Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** KEITH ST. JOHN - "Każdy dzień przynosi nową przygodę..." ***

Keith St. John to wokalista o bogatym dorobku artystycznym, utalentowany i doceniany w hard rockowym światku. W jego biografii przewijają się tak znane nazwiska jak Rudy Sarzo, Ronnie Montrose czy Howard Leese. W oczekiwaniu na kolejne projekty z jego udziałem warto poznać kilka faktów i interesujących historii, którymi Keith podzielił się z załogą i czytelnikami Hard Rock Service...

HARD ROCK SERVICE: Cześć, Keith! Wielkie dzięki za przyjemność przeprowadzenia tego wywiadu. Na lata Twojej muzycznej kariery składa się wiele różnorodnych etapów, o czym porozmawiamy za chwilę - póki co jednak, cofnijmy się do początków. Jeśli spojrzeć na ten najwcześniejszy etap, co sprawiło, że zainteresowałeś się muzyką rockową? Kiedy to nastąpiło?

KEITH ST. JOHN: Wszystko zaczęło się jeszcze w czasach podstawówki - zacząłem wtedy na poważnie męczyć rodziców o kupno zestawu perkusyjnego... Wcześniej już grałem w szkolnym zespole na trąbce i kombinowałem coś na organach Wurlitzera należących do moich rodziców. Pomyślałem jednak, że prawdziwą frajdą będzie granie głośnego rock'n'rolla i siedzenie za prawdziwymi bębnami. Jeśli zaś chodzi o śpiew, śpiewałem od zawsze, również w szkolnym chórze... więc nawet na tak wczesnym etapie, jakim było sformowanie mojego pierwszego zespołu (graliśmy covery w piwnicy moich rodziców), zajmowałem się sporą częścią obowiązków "zespołowego lidera", włącznie z obstawianiem wokalu w większości numerów!

HARD ROCK SERVICE: Jakie były Twoje wczesne muzyczne inspiracje? Czy zmieniły się one przez lata?

KEITH ST. JOHN: Pierwsze covery, które nauczyłem się wykonywać, pochodziły z nagrań, nazwijmy to, "pożyczonych" z kolekcji moich rodziców, przechowywanej w salonie. Mogę tu wymienić The Beatles (albumy "czerwony" i "niebieski") i Stonesów (album Hot Rocks). Byłem otoczony przez muzykę klasyczną, folk z późnych lat '60 i wczesnych '70, plus przez całe mnóstwo beatlesowskich brzmień... więc w tym wczesnym okresie niewątpliwie wpływ mieli na mnie inspirujący i błyskotliwi songwriterzy. W gimnazjum i szkole średniej wciąż pozostawałem żywo zainteresowany nagraniami Czajkowskiego i Szostakowicza, równocześnie jednak poznałem Led Zepp i zakochałem się w ich brzmieniu. Moje inspiracje pozostały szerokie i zróżnicowane... ale, podobnie jak w przypadku wymienionych powyżej rosyjskich kompozytorów, zawsze szukałem w muzyce jasno określonych, silnych i pełnych pasji brzmień. Nieważne, czy mówimy tu o Alone Again (Gilbert O'Sullivan), Heart of the Sunrise (Yes), Friends (Led Zep), Let it Be, Heart Shaped Box, czy o innych tego typu numerach.

HARD ROCK SERVICE: Z tego, co czytałam, w szkole średniej byłeś już uznanym w lokalnym muzycznym środowisku perkusistą. Dlaczego ostatecznie zdecydowałeś się postawić na wokal?

