Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

CACOPHONY - Go Off! [1989]
Wydawca: Shrapnel / Roadrunner

  1. X-Ray Eyes
  2. E.S.P
  3. Stranger
  4. Go Off!
  5. Black Cat
  6. Sword Of The Warrior
  7. Floating World
  8. Images
Go Off!

Skład: Peter Marrino - śpiew; Marty Friedman - gitary; Jason Becker - gitary; Jimmy O'Shea - gitara basowa; Deen Castronovo - perkusja

Produkcja: Steve Fontano, Marty Friedman i Jason Becker

Drugi album Cacophony, którego filarem byli Marty Friedman i Jason Becker, jest zarazem ostatnim tej grupy. Właściwie Cacophony było zespołem, który nie został stworzony jakoś spontanicznie, naturalnie. Współpracę muzykom zaproponował szef firmy płytowej Shrapnel, Mike Varney i zasugerował by nagrali płytę. Marty Friedman mówił później: "Mieliśmy tyle długów, że wszystko co robiliśmy służyło ich spłaceniu".

Jednak po pierwszym albumie zespół poszedł w rozsypkę i trzeba było czekać 2 lata, zanim ponownie się pozbierali. Ten album nagrany w nieco odmienionym składzie jest jakby kontynuacją Speed Metal Symphony z tym, że brzmienie wyraźnie się poprawiło, a i przebojowość materiału też się zwiększyła. Niemniej jednak dalej mamy tu gitarowe popisy dwóch wirtuozów, które grają rolę wiodącą. Ciężki X-Ray Eyes przygniata do samej podłogi. Oczywiście jego głównym atutem są solówki, a te po prostu wyborne nadają niesamowitego klimatu kompozycji, bo oprócz tego że są mistrzowsko zagrane, to r również fajnie zostały pomyślane. To samo dotyczy E.S.P. Porcja wybornego metalu. Na tle tych dwóch kompozycji taki numer jak Stranger wydaje się raczej prosty, ale mamy tu dawkę solidnego hard rocka. Black Cat natomiast jest kompozycją genialną i muszę przyznać, że ze śpiewanych utworów pasuje mi najbardziej. Ta introdukcja zabarwiona nieco orientalnie, i cała masa doskonałych riffów. W końcówce możemy usłyszeć delikatne solo i mogę śmiało stwierdzić, że jest to klasyk, jeśli chodzi o takie granie. W Sword Of The Warrior robi się niemal thrashowo. To ewidentnie najostrzejszy fragment albumu. Tytuł jakby zaczerpnięty od Manowar, a i w muzyce momentami pobrzmiewają echa NWOBHM. Dla odmiany Floating World jest już balladowy. Nie zabrakło i w nim przyłożenia z grubej rury, ale stylistyka pozostaje bardziej "rozmarzona" i w sumie otrzymujemy świetny numer. Na koniec prawdziwa perełka. Jedna z dwóch na płycie, po utworze tytułowym, kompozycja intrumetalna. Images to moim zdaniem numer jeden na tym albumie. Powiem więcej, to jeden z najlepszych, a może i nawet najlepszy instrumental jaki słyszałem. Tak wiele emocji zawarli w trzech i pół minuty. Oczywiście mamy tam wiele doskonałych solówek, ale jest też coś więcej. Jest dusza. Znowu orientalne wstawki, płynne harmonie, w końcu jakby uderzeniem pioruna wchodzą popisy solowe, a utwór kończy się spokojną partią gitary. I tak kończy się ta płyta, jeden z najważniejszych gitarowych albumów jakie kiedykolwiek nagrano.

Właściwie nie ma się do czego przyczepić, choć małe zastrzeżenia do wokalisty mógłbym mieć. Jakoś bez specjalnej charyzmy w głosie się udziela. Generalnie jednak nie jest zły, tylko trochę nijaki jak na mój gust. Nie sądzę jednak, żeby komuś on przeszkadzał, a podejrzewam, że wielu jego głos naprawdę się spodoba. Płyta oczywiście obowiązkowa w kolekcji każdego gitarzysty.

Brak oficjalnej strony zespołu

LSDisease
grudzień 2003