrafiliby powrócić w takim stylu jak chociażby Giant.
Oficjalna strona Carla Dixona: www.carldixon.com
Guciomir kwiecień 2007
|