KEITH ST. JOHN: Moją pierwszą prawdziwą trasę odbyłem w wieku 17 lat z liczącą osiemdziesiąt osiem osób orkiestrą. Dostałem się tam dzięki wspólnemu graniu z tymi, którzy pośród uczniów mojej szkoły przodowali w muzyce, i naprawdę ciężkim staraniom, które w tamtym czasie towarzyszyły wszystkim moim działaniom. Mogłem uczyć się i grać u boku naprawdę niesamowitych młodych talentów; w trakcie tego zdobyłem wiele doświadczeń z zakresu pracy nad sharmonizowaniem gry polifonicznej, skomplikowanym frazowaniem... Miałem również okazję współpracować z bardzo doświadczonymi dyrygentami i poważnymi muzykami. Ten proces otworzył mój umysł na różne sposoby frazowania i, oczywiście, "mikroprocesy" tworzenia poszczególnych rytmów. Ta pobierana we wczesnym okresie nauka zdecydowanie zaprocentowała później w zakresie wszystkich instrumentów, na których gram - włącznie, oczywiście, ze strunami głosowymi. A wracając do Twojego pytania - zawsze czułem, że mam cholernie dużo do powiedzenia. Jako wokalista mam ku temu znacznie więcej okazji, niż jako instrumentalista.

HARD ROCK SERVICE: Pierwsze zespoły, w których grałeś, to Big Trouble i St. John - stworzone wspólnie z muzykami już znanymi z takich formacji jak Rainbow, Sweet F.A. czy zespół Doro Pesch. Czy możesz opowiedzieć nam więcej o czasach śpiewania w tych zespołach, ich składach, szczegółach z ich historii?

KEITH ST. JOHN: Zespół Big Trouble zaprezentowano mi jako kapelę mającą już kontrakt (z Atlantic Records). Jako frontmana poszukiwali (z powodzeniem równym szukaniu igły w stogu siana) młodego, kompetentnego wokalisty z jajami i żyłką do bluesa. Udało mi się załapać dzięki pierwszemu, samodzielnie wykonanemu nagraniu (na chybił trafił nagrałem tylko jedną kasetę z jego kopią i zostawiłem ją na progu zupełnie nieznajomego mi człowieka pewnej deszczowej nocy). Jak czas pokazał - dwa dni później spotkałem się z Jasonem Flomem w 75 Rockafeller Center w Nowym Jorku, by już w następnym tygodniu jechać do Bostonu w celu nagrania PRAWDZIWEJ płyty. Jasna cholera! Jeszcze lepiej - Bobby Rondinelli, uznany w lokalnym środowisku Long Island muzyk, którego ja osobiście bardzo ceniłem, grał już w tej kapeli na bębnach. Inny facet z Long Island, którego znałem ze lokalnego metalowego cover bandu Ruff Kutt (i bynajmniej - nie mówię tu o zespole Paula Shortino z Zachodniego Wybrzeża!), był tam basistą. Jako że partie sekcji rytmicznej były już nagrane, najściślejsza współpraca łączyła mnie z gitarzystą Johnem Levinem, później - w zespole Doro Pesch (obecnie w Dokken - przyp. red.). Ironią losu, kilka lat temu John i ja ponownie spotkaliśmy się na trasie (on w Dokken, ja w Montrose) - spędziliśmy wspólnie trochę czasu w L.A, gdzie obecnie mieszkamy, i wciąż pozostaliśmy dobrymi przyjaciółmi... Jeśli zaś chodzi o projekt Big Trouble, zespół dość szybko stanął w miejscu; czekaliśmy przy tym długo na zmiksowanie naszych numerów (Bob Rock był w to zaangażowany - w mój pierwszy projekt!)... Pokazywałem zatem moje demo, komu się da... Ktoś zaproponował, bym przeniósł się do L.A i sformował swoją własną, nową kapelę. Najwyraźniej, usłyszenie tego wystarczyło mi, bym wkroczył z prędkością światła wprost w nowy etap mojego życia. Kumpel z Long Island, perkusista Michael (Mic) Napoli, który już wcześniej bywał w L.A, przeprowadził się ze mną. Rozkręciliśmy w skali kraju prawdziwy połów talentów szukając odpowiednich chłopaków do kapeli. Brent Barker (Sweet F.A.) pasował idealnie do naszego wyobrażenia o gitarzyście potrzebnym w zespole (to stanowisko obsadzało się najtrudniej biorąc pod uwagę fakt, że odrzuciliśmy trzysta pierwszych zgłoszeń). Miał talent muzyczny, odpowiedni wygląd i wszystkie potrzebne umiejętności - podobnie jak Eric Hann, basista z Bostonu, który ostatecznie dopełnił składu. Tak powstała nowa hollywoodzka supergrupa, która ruszyła wywołać zamęt na ulicach (i w środowisku prawniczym) miasta. Zyskaliśmy niezły rozgłos, który konsekwentnie podsycaliśmy - w ten sposób niemal od razu udało nam się uzyskać status headlinera w klubach L.A. Podsumowując - były to dwa wspaniałe zespoły, wprost tryskające talentem.

