|
Skład: Marc Ferrari - gitary; Rory Cathey - śpiew; Eric Gamans - gitary; Chris McLernon - gitara basowa; Anthony White - perkusja
Produkcja: Kevin Beamish
Posłuchajcie, drogie dziatki, historyjki z morałem. Dawno, dawno temu, w roku 1988, gitarzysta Keel, Marc Ferrari, postanowił założyć własny zespół, firmowany własnym nazwiskiem. W tym celu zebrał wokół siebie grono niezłych muzyków, w którym znaleźli się: gitarzysta Eric Gamans (ex- Waysted), basista Marc Normand (ex- Last Child), wokalista Oni Logan i perkusista Anthony White. Po podpisaniu kontraktu z MCA okazało się, że Normand nie ma ochoty grać dalej w tej drużynie (zastąpił go Chris McLermont), a Logan uciekł do właśnie powstającego Lynch Mob (nowym gardłowym został wybrany Rory Cathey). Na domiar złego, pewien zły koncern samochodowy zaprotestował przeciwko nazwie Ferrari, utrzymując, że jest ona zastrzeżona dla niego. Z tego powodu formacja zaczęła występować pod przewrotnym szyldem Cryin’ Shame, a potem, gdy okazało się, że i do niego nie ma prawa - pod nazwą Cold Sweat.
Proponowana przez grupę muzyka jest w wielu momentach uderzająco podobna do twórczości wczesnego Lynch Mob, a także do Dokken. Sprawia to przede wszystkim duet sprawnych wioślarzy, Ferrari i Gamans generują bowiem brzmienia perfekcyjnie naśladujące grę George’a Lyncha, płyta jest więc pełna drapieżnych, metalicznych riffów i piorunujących solówek. Natomiast Cathey jest jakby bardziej wygładzoną, śpiewającą czystszym głosem, wersją Logana. Już na pierwszej ścieżce, Four On The Floor, kwintet pokazuje, na co go stać. Szybkie wejście niemal heavymetalowych riffów i perkusji kojarzy się z najlepszymi latami Dokken, a to wszystko uzupełniane jest eksplodującymi wstawkami gitary prowadzącej i melodyjnym, choć nie pozbawionym energii, głosem Cathey’a. Zagrana w części techniką staccato solówka potwierdza imponującą sprawność manualną Ferrariego. Po mocnym uderzeniu na początek przechodzimy w klimaty bluesujące. Swoimi rozwiązaniami rytmicznymi, riffami i melodią Cryin’ Shame przypomina All I Want Lynch Mob, a ponieważ nie wiadomo, która piosenka była pierwsza, nie wiadomo też, kto ściągał ;). W każdym razie współpraca gitar znów budzi najwyższy podziw, gardłowy spisuje się bardzo dobrze, a solówka jest oczywiście bez zarzutu. Bardzo jankeski w swoim charakterze, rockandrollowy Lovestruck swoimi riffami może przywodzić na myśl dokonania Slaughter. Sam w sobie jest średni, ale warto poczekać na kaskady dźwięków w solówce. Ktoś w Internecie napisał, że wioślarz Keel przeszedł na tej płycie samego siebie i jest w tym sporo racji... Na pozycji czwartej mamy obowiązkową balladę, która mimo swojej banalności i bardzo typowej struktury (gitary akustyczne w zwrotce plus mocniejszy refren) ma w sobie coś urzekającego, może dzięki ładnej melodii i czystemu głosowi pana obsługującego mikrofon? Zespół przyspiesza w This Heart Of Mine, który swoją rytmiką i rozmarzonymi podkładami przypomina późniejsze kawałki Rox Diamond. Bardzo mocnymi punktami tej kompozycji są: łatwo zapamiętywana melodia, płynne przechodzenie ze zwrotek do refrenu i niemal AOR-owy bridge. Bujający Killing Floor znów nawiązuje po trochu do Slaughter i Lynch Mob, tym razem jednak nie przyciąga zbytnio uwagi ze względu na niezbyt ciekawe riffy i linie wokalne. Ot, po prostu standardowy, oparty na kliszach, glam metal. Dwa kolejne kawałki w pełni wynagradzają ten słabszy moment. Riviera / Long Way Down rozpoczyna się miniaturą akustyczno-elektryczną, będącą wyrazem zapatrzenia formacji w twórczość Tesli - ma ona ten sam klimat. Po półtorej minuty przerywają ją ostre, metalicznie brzmiące riffy i na arenę wkracza Cathey. Zarówno on, jak i Ferrari tym razem bardzo starają się dorównać Dokken i ta sztuka im się udaje. Ze względu na swoje harmonie brzmieniowe i melodykę ten numer mógłby powodzeniem być zagubionym singlem z Back For The Attack. Let’s Make Love Tonight to chyba najbardziej znany kawałek z tej płyty, a to za sprawą promującego go wideoklipu. Również najbardziej pogodny i przebojowy, mający party rockowy wydźwięk. Co tu gadać, świetnie zaśpiewany materiał na hit, z krótką, ciepło brzmiącą solówką. Pewnie niejedna panienka przystała na propozycję zawartą w tekście... Następny, marszowy Fistful Of Money raczej niczego nowego nie wnosi, to kolejny "kliszowy" glam, jaki mieliśmy już okazję usłyszeć ze sto razy, chociaż trochę wyróżnia go fragment po drugim refrenie (wyeksponowany bas i solo z zastosowaniem "kaczuszki"). Powrót do formy mamy w Jump The Gun, energetycznym numerze z riffami wzbogaconymi o zagrywki slide. Linie wokalne po raz kolejny nawiązują tu do Dokken, z czym idealnie korespondują fajerwerki w solówce, będącej połączeniem gry slide, umiejętnego podciągania strun i typowego shreddingu. Krążek kończy się glamową przeróbką bluesowego standardu I Just Want To Make Love To You. Bardzo dobrze zagraną, z licznymi gitarowymi popisami, ale trzeba przyznać, że duch utworu został gdzieś utracony i jakość wykonania nie idzie tu w parze z jakością kompozycji. Ciekawostką jest fragment zagrany na basie, który dubluje gitara prowadząca, jako żywo przypominający motyw z Karate naszego Breakout.
A gdzie morał tej historii? Mimo niesprzyjających okoliczności warto realizować swoje marzenia, choćby skutek tej realizacji był tylko jednorazowy. Mimo kilku przeciętnych piosenek, jakie się tu znalazły, Break Out co najmniej dorównywał debiutowi konkurencyjnego Lynch Mob (a w mojej ocenie nieco go przewyższał). Ten album to kawał dobrego, hairmetalowego grania, z którym warto się zapoznać.
Brak oficjalnej strony zespołu
Hardlover lipiec 2009
|