Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

CHROME DIVISION - 3rd Round Knockout [2011]
Wydawca: Nuclear Blast Records / Columbia Japan / Zoom

  1. Bulldogs Unleashed
  2. 7 G-Strings
  3. Join The Ride
  4. Unholy Roller
  5. Zombies & Monsters
  6. Fight (Rumble 'n' Roll)
  7. The Magic Man
  8. Long Distance Call Girl
  9. Ghost Riders In The Sky (Johnny Cash cover)
  10. Satisfy My Soul
3rd Round Knockout

Skład: Paul "Shady Blue" Mathiesen - śpiew; Shagrath - gitara, chórki; Luna - gitara basowa, chórki; Ricky Black - gitara prowadząca; Tony White - instrumenty perkusyjne

Produkcja: Chrome Division

Trzy lata przyszło czekać fanom tej norweskiej ekipy na nowy krążek. Dużo to? Mało? Chyba tak, właściwie to trochę przydługo jednak., No ale nie może być inaczej, skoro panowie realizują się także w innych projektach, a mózg przedsięwzięcia, Shagrath, zajęty jest głównie swoim priorytetowym udzielaniem się w Dimmu Borgir. Dopiero gdy oni odpoczywają, ten zabiera się za dłubanie przy swoim drugim zespole.

Jak wszyscy zapewne pamiętają, ta chromowana ekipa debiutowała w roku 2006 albumem Doomsday Rock 'N Roll, wywołując sporą sensację i zamieszanie. Z miejsca też zostali okrzyknięci następcami Motörhead. I nie dziwi to wziąwszy pod uwagę, że nie tylko muzycznie panowie czerpali z ekipy Lemmy'ego. Mogła podobać się także tematyka utworów, w której królują peany na cześć piwa, kobiet i Harleyów. Drugi LP, na który poczekać trzeba było dwa lata, został zatytułowany Booze, Broads And Beelzebub, otrzymywał różne recenzje, choć nadal mógł się podobać, to ciągle było to radosne, motorheadowe grzanie. Gdy w rok po premierze z zespołu odszedł wokalista Eddie Guz, wielu wieszczyło rychły koniec Chrome Division. No cóż, takiego wokalistę trudno jest zastąpić. Najwyraźniej panowie znaleźli godnego następcę, bo oto trzymam w ręku najmłodsze dziecko zespołu, nieco buńczucznie zatytułowane 3rd Round Knockout. Tak patrząc na tytuł, to chyba należy zacząć się bać. No, bo jeśli to ma być nokaut... Nie chcę być wyniesiony na oczach całej publiki. Tak czy owak, Norwegowie atakują trzecią płytą, na której jak obiecują, ma być sporo kawaleryjskiej jazdy Harleyami, głośnych, gęstych od papierosowego dymu imprez, na których pod dostatkiem będzie alkoholu i kobiet. Miłym akcentem jest umieszczenie na płycie zapewne wszystkim znanego utworu Johnny'ego Casha, Ghostriders In The Sky. Rock 'n' rollowa wersja słynnego klasyka, którego można usłyszeć m.in. w filmie "Blues Brothers", wypadła całkiem fajnie. Tak więc panie i panowie, powitajcie Chrome Division w rundzie trzeciej. Jako wzmocnienie ekipa przyprowadziła ze sobą nowego wokalistę w osobie niejakiego Shady'ego Blue, wcześniej związanego z ekipami Ringnevond i Susperia. Trzeci wypiek drużyny Shagratha miał swoją premierę w piątek, 6 maja 2011. Zainteresowanych zapraszam do zapoznania się z tym dziełem. Na początek Bulldogs Unleashed. Chwila, czy to naprawdę jest TEN zespół? Gdzie to potężne, brudne brzmienie? Gdzie dudniące gary? Zamiast tego przytłumione, aczkolwiek nadal motorheadowe łupanie, ale ta perkusja tu nie pasuje. Do tego pewne novum w postaci istotnej zmiany tempa i nastroju utworu. I to jest naprawdę fajne. Takie zwolnienia są naprawdę w porządku. No i ten miażdżący riff! Na szczęście nowy wokalista też daje radę. 7 G-Strings tak do końca mnie nie przekonuje, szczególnie ten bardzo amerykański, stonerowy refren. I znowu zwolnienie, które osobiście kojarzy mi się z bardzo znanym Erase pewnego bardzo znanego, death metalowego zespołu. Jako podpowiedź napiszę, że grał w nim kiedyś sam James Murphy. Na dobrą sprawę ten album zaczyna się w Join The Ride. Dlaczego nie dano tego jako otwieracz, nie mam pojęcia. Szkoda, bo zarówno tytułem jak i muzycznie znakomicie się do tego celu sprawdza. Jest znakomita melodia, klimatyczne gitarki, wreszcie dobre brzmienie i chóralny refren. Nie ma co prawda pędzenia na złamanie karku, ale czy tylko o to chodzi? Tu postawiono na rasowe, amerykańskie pojmowanie rocka. Wypadło znakomicie. I żałuję, że właśnie do tego utworu nie nakręcono klipu promocyjnego. Naprawdę udana rzecz i bodaj najlepsza na całym LP. Komu brakuje galopad, ma dla siebie Unholy Roller, który jakoś tam nawiązuje do arcyudanego Serial Killer. Wrażenie robi kapitalna solówka. Norwegowie to jednak potrafią grać. Bardzo, ale to bardzo podoba mi się śpiew nowego wokalisty. Głos pana Blue znakomicie nadaje się do proponowanych dźwięków, a sam zainteresowany