HARD ROCK SERVICE: Jak wspominasz połączenie sił (we wczesnych latach '90) z legendarnym basistą Rudym Sarzo (Whitesnake, Quiet Riot, Ozzy - żeby wymienić tylko kilka!) - w ramach dołączenia do jego nowo sformowanego zespołu Sinking? Dlaczego album, który planowaliście wydać pod szyldem Giant Records, nigdy nie ujrzał światła dziennego?

KEITH ST. JOHN: Wkrótce po tym, jak St. John zaczęło swoje występy na żywo, zacząłem spędzać sporo czasu z ludźmi z branży A&R i personelem rozmaitych wytwórni płytowych. Akurat w okresie, w którym Mic i ja wdaliśmy się w nasz najgorszy osobisty konflikt, wytwórnia Giant Records prezentowała swojego najnowszego klienta - zespół Bangalore Choir - w miejscu zwanym Florentine Gardens. Moja przyjaciółka fryzjerka (tak, pracowała dla zespołu!) przedstawiła mnie facetowi o imieniu Kevin, który z kolei pracował dla Irvina Azoffa (w Giant). Podrzuciłem Kevinowi kopię jednej z demówek St. John. Kilka dni później, jako że mój numer telefonu był załącznikiem do kasety, zadzwonił do mnie... Rudy. Umówiliśmy się w Hollywood Diner (obecnie już nieistniejącym) na Sunset Boulevard. Pogadaliśmy o jego poprzednich doświadczeniach z Whitesnake i tym wszystkim, co przyczyniło się do sformowania przez Rudy'ego nowej kapeli, już zakontraktowanej przez Giant Records. Irving osobiście podpisał z nimi kontrakt i wraz z zespołem oraz zarządem działu A&R określił kierunek, w którym ten projekt ma podążąć - jako że nastały już lata '90, czasy poważnych zmian dla całości muzyki hard rockowej i przemysłu muzycznego, a chłopaki ze "starej szkoły" grania z trudem odnajdywali się w nieco innej rzeczywistości i nie wiedzieli, dokąd mają podążać jako muzycy... Podczas naszej kadencji w Giant, zmienił się skład zarządu A&R i chociaż nowy spec od A&R był w teorii zobligowany, by stać za nami murem, nie sądzę, że podzielał poglądy swojego poprzednika na temat naszego brzmienia. Pomiędzy pierwszym wokalistą a mną, przysłowiowych "kucharek" wtrącających się do projektu namnożyło się w tej "kuchni" sporo, włącznie z kilkoma producentami i sześcioma songwriterami spod skrzydeł Warner-Chappell... żeby wymienić tylko kilku z nich. My natomiast praktycznie zamieszkaliśmy w naszej sali prób na prawie rok... każdy dzień witał nas kolejnym gwałtownym zwrotem w nowym, nieznanym kierunku songwriterskim. Zawsze wiedziałem, że gdybyśmy zaczęli od początku, tylko w piątkę, i we własnym zakresie zabrali się do roboty... wystarczyłby miesiąc, by powstała magia... W sumie, magię może i udało nam się stworzyć, ale jeśli chodzi o całość procesu powstawania albumu, Jeff Aldrich wciąż i wciąż wszystko opóźniał i tak, koniec końców, Rudy postanowił dać sobie spokój i rozwiązać cały projekt. W tamtym momencie, reszta zespołu obstawała za kontynuacją działalności i nawiązaniem współpracy z innymi wytwórniami. Od razu powiedziałem, że będę zainteresowany tylko wtedy, jeśli wszyscy razem zaczniemy od zera pracę nad nowym materiałem... Z jakichś powodów, to zadanie przerosło resztę kapeli i tak nasze drogi się rozeszły.

