Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

CHRIS LANEY - Pure [2009]
Wydawca: Metal Heaven

  1. Situation
  2. I Dunno
  3. Make You Cry
  4. The Stranger In You
  5. Fire & Ice
  6. I Hate Yer Guts
  7. Get U Down
  8. Pissed At What Ya Missed
  9. Make My Day
  10. Last Man Standing
  11. Skin On Skin
  12. Pride B 4 The Fall
Pure

Skład: Chris Laney - śpiew, gitary; Nalle Grizzly Påhlsson - gitara basowa; Johan Koleberg - perkusja
Gościnnie: Martin Sweet - solo w [5]; Zinny Zan - chórki i główny śpiew w [6], Vic Zino - solo w [1]; Anders Ringman - gitary i B Vox w [7]; Nick Draglor - solo w [10]; Rob Love i John Saphyre - solo w [3]; Mats Levén - dodatlowy śpiew w [9]; Lennart Östlund - instrumenty perkusyjne i dodatkowe partie gitar

Produkcja: Chris Laney

Podejrzewam, że mało kto kojarzy nazwisko Chrisa Laneya. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem jego solowy krążek, zacząłem pozyskiwać informacje w recenzyjnych celach. Okazało się, że Laney nie jest debiutantem i że ma za sobą dość długą i ciekawą karierę. Był wielokrotnie nominowany do szwedzkich nagród Grammy i dwukrotnie je otrzymywał. Kto by pomyśłał? Patrząc na problem z drugiej strony, jeżeli chodzi o międzynarodową karierę, Chris nie afiszował się zbyt bardzo swoją osobą i raczej pozostawał w cieniu.

