Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

CETI - Ghost Of The Universe: Behind The Black Curtain [2011]
Wydawca: Urbix

  1. Invert
  2. The Wolves
  3. In The Eyes Of Rising Sun
  4. The Days Of Dirt
  5. Break Of Spell
  6. Forever
  7. Black Curtain (instrumental)
  8. Anywhere
  9. Lady Of The Storm
  10. Land Of Hope
  11. Ghost Of The Universe
  12. Anywhere (videoclip)
Ghost Of The Universe: Behind The Black Curtain

Skład: Grzegorz Kupczyk - śpiew, gitara akustyczna, gitara klasyczna; Barti Sadura - gitara prowadząca, gitara akustyczna; Maria "Marihuana" Wietrzykowska - instrumenty klawiszowe; Bartek Urbaniak - gitara basowa; Marcin "Mucek" Krystek - perkusja

Produkcja: Mariusz Piętka

Ekipy Grzegorza Kupczyka chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, prawda? Ja przyznaję się, że jakoś specjalnie nigdy za CETI nie przepadałem, ale zawsze darzyłem ten zespół wielkim szacunkiem. Ghost Of The Universe: Behind The Black Curtain to już czternasty album w dorobku tej grupy. Co najlepsze, CD jest w całości anglojęzyczne. Na początku patrząc na to wszystko krytycznym okiem byłem pełen obaw co do tego, jak zabrzmi całość. Tymczasem już od początku moje wątpliwości zostały rozwiane, bo Grzegorz Kupczyk z zespołem wrócili w formie, której nie powstydziliby się najwięksi heavy metalowi mocarze.

