|
Skład: Eric Ganz - śpiew, pianino w [8]; Nick DiBacco - gitary, chórki; Vinnie Cacciotti - gitara; Chris Colovas - gitara basowa, chórki; Eric D. Brewton - perkusja, chórki
Gościnnie: Ofr - saksofon w [10, 11]
Produkcja: Mike Wolf, Marc DeSisto, Allen Zentz i Stephen Craig
Gdzieś tam w zakamarkach przeszłości działały zespoły szerzej nieznane, choć zasługujące na to, żeby być gwiazdami, wymienianymi jednym tchem z najbardziej rozpoznawalnymi kolegami z branży. Taki niesprawiedliwy los spotkał również amerykański Charlotte, aktywny na przełomie lat 80-ych i 90-ych. Mimo porywającej i oryginalnej twórczości tej załogi ówcześni szefowie przemysłu muzycznego ją zignorowali. Na szczęście teraz możemy poznać ich nagrania z okresu 1988-1992, w odkurzonej i zremasterowanej wersji Eönian Records.
Ich kompozycje daleko odbiegają od szablonów. Czerpią z wielu różnych źródeł (jak Led Zeppelin, The Cult, Great White, Guns N’ Roses, The Doors), ale na całym dysku zachowują swoje własne, odróżnialne brzmienie. Są głęboko zakotwiczone w ciężkim bluesie, chociaż jednocześnie wypolerowane na modłę typową dla rocka ery hair metalu. Z jednej strony można wyczuć w nich nutę ciemnej melancholii, z drugiej - niepokojącej agresji. I ten Eric Ganz, obdarowany głosem zmieniającym się jak barwy kameleona, mogący śpiewać łagodnie, tajemniczo lub z przejmującym dramatyzmem, aż ciarki przechodzą! Jego dziwna moc osacza słuchacza już w inaugurującym wydawnictwo numerze tytułowym, rozpoczętym bardzo tradycyjnym, hardrockowym riffem, potem ustępującym miejsca właśnie tym hipnotyzującym wokalizom, aby w ponownie wybuchnąć ze zdwojoną siłą w przedrefrenie. Żywioł refleksyjny ściera się tu z żywiołem naładowanym dramatycznym uczuciem, czemu wtórują umiejętnie dobrane podkłady. I jeszcze to oniryczne outro... Woman Behind The Eyes oparto z kolei na wytłumionych riffach i gitarze prowadzącej, eksponując tym samym nie dający się opisać śpiew, niby spokojny, ale aż kipiący podskórnym nerwem. W Siren mamy nieodparte wrażenie, jakby do studia weszli Ian Astbury i spółka, próbując nagrać kolejny singiel do Sonic Temple - przynajmniej na poziomie uroczego wykrzykiwania gościa z mikrofonem, bo nisko nastrojona gitara rytmiczna i zfuzzowane solo pochodzą z innej bajki. "Doorsowy" wstęp do Little Devils szybko zwalnia i przepoczwarza się w rzecz inspirowaną dokonaniami Led Zeppelin, w wolnym, marszowym tempie, z wysuniętą na pierwszy plan soczystą perkusją, do której transowy riff przewodni stanowi jedynie uzupełnienie. W połączeniu z melodią, z której dumny mógłby być Robert Plant, tworzy to nadzwyczajną mieszankę. A solo? Nie jest krzykliwe, czy efektowne, ale pasuje do utworu jak garnitur na miarę. Na podobnym do poprzednika pomyśle aranżacyjnym oparto Miss Necrophilia, tym razem jednak zachrypnięte wokalizy znakomicie imitują śpiew niejakiego Axla Rose’a. W She Get It Up zupełnie znienacka uderza w nas zabarwiony sleaze rockiem, energetyczny rock and roll. Nie wiem, czy ten kawałek koniecznie współgra z resztą, stanowi jednak fajną odskocznię od tego mroku. Podobnie jak Got Love On The Line, którego kołyszące rymy i frywolny śpiew przywodzą na myśl Great White (idę o zakład, że sprawdziłby się na jakiejś imprezce). Na pozycji ósmej mamy Changes - delikatną balladę z pewnymi zapożyczeniami z prostolinijnych piosenek Guns N’ Roses, niby taką oczywistą, a jednak potrafiącą chwycić za serce. Zmiana klimatu następuje w Roadhouse Of Love, gdzie słyszymy, jak Jim Morrison ożywa i tańczy do rytmu wspomnianego Great White. Dodam, że zadziorny refren na długo pozostaje w pamięci. Ocean Of Love to oderwany od rzeczywistości, neurotyczny, "doorsowy" blues z niesamowitymi, transowymi motywami i jazzującym solo saksofonu. Niewątpliwie zamieszczenie tego numeru świadczy o odwadze i wyobraźni członków zespołu. Drażniący, rozdygotany i trochę szarpany Invisible Man przepaja funkowa energia, doskonale spleciona z zachrypniętym wokalem. Brzmi bardzo stylowo, jakby wyjęto go z płyty wykonawcy z lat 70-ych. Dla kontrastu, będący tutaj finalnym akordem All Tied Up, nosi w sobie ślady muzyki Dokken, zarówno na poziomie metalicznych partii gitarowych, jak i charakterystycznych linii wokalnych. A w crescendo w samej końcówce wreszcie znajdą coś dla siebie miłośnicy shreddingu.
Cóż za wspaniały wybuch z przeszłości, pochodzący od tej niewiarygodnie utalentowanej ekipy. Medusa Groove łatwo przebija nie tylko wszystkie inne krążki Eönian, ale również znaczną większość wszystkich innych płyt z tego roku. Rekomendowałbym to małe dzieło fanom poszukującym muzyki autentycznej, to znaczy zdolnej do pobudzenia wyobraźni i wzniecenia prawdziwych emocji.
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/charlottelamusic
Hardlover maj 2010
|