Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

BURNING RAIN - Pleasure To Burn [2001]
Wydawca: Z Records / Pony Canyon Int. / Phantom Sound & Vision

  1. Fireball
  2. Love Emotion
  3. Stone Cold N' Crazy
  4. Cherie Don't Break My Heart
  5. Shot Down
  6. Love De Jour
  7. Faithfully Yours
  8. Sex Machine
  9. Metal Superman
  10. Judgement Day
  11. Devil Money
Pleasure To Burn

Skład: Keith St. John - śpiew; Doug Aldrich - gitary; Ian Mayo - gitara basowa; Alex Makarovich - perkusja; Edward Roth - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Doug Aldrich i Keith St. John

Burning Rain to stosunkowo mało znana kapela złożona ze sławnych muzyków. Gwiazdą numer jeden jest niewątpliwie Doug Aldrich, gitarzysta znany z występów w Bad Moon Rising, Dio, czy też u boku Davida Coverdale'a. Pierwszy album kapeli spotkał się z ciepłym przyjęciem, lecz według mnie czegoś mu brakowało. Był to ciekawy, lecz dość przeciętny hard rock z domieszką bluesa. Zawarte na nim piosenki były niezłe, lecz płyta jako całość sprawiała wrażenie zlewającej się w jedno papki.

Aldrich i Keith St. John postanowili, że ich drugie wydawnictwo, zadziornie zatytułowane Pleasure To Burn będzie bliźniaczo podobne do debiutanckiego krążka. Kompozycje, aranżacje, nawet układ numerów - wszystko to sprawia wrażenie deja vu. Wydawnictwo ma jednak jedną zaletę, której nie posiadał przeciętny poprzednik. Muzycy najwyraźniej nie byli do końca zadowoleni z debiutu i Pleasure To Burn stworzyli tak, jakby chcieli go nagrać ponownie, tylko znacznie, znacznie lepiej. Drugi album w dyskografii zespołu brzmi potężnie i zawiera w sobie dużo przebojowego, mocnego materiału. Nie muszę chyba dodawać, że wielbiciele talentu Aldricha będą zachwyceni, gitarowego wymiatania jest tutaj całkiem sporo. Otwierający płytę Fireball po prostu mnie rozwala. Chłopaki dopracowali tego rockera do perfekcji, instrumenty idealnie się do siebie dopasowują, gitarzysta daje popis swoich niemałych umiejętności (solówka jak zawsze pierwsza klasa), refren z kolei zabija. W numerze tym podoba mi się właściwie wszystko, jest to świetny, niemal klasyczny hard rock. Gdy zdarza mi się wydzierać razem z wokalistą, wydaje mi się, że jestem tytułową kulą ognia i o to chyba w tym wszystkim chodzi. Muzycy uchwycili to, na czym koncentrują swoją twórczość, czyli coś, co nazwałbym ognistą zadziornością. Love Emotion to ponownie rocker, choć tym razem utrzymany w średnim tempie. Balans został przesunięty jeszcze bardziej w stronę gitar i tym, co przyciąga uwagę, są przede wszystkim niezłe zagrywki Aldricha. Na jeszcze większe uznanie zasługuje moim zdaniem Cherie Don't Break My Heart. Muzycy mają talent do tworzenia takich kawałków (co może potwierdzić również poprzednie wydawnictwo). Nie jest to do końca ballada, choć w porównaniu do reszty materiału może sprawiać takie wrażenie. Delikatność, dodatkowo podkreślona poprzez kontrastujący do niej materiał, na który złożyła się większa część płyty, świetnie się tutaj sprawdziła. Na czoło wysunęła się melodia, która wraz z głosem Keitha stworzyła niezapomniane połączenie. Kiedy sięgam po Pleasure To Burn, dość często czynię to dla tego numeru. W równym stopniu zachwyca mnie Faithfully Yours. Mało jest kawałków nagranych z pasją tak wielką, że słuchając ich czuję się wzruszony. Niewiele kapel potrafi poruszyć takiego pryka jak ja. Burning Rain to się udało. Dodam tylko jeszcze, że gdy słucham solówki, mam nieodparte wrażenie, że w moim odtwarzaczu siedzi inna płyta, a mianowicie debiut Hardline. Jest to jedyny kawałek, w którym Aldrich podzielił się produkcją z Keithem St. Johnem i być może w tym tkwi tajemnica. Większa część płyty wypełniona jest podobnymi brzmieniowo rockerami. Dobrze się słucha takich kawałków jak Love De Jour (całkiem fajnie wypada chórek w refrenie), czy też Metal Superman (tempo dobrze dopasowane do muzyki zespołu). Niektórzy mogą trochę kręcić nosem, mam na myśli tych, którym zależy na przesłuchiwaniu różnorodnego materiału. Chwilami nawet ja czuję się odrobinę znużony i zdarza mi się przeskakiwać pojedyncze numery. Płyta jako całość jest jednak bardzo spójna i dobrze zagrana. Fani takiego grania z pewnością będą zachwyceni, a dla malkontentów Burning Rain zaserwowali Judgement Day - numer, który jest tak podobny do twórczości Led Zeppelin, że nietrudno odgadnąć, jakie inspiracje kierowały kapelą.

Pleasure To Burn jest niewątpliwie płytą kompletną, przeznaczoną dla tych, którzy lubią klasycznego, mocnego hard rocka. Fani takiego grania uznają zapewne, że wydawnictwo jest pozbawione wad (albo że ma ich bardzo mało) i to przede wszystkim do nich skierowany jest ten krążek. Jeżeli o mnie chodzi, to uważam, że choć płyta mogłaby być trochę bardziej urozmaicona, to gra Aldricha i te parę niesamowitych numerów sprawiają, że dość często mam ochotę do niej wracać. Taki ogień sprawia dużo przyjemności.

Oficjalna strona zespołu: www.burningrain.net

Guciomir
luty 2008