HARD ROCK SERVICE: Co zatem było ostatecznym powodem odejścia z Sunking? Co ująłbyś jako następny etap Twojej kariery?

KEITH ST. JOHN: Po pierwsze - bez Rudy'ego (który stał się moim przyjacielem i mentorem) w zespole... i z resztą kapeli na pokładzie, nie mającą ani jaj, ani chęci, by podążyć w nowym kierunku od zera... projekt przestał mnie interestować. A jeśli chodzi o drugą część pytania - właściwie nigdy nie postrzegałem mojej życiowej podróży jako "kariery"... po prostu cieszyłem się kreatywnym działaniem, z kim się tylko da i brałem wszystko, co pozostawało w zasięgu moich rąk!

HARD ROCK SERVICE: Kolejnym tematem, którego nie możemy ominąć, jest kwestia zespołu Medicine Wheel, sformowanego z muzykami wcześniej grającymi w Keel, Herricane Alice i zespole Davida Lee Rotha. Proszę, opowiedz nam więcej o tym zespole oraz płycie, która ukazała się w 1998 roku - Immoral Fabric.

KEITH ST. JOHN: Gdy grywałem z pierwszym wcieleniem St. John na Sunset Strip, dużo ludzi kręciło się wokół nas, by przekonać się na własne oczy, o co u diabła tyle hałasu... Jednym z nich, który zawsze kręcił się za kulisami, był Marc Ferrari (ex- Keel, Cold Sweat - przyp. red). W sumie w tym "orszaku" sporo było tych, których "trzeba znać" w biznesie - mnie to jednak niewiele obchodziło, jako że nie podążam ślepo za tym, co "należy" (w dalszym ciągu). Jak się okazało, Marc był wielbicielem mojego śpiewu i gdzieś po drodze, w trakcie nagrywania płyty Immoral Fabric, poznałem bliżej zarówno jego, jak i jego były zespół Keel... byli rewelacyjni! Miałem pokaźną salę prób, ze sceną i wszystkim, czego trzeba - a zatem po opracowaniu piosenek przeze mnie i Danny'ego Gilla w jego mieszkaniu (w Studio City, bardzo blisko mnie), ćwiczyliśmy je z całym zespołem w moim studio na ulicy Cleon (North Hollywood). Ray Luzier i Danny Gill byli ważnymi instruktorami w hollywoodzkim Musicians Institute, obaj bardzo zdolni i błyskotliwi. Nagranie zostało ukończone i zmiksowane przez Shay Baby w studiu Jimmy'ego Crichtona (z zespołu Saga) - znajdującym się w pobliżu Good Night L.A. i Sunset Sound... W sumie zajęło nam to tylko kilka dni. Jako ostatnie nagrywaliśmy wokale i musieliśmy nieźle przyspieszyć zarówno ich nagrywanie, jak i pisanie materiału - na jedno i drugie przeznaczyliśmy mniej niż czterdzieści osiem godzin... Wciąż jednak uważam, że znalazło się tam parę songwriterskich perełek.

HARD ROCK SERVICE: Również w roku 1998, sformowałeś zespół Burning Rain z Dougiem Aldrichem (kolejnym muzykiem, którego nie trzeba przedstawiać - Dio, Whitesnake, Lion etc.). W jakich okolicznościach się poznaliście i wspólnie założyliście Burning Rain?