Tak, tak moi mili. CETI po czteroletnim oczekiwaniu wraca w zaskakujący i cholernie przyjemny sposób. Minął już czas, gdy formacja grała w towarzystwie orkiestry symfonicznej. Pora na rasowe wydawnictwo na kilometr pachnące sosem, który umie przyrządzać tylko Iommi, a czasem do smaku dorzuca coś Ozzy. Mamy tu, nie licząc króciutkiego intra, 10 cholernie mocarnych, klimatycznych, bardzo dobrych kawałków. Tak sobie słucham całości już nie wiem po raz który i powiem Wam jedno: nie zawaham się użyć tu lapidarnego stwierdzenia: ŁOJENIE. Zaraz na pewno znajdą się malkontenci, którzy znów będą narzekać na angielski Kupczyka. Powiem tak: w Turbo faktycznie miałem zastrzeżenia, tu one zniknęły. Zatem pytanie brzmieć powinno: "co się stało?". Wydarzyło się bardzo dużo. Przede wszystkim klimat, moi drodzy. Ta płyta jest ciemna, bardzo mroczna to raz. Po drugie wycofano z przednich formacji klawisze i orkiestracje, zastępując je zmasowanym natarciem gitar i sekcji. To świetne posunięcie, bo parapety Wietrzykowskiej na pierwszym planie łagodziły brzmienie, a często nie do końca szczęśliwie dobrane brzmienia mogły razić i zwyczajnie wkurwiały na tyle, że nie dało się tego słuchać. Po trzecie, gitarzysta Barti Sadura stał się bardzo znaczącym wsparciem zespołu i ma ogromny wkład w kompozycje, co potwierdzają zarówno płynące z CD dźwięki, jak i estetyczna książeczka wewnątrz płyty. Wreszcie po czwarte, ścieżki przypominają tu i ówdzie wypieki wspomnianego Ozzmana, ale przede wszystkim jest tutaj klasyczne Black Sabbath, mniej więcej z lat działalności z Dio i Martinem. Zaraz znów podniesie się wrzask z tego powodu, ale dodam jeszcze jedną, istotną cechę. Mianowicie, mimo tego, że jest to ciężki i mroczny album, to nie jest on pozbawiony przejrzystości, czy jak kto woli - klarowności. Tu wszystko jest we właściwych proporcjach, tylko czasem ta nieszczęsna Marihuana wyskoczy przed szereg. Podobają mi się wyeksponowane partie sekcji - oczywiście nie wszędzie. Mam nadzieję, że kiedyś mistrz Butler posłucha tej płyty, pokiwa głową i się uśmiechnie. Bo to, jak brzmi na tej płycie bas, nie tylko zwala z nóg, ale także pachnie szkołą basisty Black Sabbath. Równie fajnym zabiegiem są ulotne, świetnie zagrane, wplecione w niektóre utwory partie akustyczne. Ładne, przestrzenne i tak fajnie kojarzące się z Iommim. Niegdyś słuchając płyt CETI nie potrafiłem zapamiętać ani jednego kawałka. W przypadku tego krążka jest zupełnie inaczej. Kapitalne, lotne i przebojowe melodie łatwo wpadają w ucho i na długo zostają w głowie. Tak sobie myślę, że to jest cholernie interesujący i wciągający album. Tego po prostu chce się słuchać non stop. W tym miejscu zaryzykuję tezę, że oto mamy do czynienia z polską płytą roku 2011. Zaznaczam jednak, że żadna rasowa metalowa ekipa nie powstydziłaby się takiego dzieła. Dzieła, które pięknie się rozwija, wciąga w swe szpony niczym lotne piaski. I nie ma ucieczki już w momencie, gdy zaczynacie słuchać klimatycznego intra Invert. Od pierwszych taktów czuć, że to będzie coś niezwykłego. Wstęp płynnie przechodzi w sabbathowy The Wolves. Pierwsze takty jeszcze niczego nie zapowiadają, jednak to rozwinięcie i te niepokojące klawisze w tle muszą robić wrażenie. Zwróćcie uwagę na sposób gry gitarzysty i refren całkiem w stylu Dio. Podoba mi się także klangowanie basisty. Nie ma tu nijakiej gry na basie. A ta solówka! Czyż Iommi nie uśmiechnąłby się tu szeroko i z uznaniem nie pokiwałby głową? Jestem pewien, że tak! Solo gorące niczym piekielne płomienie i szkoda, że jest ono takie krótkie. Może jednak to i lepiej, bo zapamiętywalne jak diabli. No, po prostu chce się tego słuchać bez końca. Symfoniczny początek wita nas w In The Eyes Of Rising Sun. Po prostu zło w czystej postaci. Mroczne klawisze w tle, mocarne gitary, ładnie wplecione orientalne motywy i maidenowy nieco refren. Nawet Kupczyk niechcący naśladuje tu Dickinsona. Mamy tu kapitalne, majestatyczne wręcz zwolnienie z kapitalnymi partiami klawiszy i gitary akustycznej. A solówka przypomina dźwięki wydobywające się spod palców Adriana Smitha. The Days Of Dirt to kawałek, który z przyjemnością zaśpiewałby wielki Tony Martin. Ciekawy, akustyczny wstęp, a potem heavy metalowa galopada. Nie da się nie usłyszeć, jak