wie, jak go używać. Ciekawe czy Zombies And Monsters to taka auto ironia po przebytych pijatykach? Może coś w tym jest, bo samo granie w stylu Motörhead już nie wystarcza, a po dwóch poprzednich utworach znów robi się nudno. Tylko wokalista ratuje ten numer, ale co z tego, gdy reszta nie daje mu odpowiedniego wsparcia? Szósty w kolejności Fight z groźnie brzmiącym "przychodzę, by skopać wam dupy" też zionie nudą. Nie ma tu przysłowiowej iskry bożej, nie ma efektownej, porywającej melodii i killerskiego, przebojowego refrenu. To już połowa wydawnictwa i tak właściwie to nic się nie dzieje. Zasadne więc staje się pytanie, czy to naprawdę będzie nokaut. Bo mi osobiście nie wydaje się, by tak miało być. Zespół najwyraźniej wraz z nowym krzykaczem polubił nowości, bo serwuje nam rasowego bluesa w The Magic Man. I to mogłoby być w porządku. Tylko, że nie jest. Bo oglądanie się na bardziej utytułowanych kolegów po prostu nie wyszło, a sami zainteresowani nie potrafili stworzyć tej niepowtarzalnej atmosfery jam session. Po co ta bezsensowna łupanina i denerwująca, bezładna harmonijka? Blues powinien mieć swój klimat, swój nastrój. Mam wrażenie, że tu odwalono to na kolanie i tyle... Szkoda, bo to naprawdę mógłby być przebój. Nie przyciąga także Long Distance Call Girl. Takich utworów wstydziłby się nawet Kilimister. Nie ratuje go nawet po raz kolejny na tej płycie oglądanie się na amerykańskiego, południowego rocka. Drodzy panowie! Nokautu w trzeciej rundzie na pewno nie będzie. Pod koniec płyty mamy wspomniane już przeze mnie nagranie Casha, Ghost Rider In The Sky. Napisałem, że brzmi całkiem w porządku. I tak jest. Ale gdy tak się nad nim dłużej zatrzymać, to chyba mogłoby być jednak lepiej. Żałuję, że Chrome Division nie miało odwagi, by zrobić to w konwencji stricte bluesowej. Chociaż może i nie ma się czemu dziwić, mając w pamięci niezbyt efektownego bluesa nieco wcześniej... Ten zespół, choć ma zadatki na to, by stworzyć fajną, ciekawą atmosferę (vide trzeci utwór), to albo boi się to robić, albo nie umie tego wykorzystać. Ten nieco ponad czterdziestosiedmiominutowy wypiek zamyka udany Satisfy My Soul. Wreszcie mamy tutaj to wszystko, co powinno być. Jest dobry riff, dobra melodia, chóralny refren i odpowiednia atmosfera. Jaka szkoda, że zabrakło pomysłów na więcej. Może to jednak tylko ja się czepiam? Może właśnie ma być tak, że ci panowie przez długie minuty nie prezentują niczego specjalnego, by w najbardziej niespodziewanym momencie go zaskoczyć? No, bo nawet na płytach Motörhead więcej dobrych numerów się nie znajdzie. Zawsze będzie ich kilka (są wyjątki, wiem). Tylko patrząc na tytuł płyty oczekuje się więcej. Poznęcam się jeszcze nad brzmieniem. Mogłoby być potężniejsze, wtedy te interesujące zmiany tempa wypadłyby jeszcze lepiej. Należy jednak pochwalić za bardzo interesujące w wielu miejscach solówki. Mogło być lepiej tu i ówdzie, ale niech tam. Mam natomiast duże obiekcje co do brzmienia sekcji. Nie cierpię takiego pykania garów. Oczekuję potężnego kopa i młócenia. O zupełnie niemal niesłyszalnym basiście nie wspomnę. Jedynym, który tu nie zawalił i udanie pokazał się na tej płycie, jest wokalista. Zmiana wypadła bardzo naturalnie i słuchacz nie odczuwa specjalnego szoku, co często się w takich przypadkach zdarza. Zastanawiam się tylko ,jak odbiorą te zmianę fani, bo i zespół i sam wokalista w wielu fragmentach brzmią jak jakaś southern rockowa grupa ze Stanów. Mnie to absolutnie nie przeszkadza, o ile będą to takie utwory jak Join The Ride.

Pora na podsumowanie. No cóż, porywający album to z pewnością nie jest, aż tak zły chyba też nie. Jednak o zapowiadanym w tytule nokaucie nie może być mowy. To jest nadal miks heavy metalowego, radosnego grania a'la Motörhead z czymś nowym. Niektórym się spodoba, innym znów nie. Pomysłów wystarczyło zaledwie na trzy utwory, plus cover Casha. To za mało, przynajmniej dla mnie. W wielu miejscach z płyty wyziera nuda, absolutnie nic się nie dzieje, a całość płynie, bo zespół gra dla samego grania. Jako pierwszy wypiek z nowym wokalistą można to przełknąć. Wiem jednak, że Shagratha i kolegów stać na dużo więcej. Potraktuję więc całość jako zły miłego początek, z nadzieją na to, że za czas jakiś otrzymam naprawdę killerski i powalający LP. Taki, co do którego obiekcji mieć nie będę. Póki co więcej niż 7/10 nie postawię. Moim zdaniem nie ma ku temu podstaw. Czy polecam? Umiarkowanie tak.

Oficjalna strona zespołu: www.chromedivision.com

Vincent
maj 2011