KEITH ST. JOHN: Znów rozkręcałem swój własny zespół, tym razem za własne środki i - co również było nowością - tym razem stałem na jego czele jako gitarzysta... W każdym razie jednak, mój basista, którego poznałem dzięki Danny'emu Gillowi (byli współlokatorami w Studio City), grał już wcześniej z Aldrichem w Bad Moon Rising... Zasugerował, że powinniśmy się spotkać i zacząć jakiś wspólny projekt, jako że Doug poszukiwał akurat wokalisty. Ian wspomniał także o odniesionym przez Douga sukcesie na japońskim rynku muzycznym... i niestety - wszystko pasowało jak ulał (i wciąż pasuje ;)

HARD ROCK SERVICE: Z Burning Rain nagrałeś dwie płyty - Burning Rain (2000) i Pleasure To Burn (2001). Jak oceniasz te nagrania?

KEITH ST. JOHN: Oba są świetnymi wydawnictwami - każde z innych powodów! Pierwsza jest brzmieniowo bardziej surowa, esencjonalna... i jest bogata w wiele naprawdę wspaniałych momentów, zarówno, jeśli chodzi o wykonanie muzyczne, wokalne, jak i sam materiał. "Pleasure..." było dla nas szansą wypłynięcia na szerokie wody, jeśli chodzi o bardziej dojrzałe i głębokie pisanie. Udało nam się nawet zająć pierwsze miejsce na liście przebojów stacji European Rock Radio z jednym z numerów. Utworami takimi, jak Judgement Day zdecydowanie położyliśmy nacisk na poszerzenie naszych muzycznych horyzontów - to prawdpodobnie przyczyniło się do wzrostu liczby naszych fanów. Wciąż obie te płyty dumnie reprezentują Burning Rain, nie ustępując w niczym innym współcześnie wydanym albumom.

HARD ROCK SERVICE: W 1995 i 2003 roku gościłeś również na dwóch albumach Twojego starego znajomego, którego już tu wspomnieliśmy - Marca Ferrari. Jak oceniasz swój wkład w te nagrania i materiał na nich zawarty?

KEITH ST. JOHN: Mój udział w obu tych nagraniach ma niewątpliwy związek z mniej niż godziną spędzoną w studio podczas nagrywania wokalu do wszystkich pięciu numerów. Podczas nagrywania albumu w 1995 roku improwizowałem linie melodyczne kolejnych zwrotek, rzucając okiem na szkice tekstów wcześniej nakreślone przez Marca, Boba i/lub Tommy'ego. Szybko uporałem się z nagrywaniem, a Boba naprawdę łatwo było zadowolić, więc większość tych pierwszych podejść została na nagraniu. Fakt, że nie słyszałem materiału przed wejściem do studia, prawdopodobnie przyczynił się do uzyskania naturalnych iskierek improwizacji i spontaniczności w liniach wokalnych - niestety również, zebrał żniwo pewnych technicznych niedociągnięć, na których poprawę trzeba mieć znacznie więcej czasu. W surowości tego materiału tkwi jednak jakaś magia! Sesja nagraniowa z 2003 roku była naprawdę króciutka - ledwo pamiętam, co tam robiłem - ale jedną z przyczyn tego tempa jest fakt, jak łatwo i bezstresowo pracuje się mi z Marckiem oraz jak szybko mija nam razem czas... pstryknięcie palcami i już po sprawie. Współpraca z Marciem zawsze była dla mnie przyjemnością.

HARD ROCK SERVICE: W ten sposób przechodzimy do roku 2001, kiedy zostałeś wokalistą Montrose. W jakich okolicznościach dołączyłeś do zespołu?

KEITH ST. JOHN: Moja znajomość z Ronniem [Montrose, gitarzysta Montrose - przyp. red] zaczęła się, gdy przedstawił nas sobie muzyk sesyjny będący jednocześnie naszym wspólnym znajomym. Zaczęliśmy wspólnie pisać i nagraliśmy wersję demo - mnóstwo materiału, który, jak sądzę, zawiera wiele wspaniałych momentów pod względem artystycznym, muzycznym i tekstowym... Tego projektu jednak nigdy z Ronniem nie dokończyliśmy. Do reaktywacji koncertowego składu Montrose zachęcił Ronniego menadżer Steve'a Millera, Scott Booray - i tak to się zaczęło... Zadzwoniłem do basisty Chucka Wrighta (Giuffria / Quiet Riot), z którym współpracowałem przy jednym czy dwóch projektach - on z kolei współpracował wówczas z Patem Torpeyem w sprawach związanych z kolejnym albumem Mr. Big... i tak nasza czwórka, Ronnie, ja, Chuck i Pat, weszliśmy w skład nowego Montrose. Przez lata Ronniemu i mnie udało się pozyskać wielu znakomitych muzyków do sekcji rytmicznej, ale przede wszystkim utrzymać wspaniałe relacje odzwierciedlane przez nasze występy na żywo. Cały czas gramy koncerty i jest to czysta magia.

