|
Skład: Adrian Hahn - śpiew, gitary; David Hofmann - gitara basowa, gitary; Stefan Arnold - perkusja
Produkcja: Capricorn
Tym razem coś z cyklu "mało grane, mało znane" lub jak kto woli - "stare ale jare". Przyglądając się okładce tej płyty zastanawiałem się, co też ten zespół może grać. Bo łatka Heavy/Power/Speed Metal, jaką przyklejono tej formacji w zasadzie nie zdradzała zawartości tego LP. A żeby było ciekawiej, zarówno nazwa zespołu, tytuł płyty i okładka przyjemnie kojarzyły mi się z pewnym albumem Motörhead - Inferno. Zerknijcie na obydwa. Musicie przyznać mi rację, że obydwie prace są podobne. No ale do rzeczy.
Niemiecki Capricorn powstał w roku 1991, a płyta Inferno jest ich drugim i niestety ostatnim dokonaniem w dorobku tego zespołu. Choć przyznam szczerze, że odpalałem ten album ze sporymi obawami. Zaczyna się on klimatycznym intrem Iced Age. Niecałe dwie minuty spokojnego wstępu, a potem potężne uderzenie Claws Of The Mad. No takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem. Mocarny, zmasowany i niszczący obiekty atak gitar spowodował, że na ten longplay spojrzałem z dużą sympatią. Kapitalny, heavy metalowy kawałek, z fajnymi thrashowymi inklinacjami ze skądinąd znanego Trapped Under Ice. Proponuję zwrócić uwagę na pracę sekcji. Zapieprzająca perkusja i mocny, słyszalny bas. Efektu dopełnia znakomicie śpiewający wokalista. Zanim zdążycie ochłonąć po pierwszym ciosie, nastąpi drugi w postaci The Wire Fence. Nie wiem, skąd panowie brali pomysły na riffy, ale są one znakomite. Co chwilę przyłapuję się na tym, że zamiast pisać wybijam paluchami rytm. W tym kawałku musi, po prostu musi podobać się klimatyczne zwolnienie. Taka chwila oddechu, a potem świetna solówka. I galopada aż do końca nagrania. Czy dopuszczacie do siebie myśl, że umarli mogą powstać z grobu? Ja też nie. Ale gdyby AC/DC zamiast hard rocka grali heavy metal, to brzmiałby on właśnie tak. A dzieki takim utworom jak Dead Can Walk, nawet truposzom chciało by się wstać z grobu i pogibać się do rytmu. Riff wypisz wymaluj jak z kawałków elektryków, a i solówka bardzo w stylu Angusa. Fajnie, nie? Co dalej? Kolejne zaskoczenie. Przepiękna, klimatyczna ballada Moonstruck. I jak to w takich kawałkach bywa, jest tu mocarny refren. Bedę powtarzał to do znudzenia, ale są tu znakomite, mięsiste riffy. Wydają się banalne, ale zaręczam, że nie często się takie słyszy. Proszę też zwrócić uwagę na solówkę. Po prostu zajebista. Iron Bitter to powrót do heavy/thrashowego grzania i kolejne wyliczanie słuchacza. Bo ta płyta jest niczym pojedynek w ringu. Gun For Hire. I znów się uśmiechnąłem. Bo kiedyś ktoś nagrał podobnie w tytule brzmiący kawałek. Choć w tym przypadku skojarzenie z AC/DC będzie tylko z tylko tego powodu. Ten utwór podoba mi się nieco mniej, ale solówka jest kapitalna. Przyznam, że pomysł na riff w A Call For Defiance może zaskakiwać. Niezbyt często słyszy się takie zabiegi na płytach metalowych. Tu wypada zapisać to po stronie plusów. Bardzo dobry, pędzący kawałek z bardzo dobrym riffem. A w tle całkiem miło rezonuje sobie Let There Be Rock. You Can't Stop Rock'n'Roll to jak się zapewne wszyscy domyślają, cover grupy Twisted Sister. Trzeba przyznać, że umieszczenie tej ścieżki to zabieg słuszny. Pasuje ona do koncepcji tej płyty, która wspomnianego "rokendrola" ma w sobie bardzo dużo. Camp Blood to istne morderstwo. Zabójczy speed metalowy kawałek z nawałnicą kapitalnych riffów. Wydawnictwo kończy tytułowy numer Inferno. Wolny, majestatyczny utwór z bardzo ponurym nastrojem. Osobiście kojarzy mi się nieco z sabbathowym War Pigs, choć wiem, że to porównanie na wyrost. Trzeba jednak po raz kolejny pochwalić zespół za umiejętność budowania nastroju i równie ważną, a kto wie, czy nie najważniejszą, umiejętność posługiwania się prostymi środkami wyrazu. Żadnych tam wygibasów, udziwnień i podobnych rzeczy. Taką mam też dygresię: dać ten kawałek duetowi Iommi/Martin. Pasowałby do tej dwójki jak ulał.
Zastanawiam się, jak podsumować ten krążek. Chyba nie da się napisać nic innego jak proste heavy/thrashowo/speedowe młócenie na bardzo wysokim poziomie. Ogromna witalność, polot kompozytorski i bardzo dobry warsztat muzyków dały efekt w postaci bardzo interesującej płyty, która w czasie gdy się ukazała, nie miała raczej szans na zawojowanie serc i umysłów słuchaczy. Troszkę nierówna tu i ówdzie, ale w żadnym wypadku nie nieciekawa. Dziś nikt tak nie gra, a to stanowi o ogromnym uroku tego krążka. Polecam gorąco.
Brak oficjalnej strony zespołu
Vincent lipiec 2010
|