Obowiązkową wyliczankę należałoby rozpocząć od Zan Clan, którego to wpływy na Pure są według mnie bardzo wyraźne. Chris zagrał wcześniej na bardzo lubianym przeze mnie We Are Zan Clan... Who The F**k Are You??!. Występował również jako gitarzysta zespołu Randy Piper's Animal, ale w tym przypadku podobieństw do solowego Pure zbyt wielu nie dostrzegam. Należy dodać, że oprócz wioślarskiego rzemiosła, muzyk zajmuje się również produkcją i że współpracował z takimi sławami jak Crashdïet, Europe, Candlemass, a także z Brucem Kulickiem. Nawiązań do legendarnego KISS znajdzie się więcej, gdyż Laney wraz z Johanem Kolebergiem oraz z Nalle Påhlssonem tworzyli wcześniej szwedzki tak zwany tribute band o nazwie KYSS. Ba, to nie wszystko. Piosenki, które możemy znaleźć na Pure są co prawda autorstwa Chrisa Laneya, ale współkompozytorami niektórych z nich są takie osobistości jak wspomniany już wcześniej Bruce Kulick, Lennart Östlund oraz Mats Levén. Od strony muzycznej Pure to moim zdaniem rewelacja 2009 roku. Nie myślałem, że krążek, którego wydania w gruncie rzeczy nie oczekiwałem ze zbytnią nadzieją, tak bardzo przypadnie mi do gustu. Zacznijmy jednak od początku. Płytka wsuwa się do wieży i z głośników słychać zdecydowany, oryginalny riff zwiastujący Situation. Chwilę później do gry wchodzi agresywny, charyzmatyczny podkład nadający kompozycji tak bardzo lubianej przeze mnie zadziorności. W tle słychać inspiracje latami '80, nie są one dominujące, ale świetnie wpasowują się w numer. Niektóre partie gitar są tutaj autorstwa gościnnie występującego Vica Zino (gitarzysty uwielbianego przeze mnie Crazy Lixx), który niedawno przeprowadził się do bardziej znanego Hardcore Superstar. I Dunno brzmi warrantowo, sunie wolniejszym, choć wciąż zdecydowanym tempem. Refreny i chórki są głównym czynnikiem decydującym o sukcesie kompozycji. Niektórzy narzekają na głos Chrisa Laneya, ale moim zdaniem nie dałoby się w jego miejsce postawić żadnego innego wokalisty. On po prostu pasuje tutaj idealnie. Ta szorstkość nierozerwalnie wiąże się z grą zespołu. Make You Cry dobrze się słucha i w pewnym sensie jest to typowa kompozycja, jeżeli chodzi o twórczość nowopowstałej grupy. Innymi słowy, mam na Pure innych faworytów, ale numeru i tak słucham z nieukrywaną przyjemnością. The Stranger In You brzmi z pewnością ciekawiej, jest to bowiem umiejętnie zagrana power ballada. Charakteryzuje się brakiem niepotrzebnej delikatności i dobrą, wpadającą w ucho melodią. Kompozycje o podobnej sile miały kiedyś moc tworzenia z zespołów gwiazdy. Dzisiaj mamy już co prawda inne czasy, ale dla fanów hard rocka będzie to z pewnością rarytas. Fire & Ice jest nawet lepsze. Takie właśnie rockery przekonały mnie wiele lat temu do zainteresowania się inspirowaną latami '80 muzyką hard rockową. Melodie, które słyszymy w refrenach, są właściwie nieśmiertelne, a od strony instrumentalnej ścieżce nie można nic zarzucić. Możemy tu usłyszeć gościnnie Martina Sweeta znanego oczywiście z Crashdïet. Końcówka, w której to palmę pierwszeństwa przejmują instrumenty klawiszowe, jest wręcz niesamowita. Polecam z całego serca. O sile Pure decyduje to, że tak genialne kawałki jak Fire & Ice nie muszą być koniecznie najlepszymi ścieżkami z płyty. Jeszcze większe wrażenie zrobiło na mnie I Hate Yer Guts. Wokale Zinny Zana wypadają bardzo dobrze, ale tym, co zwraca na siebie uwagę, jest w tym przypadku muzyczna agresja i zacięcie, jakiego nie powstydziłoby się Crashdïet czy też Zan Clan. Krzyczące refreny na długo pozostają w pamięci. Get You Down to spokojniejsza kompozycja, którą zespół sprezentował fanom Def Leppard. Wystarczy posłuchać chórków, aby zrozumieć co mam przez to na myśli.Pissed At What Ya Missed jest utrzymane w podobnym tonie co I Hate Yer Guts, choć nie jest zagrane tak samo energicznie. Fajnie wypadają partie gitar, Laney jest w formie, a gra tym razem trochę w niemieckim stylu. Make My Day to ponownie dobrze podana dawka energii, stawiająca na nogi niczym napój energetyczny. Last Man Standing w sobie więcej melodii, niż większość wcześniejszych numerów. Grupa uderza w łagodniejsze, choć nadal dynamiczne tony, przypominając mi zeszłorocznego Marcello/Vestry. Mamy tutaj do czynienia z licznymi odwołaniami do najlepszych momentów w historii melodyjnego hard rocka, z KISS na czele. Przyrównywane do twórczości Queen Skin On Skin wypada moim zdaniem słabiej. Jest to balladka, ale nie robi na mnie wielkiego wrażenia, brzmiąc moim zdaniem odrobinę zbyt pompatycznie. Ale i tak na szczęście nie jest źle. Numer ten, podobnie jak i kowbojskie Pride B 4 A Fall traktuję trochę jako materiał bonusowy. Słucham ich z przyjemnością, ale z mniejszą niż poprzedzającego je killery.

Pure to kosmiczna płyta i niesamowita dawka pozytywnej, hard rockowej energii. Mamy dopiero kwiecień i ciężko mówić o zestawieniach najlepszych tegorocznych albumów, czuję jednak, że szybko o Pure nie zapomnę. Ten krążek jest po prostu zbyt dobry. Fani melodyjnej, ostrej muzyki znajdą na nim wiele bardzo udanych utworów i myślę, że solowy Chris Laney jest dla nich w tym roku jednym z obowiązkowych zakupów.

Oficjalna strona zespołu: http://chrislaney.com

Guciomir
kwiecień 2009