HARD ROCK SERVICE: Przez lata, najlepiej znanym frontmanem Montrose był Sammy Hagar (ex- Van Halen). Czy czułeś się komfortowo, zajmując jego pozycję w zespole? Jak oceniasz swój pierwszy kontakt z publicznością Montrose i jakiego doświadczyłeś przyjęcia?

KEITH ST. JOHN: Przyjęto mnie niesamowicie dobrze... nawet w przypadku zagorzałych fanów Sammy'ego! Już podczas pierwszych koncertów wykrzykiwali "Taaak! Sammy Junior!!" albo czasami "Jaki Sammy, Sammy kto?..." w ramach okazania mi życzliwego wsparcia! Muzyka, którą Sam i Ronnie stworzyli, zawsze miała pozytywny wydźwięk - i tak nastawieni są również fani zespołu!

HARD ROCK SERVICE: Inne z wartych poruszenia tematów to pozycja wokalisty w zespole Stuarta Smitha, Heaven & Earth, albo współpraca z Nealem Schonem w ramach Neal Schon Band... Jak wspominasz te doświadczenia?

KEITH ST. JOHN: Neal Schon to niesamowicie muzykalny facet z doświadczeniem i zdolnościami "przekraczającymi możliwości pojmowania zwykłego śmiertelnika". Współpraca z nim była jak dotąd prawdziwą przyjemnością i już nie mogę doczekać się następnych muzycznych doświadczeń u boku tak wspaniałego muzyka, który tworzy magię bez względu na wszystko. Jeśli chodzi o projekt Heaven & Earth, napisaliśmy sporo nowego materiału, który miał znaleźć się na kolejnej płycie zespołu... niestety, przerwano nam i musieliśmy odłożyć projekt na Bóg-jeden-wie-kiedy w momencie, w którym Stuart dołączył do koncertowego składu słynnego zespołu z lat '70 - Sweet. Kolejny facet, z którym sporo współpracowałem i którego powinienem tu wymienić, to George Lynch. Współtworzyłem z nim sporo materiału na najnowszą płytę Souls Of We oraz zaśpiewałem w kilku utworach z tego albumu. Byłem również zaangażowany w powstawanie nowego albumu Lynch Mob i zastąpiłem Oniego Logana na kilku występach zespołu w roku 2010. George to świetny i bardzo inspirujący człowiek. Tworzy materiał w skupieniu i z niesamowitą pasją, i naprawdę pozytywnie odnosi się do wszystkich moich pomysłów z pogranicza "strumienia świadomości". To kolejny "nadczłowiek" wśród muzyków, z którymi miałem szczęście współpracować!

HARD ROCK SERVICE: W 2009 roku wystąpiłeś gościnnie na płycie gitarzysty Heart Howarda Leese'a, Secret Weapon. Jak nawiązałeś współpracę z Howardem i czy jesteś zadowolony ze efektu swojej pracy w studio?