świetnie w tle grają klawisze. Nie krzyczcie i nie bijcie, ale w pewnym momencie obok goszczącego już na stałe Black Sabbath po raz kolejny pojawia się znów ekipa wujka Bruce'a. Ładnie udało się to połączyć w znakomitą całość. Po raz kolejny Sadura raczy nas świetnymi solówkami. Break Of Spell mimo swojego oklepanego i słyszanego już wielokrotnie w najróżniejszych konfiguracjach wstępu nadal brzmi świeżo, a dialog gitarzysty z Kupczykiem zaciekawia. Dodatkowo mamy tu doskonałe zmiany tempa, całkiem fajny refren i... znowu Kupczyk udaje wokalistę zespołu Iron Maiden, którego duch gdzieś unosi się nad tym utworem. Niektóre riffy wprost żywcem wyjęte z ich twórczości. Bardzo, ale to bardzo podoba mi się tym razem nieco takie... power metalowe gitarowe solo. Odmienna stylistyka zupełnie nie przeszkadza, ba, zagrano je tak, by w pewnym momencie solówka mogła się skojarzyć z IM. Forever to już coś odmiennego, żegnamy na chwilę Dziewicę i zaglądamy na poletko eksplorowane przez nieodżałowanego Dio. W pewnym momencie gitara Badury może skojarzyć się z prześwietnym Neon Knights. Bardzo podoba mi się to swobodne nawiązanie do tego klasycznego dziś utworu. Myślę, że to taki ukłon w stronę jednego z najlepszych wokalistów, jakiego nosił ten padół łez. Black Curtain to utwór instrumentalny i troszkę mnie rozczarował. Choć pięknie się rozwija, to ja miałem nadzieję na niszczący utwór akustyczny. No i do tego ten nieszczęsny wyskok Wietrzykowskiej. Po co to było? Plusem jest mnogość rozwiązań i patentów, jakie zastosowano w tym kawałku. Podobać musi się swobodne i niezobowiązujące nawiązanie do słynnego Heaven And Hell, które w tym utworze wyraźnie dominuje. Myślę także, że w tym nagraniu słychać, że muzyków ciągnie do jeszcze mocniejszego grania. Równie często zapędzają się w rejony nieco progresywne, ale to nie dziwi biorąc pod uwagę, że skład jest po prostu świetny. Anywhere to znowu Black Sabbath. Tym razem łagodny wstęp i znów Martin, mniej więcej z okresu Cross Purposes. W każdym razie ten riff znów brzmi znajomo. To oczywiście żaden zarzut. Warto dodać, że właśnie do tego kawałka nakręcono wideoklip. Po tym dość szybkim numerze pojawia się klimatyczny i groźny wstęp do Lady Of The Storm. Tu także nie ma się do czego przyczepić, a całość to po raz kolejny mariaż Dio z Żelazną Dziewicą. Przyznam, że podoba mi się swoboda, z jaką muzycy połączyli wpływy obydwu tych wykonawców. Ciekawe, co powiedzieliby panowie z Iron Maiden, gdyby umieścić ten numer na takim Brave New World"? Ciekawe, co powiedziałby Dickinson, gdyby umieścić tę ścieżkę gdzieś na Tyranny Of Souls? No dobra, może przesadzam. W każdym razie utwór ten ma swój niepowtarzalny klimat. Wciągający, mroczny i niepokojący. Pod koniec płyty CETI zaproponowało coś innego, o nieco odmiennej, tym razem power metalowej stylistyce. Takiego Land Of Hope nie powstydziłaby się żadna ekipa grająca ten właśnie rodzaj muzyki. Na Wielki Finał zostawiono Ghost Of The Universe. Posłuchajcie sobie tego gitarowego, groźnego i złowieszczego pochodu. Prostymi środkami zespół buduje napięcie, nie pozwala nudzić się słuchaczowi, wciąga i nie pozwala odejść aż do końca. A tak swoją drogą, czy właśnie takimi środkami nie posługiwała się ekipa Skawińskiego na płycie Bzzzzz z 1995 roku? Słuchając sposobu gry wioślarza jakoś tak skojarzyło mi się to z jednym z utworów ze wspomnianego wyżej krążka. Musi podobać się zmiana tempa utworu i taka, hmmm, kołysząca, niemal hipnotyczna końcówka. Przyznam, że ja przepadam za takimi rozwiązaniami i bardzo żałuję, że nie ma tu dopasowanej solówki, która mogłaby zamknąć ten kawałek i w sam raz pasowałaby tu na wyciszenie. No i koniec... jako bonus mamy jeszcze wspomniany wyżej klip do Anywhere.

Nie wiem, co jeszcze napisać o tym wydawnictwie. Myślę, że jest to dzieło kompletne. Tu i ówdzie pojawiają się małe zgrzyty, ale nie przeszkadzają one w odbiorze całości. Ta płyta ma swój klimat. Jest ciężka, mroczna, czasem niemal po prostu zła. Uwielbiam ten album. Oto mamy polską płytę roku 2011, a jej twórcy wspięli się na światowy poziom. W naszym kraju, na heavy metalowym poletku chyba nikt nie zdoła ich przebić. Gorąco polecam. Ode mnie 10/10.

Oficjalna strona zespołu: www.ceti-gk.com

Vincent
kwiecień 2011