|
Skład: Michael Eriksen - śpiew; Mats Haugen - gitary; Glen Cato Möllen - gitara basowa; Truls Haugen - perkusja; Lasse Finbroten - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Circus Maximus
Circus Maximus to zespół pochodzący z Norwegii, a więc kraju, gdzie muzyka rockowa jest na wyciągnięcie ręki, gdzie ludzie uwielbiają tworzyć, grać i słuchać melodyjnego rocka we wszelkich jego odmianach. Swoją drogą, zastanawiam się skąd u naszych północnych sąsiadów (mam na myśli w tej chwili całą Skandynawię) non stop ujawniają się ludzie z tak silnie przemawiającymi talentami muzycznymi. W samej Norwegii wymienić można jednym tchem chociażby TNT, Jorna Lande czy Ark. Po przesłuchaniu najnowszej płyty Norwegów z Circus Maximus jestem w stanie z całą odpowiedzialnością postawić ich w szeregu obok wyżej wymienionych.
O samym zespole do dzisiaj wiedziałem niewiele, a w zasadzie praktycznie nic. Kilka lat temu przeczytałem newsa w jakimś zagranicznym serwisie, że oto narodził się godny następca samego Dream Theater. W ten sposób oceniano debiut CM, płytę The 1-st Chapter Cóż, sięgnąłem po ten zachwalany "pierwszy rozdział" i faktycznie... praktycznie w każdej nucie, w każdym takcie usłyszałem brzmienie i styl charakterystyczny dla "Bogów progmetalu" z Nowego Jorku. Problem w tym, że jako stary, wręcz ortodoksyjny fan DT od jakiegoś czasu nie przyjmuje do siebie istnienia jakichkolwiek "klonów" Teatru Marzeń, stąd debiut CM przeszedł obok mnie bez echa. Do ponownego sięgnięcia po twórczość CM skłoniła mnie po latach pozytywna recenzja drugiej płyty Norwegów, zatytułowanej Isolate, zamieszczona w serwisie melodicrock.com. Serwis ten zawsze był dla mnie dostatecznie wiarygodny, stąd postanowiłem dać panom z Circus Maximus ponowną szansę.
Co mogę powiedzieć teraz po kilkunasto-, kilkudziesiętnokrotnym przesłuchaniu płyty Isolate? Ciężko znaleźć właściwe określenie, więc skrócę je jednym słowem: doskonała!!!
Od czasów The 1-st Chapter zespół zrobił gigantyczny krok do przodu. Przede wszystkim postanowili odejść od czystego kopiowania stylu DT czy Symphony X i stworzyli własny, niepowtarzalny styl i klimat. Zasadniczo już po pierwszym przesłuchaniu Isolate słuchawki w moim odtwarzaczu przykleiły mi się do ucha i nie ściągałem ich praktycznie nigdzie, a każde kolejne odsłuchanie przynosiło nowe wrażenia i doznania.
Album rozpoczyna mocne uderzenie. A Darkened Mind nie jest może najlepszym kawałkiem na płycie, ale jest świetnym openerem i pokazuje czego możemy spodziewać się w dalszej części. Pierwsze takty zwrotki przywodzą na myśl Queensrÿche z czasów Operation Mindcrime czy Empire. Odczucia podobne, jak chociażby przy Eyes Of A Stranger, gdzie delikatna zwrotka jest tylko wstępem do totalnego zbombardowania słuchacza dynamicznym, melodyjnym refrenem. Co do klimatu, słychać tutaj oczywiście dalej wpływy DT (co nie powinno dziwić mając w pamięci The 1-st Chapter), ale wpływy te zostały znacznie zredukowane. Co jednak mnie osobiście najbardziej ucieszyło, to ogromny wpływ na muzykę CM wspomnianego już wyżej Queensrÿche i to tego z czasów jego największej świetności. Dalej jest jeszcze lepiej. Abyss to chyba najcięższy numer na płycie (początek przywodzi na myśl Lie DT), ale nie pozbawiony przy tym swojej melodyki i przede wszystkim zabójczo melodyjnego refrenu. Co do samej melodyjności nie wypada nie wspomnieć o największym geniuszu CM. Wokalista Michael Eriksen to bodaj największe odkrycie wokalne ostatniej dekady. Jego wokal jest niesamowicie mocny, dynamiczny, a przy tym nie pozbawiony wrażliwości tak ważnej i charakterystycznej dla muzyki progresywnej. Jego śpiew jest swoistym "mixem" talentów Geoffa Tate, Tony'ego Harnella czy Jamesa LaBrie. Swoją drogą nie wiem co takiego jest w Norwegach, że można u nich spotkać tyle talentów wokalnych, od