KEITH ST. JOHN: Spotykałem Howarda regularnie na koncertach charytatywnych, które grywamy. Skontaktował się ze mną, gdy się dowiedział, że moglibyśmy wspólnie wystąpić (grając materiał z repertuaru Paula Rodgersa). Podobnie jak ja, ten facet ma w sobie sporo z hipisa, więc świetnie się dogadujemy! Mieszkam najbliżej Howarda ze wszystkich wokalistów, którzy gościli na Secret Weapon, więc na jego prośbę wstąpiłem do niego, by nagrać linię wokalu. Howard chciał nagrać wszystko za pierwszym podejściem, "od a do z" - do czego, mówiąc szczerze, nie bardzo jestem przyzwyczajony. Osobiście wolałbym poświęcić trochę czasu na zarejestrowanie kolejnych partii, co dodałoby całości dramatyzmu... chętnie wtrąciłbym za kolejnym podejściem trochę szorstkości tu i ówdzie... ale Howardowi podobał się efekt, zatem ja także byłem zadowolony i osiągnęliśmy to, co chcieliśmy! Howard to kolejny z moich wspaniałych przyjaciół - gdy zabiorę się za solową płytę, jestem pewien, że chętnie na niej zagra!

HARD ROCK SERVICE: Ostatnio natrafiłam na interesujące wieści dotyczące ostatnich koncertów formacji Sweet ("amerykańskiej" wersji dowodzonej przez Steve'a Priesta - przyp. red), podczas których pełniłeś rolę wokalisty... Czy istnieje faktyczna potrzeba zastąpienia Joe Retty i czy możemy się spodziewać zmian personalnych w obozie Sweet?

KEITH ST. JOHN: Muzycy Sweet faktycznie rozważali usunięcie Joe z zespołu, ale - z tego, co rozumiem - wypracowali jakiś kompromis, który był im potrzebny, by Joe pozostał w składzie Sweet jako wokalista. Oczywiście świetnie się bawiłem, śpiewając te wszystkie stare, dobre przeboje z chłopakami - zawsze byłem fanem ich hitów. I życzę im wszystkiego najlepszego oraz mnóstwa sukcesów.

HARD ROCK SERVICE: Podsumowując minione lata, co oceniasz jako najważniejszą część Twojej muzycznej kariery?

KEITH ST. JOHN: Takich punktów kulminacyjnych było zbyt wiele, by wymienić je wszystkie! Ostatniego wieczoru poszedłem do kinoteatru i zobaczyłem swoje nazwisko na "liście płac" w filmie "The Fighter", do którego stworzyłem piosenkę Sweet Dreams... dzień wcześniej, dostałem nagranie Oniego Logana śpiewającego refren w piosence, którą im wysłałem (i która ogromnie im się spodobała)... kilka dni przed tym wydarzeniem, byłem w Ahmedabadzie w Indiach, śpiewając dla ośmiu tysięcy zwariowanych fanów na koncercie w hołdzie Led Zeppelin... a jeszcze tydzień wstecz odbywał się festiwal NAAM, na którym miałem okazję wystąpić wraz z Ronniem Montrosem, Georgem Lynchem i kilkoma innymi wspaniałymi chłopakami... wystarczy tu wymienić Chada Smitha, Kenny'ego Aronoffa, Vinniego Appice'a, członków Whitesnake i wielu innych! Podsumowując - każdy dzień przynosi nową przygodę, a tak długo, jak te przygody sprawiają mi radość... nie mam ochoty stać w miejscu!

HARD ROCK SERVICE: Jakie są Twoje muzyczne plany na przyszłość?

KEITH ST. JOHN: Więcej nagrań Burning Rain!!

HARD ROCK SERVICE: Dzięki za wspaniały wywiad i wszystkiego najlepszego w imieniu całego Hard Rock Service? Czy na koniec mogę poprosić Cię jeszcze o kilka słów dla Twoich fanów w Polsce i naszych czytelników?

KEITH ST. JOHN: Bardzo chciałbym przyjechać do Polski z Burning Rain. Pewnie wcześniej mógłbym zagrać tu z Montrose, albo nawet jako zastępstwo w Lynch Mob... ale mam nadzieję, że trasa promująca trzecią płytę Burning Rain niedługo stanie się faktem! Wszyscy zachowajcie wiarę! A Hard Rock Service bardzo serdecznie dziękuję za okazaną mi miłość i wsparcie!

Oficialna strona Keitha St. Johna: www.keithstjohn.com
Oficialna strona Burning Rain: www.burningrain.net

Twisted
24.02.2011

English version / wersja angielska