Jorna Lande poczynając. Wracamy do Isolate. Wither to w mojej skromnej opinii najmocniejszy punkt na płycie. Zaczyna się całkiem niewinnie, po raz kolejny słychać wpływy DT z czasów Images And Words, a przede wszystkim z Awake. Mocne uderzenie przechodzi w spokojną zwrotkę, która po raz kolejny prowadzi do niesamowitego refrenu. Harmonia w tym utworze po prostu zabija. Eriksen daje tutaj niesamowity popis swoich umiejętności wokalnych. Wiem, że ortodoksyjni fani Queensrÿche mogą mnie w tej chwili zbiczować, ale jak dla mnie ten kawałek mógłby z powodzeniem znaleźć się na OM czy Empire i nie odstępowałby klimatem i charakterem od reszty. Jednym słowem "killer". Kolejny utwór to Sane No More. Jest to kawałek instrumentalny, gdzie zarówno gitarzysta jak i klawiszowiec nawet nie starają się ukryć, że ich ulubionym zespołem jest DT. Jak dla mnie bomba, ale spodobać się może głównie fanom Teatru Marzeń. Arrival Of Love to ukłon CM w stronę AORu. Przodujące klawisze, lekki riff, delikatny wokal no i oczywiście bardzo melodyjny refren, czyli wszystko to co potrzebne do powstania rewelacyjnej aorowej "piosenki". Napisałem "piosenki" celowo, albowiem kawałek mógłby spokojnie okupować radiowe listy przebojów. Nie zmienia to faktu, że Arrival Of Love słucha się świetnie i jest to kolejny mocny punkt Isolate. Zero to jedyna balladka na płycie. Tutaj Michael Eriksen może po raz kolejny pokazać, iż wokalistą jest nietuzinkowym. Śpiewa czysto, jego wokal przepełnia wrażliwość i prawda w tym, co zamierza przekazać swoim tekstem odbiorcy. "I try to make you remeber me" - śpiewa Eriksen. Cóż, ja jego wokal na pewno zapamiętam na długo. W Zero na szczególną uwagę zasługuje zakończenie. Niesamowity klimat, trochę zbliżony do końcówki Finally Free DT. Mouth Of Madness to niespełna 13-minutowa suita. Utwór rozpoczyna delikatny wstęp, gdzie przebrzmiewają echa Ayreon z płyty The Human Equation, a więc bodaj największego "magnum opus" Lucassena. Dalej utwór charakteryzuje przede wszystkim rytmiczny przekładaniec, galopujące gitary, popisy gitarzystów, a więc wszystko to do czego przyzwyczaili nas muzyczni "magicy" z Dream Theater. Utwór bardzo dobry, jednak jakoś tak przeszedł obok mnie niezauważony. W zasadzie gdyby nie rewelacyjny początek i genialny wokal Eriksena utwór nie obroniłby się na tle pozostałych "pereł" zamieszczonych na Isolate.From Childchood's Hour to kolejna perła w koronie. Delikatna zwrotka z przejmującym wokalem Eriksena, przechodząca po raz kolejny w niesamowicie melodyjny refren, przy którym ja osobiście każdorazowo mam przysłowiowe "ciary na plecach". Rewelacja. Ostatni w zestawie utwór to Ultimate Sacrifice. Panowie z CM zostawili nam na koniec genialnego, ponad 9-minutowego, progmetalowo-hardrockowo-aorowego "killera". Nie mam słów, aby opisać to, co dzieje się w tym utworze. Podobne odczucia miałem po pierwszym przesłuchaniu najlepszej płyty w historii tzw. progresywnego metalu, czyli Images And Words DT, a więc coś musi w tym być. Słowem, coś pięknego.
Reasumując, Norwegowie z Circus Maximus zafundowali fanom melodyjnego rocka wielką niespodziankę. We mnie osobiście wywołali uczucia takie, jakich od długiego czasu swoimi najnowszymi albumami nie mogą wywołać moi "idole" z Queensrÿche czy Dream Theater. Kto wie, być może zespół nagrał płytę swojego życia, może Isolate okaże się dla muzyki rockowej takim przełomem, jakim swego czasu okazało się Images and Words Dream Theater czy Operation Mindcrime Queensrÿche. Wiem, wiem, w dzisiejszych czasach są to marzenia tzw. "ściętej głowy", ale przecież co tam, pomarzyć zawsze można. Tymczasem, mam nadzieję, że swoją recenzją namówiłem do przesłuchania Circus Maximus - Isolate. Gorąco polecam, bo naprawdę warto.
Oficjalna strona zespołu: www.circusmaximussite.com
Fr3dro wrzesień 2007
|