|
Skład: Matthew 'Matt' Tuck - śpiew, gitara rytmiczna; Michael 'Padge' Paget - gitara prowadząca, chórki; Jason 'Jay' James - gitara basowa, chórki; Michael 'Moose' Thomas - perkusja
Produkcja: Colin Richardson i Alec Cartio
Walijska grupa Bullet For My Valentine należy do stosunkowo młodych zespołów, gdyż założona została w 2003 roku. Ze względu na bardzo charakterystyczne wokalizy, jak i energetyczną, ciężką, ale melodyjną muzykę porównywany był często do szwedzkiego power metalowego In Flames, chociaż w muzyce dało się wyraźnie wyczuć ciągotki w stronę thrashu. Jakoś nigdy nie przepadałem za takim neo power metalem i ignorowałem Bullet For My Valentine uznając ich za po prostu zespół dla tzw. trendies i pozerów. Tymczasem 5 lat po po starcie grupa nagrywa całkiem sympatyczny krążek, bez pretensji by zmieniać się do ówcześnie panujących trendów (co np. zabiło takie zespoły jak Paradise Lost).
Pierwszy kawałek to utwór tytułowy i od razu wchodzi z pełną mocą.Thrash uderza między oczy. Sporo w tym z Annihilatora i pewnie był taki zamysł. Wokalista śpiewa tutaj trochę ostrzej niż w niektórych innych kawałkach na albumie, co mi zdecydowanie bardziej odpowiada niż modern rockowe zawodzenie. W Eye Of The Storm też mamy do czynienia z thrashem, ale tym razem w stylu starego Megadeth. Nawet wokalista stawia tutaj na formułę a'la Dave Mustaine, co jest świetnym zabiegiem jak dla mnie. Grupa ciosa konkretnie. Na trzeciej pozycji mamy numer Hearts Burst Into Fire. Kawałek zaczyna się balladowo, ale dalej rozkręca się w typowy utwór dla tego albumu. Niestety wokalista pozwala sobie na więcej luzu i zaczyna zawodzić nosowo, co mi się już bardzo nie podoba i zawsze uważałem taki styl śpiewania za obciachowy i typowy dla kultury emo. Waking The Demon robi już większe wrażenie od strony wokalnej (w stylu In Flames), chociaż sam numer nie jest jakimś killerem. Zespół gra raz szybko raz wolno, chcą żeby było klimatycznie i energetycznie. Wszystko fajnie tyle że zabrakło jakby pomysłu. Disappear ma nas przekonać, że po pierwszych dwóch dobrych numerach grupę stać, by na tym krążku jeszcze zabłysnąć. Może nie od strony wokalnej, ale napewno od muzycznej. Te riffy bujają i całkiem nieźle się tego numeru słucha. Trochę nowych, trochę starych brzmień, po prostu melodyjny metal dla każdego. Dalej mamy jeszcze lepszy kawałek. Deliver Us From Evil rozpoczyna się niczym jakieś Annihilator. Tak, to dobre porównanie, bowiem najwięcej słychać tutaj z Watersowskich riffów. Wokale bez zmian. Miks łagodnych i ostrych, prawie deathowych wyziewów, dużo melodii. Jest energetycznie, metalowo, generalnie poszanowanie dla klasyki hard and heavy. Duży plus. Take It Out On Me to znowu Megadeth...no przynajmniej do momentu, kiedy wchodzi wokal. Niestety nie przyłożono
się tutaj do linii wokalnych (zbyt modern rockowe, chociaż w refrenie o wiele lepiej, więcej krzyku, mimo to zdecydowanie heavy). Hermetyczna formuła albumu sprawia, że kawałki często sprawiają wrażenie, jakby były zrobione według jednego schematu i to poczucie ma po części zmienić utwór Say Goodnight. Robi tutaj za swego rodzaju balladę. Seria ciekawych arpeggiów rozpoczyna jazdę. Przypomina mi to do złudzenia Soulitude Overkill. Dalej mamy spokojnie, melodyjnie i całkiem przyjemnie. Ballada to na szczęście old schoolowa, myślę, że porównanie z Soulitude jest tutaj całkiem na miejscu, chociaż pod koniec wężowate riffy po raz kolejny przywodzą na myśl Megadeth. Jak dla mnie duży plus albumu, jeden z lepszych tutaj kawałków. W End Of Days wracają szybkie tempa. Pomysł wyeksloatowany na wszelkie możliwe sposoby we wcześnejszych kawałkach. Trochę szkoda, bo bardzo fajnie nam się ten album rozkręcał przez kilka wcześniejszych numerów. Podobnie niekorzystne wrażenie mam słuchając numeru Last To Know. Właściwie to myślałem, że nic mnie już na tym krążku nie zaskoczy. Kiedy zaczyna się oficjalnie ostatni utwór na płycie, mam miłe odczucia estetyczne ;). Niestety znowu wokalista psuje zabawę. Zawodzi jak byle zapiewajło z nu-metalowego zespołu. Muzyka na szczęście znacznie lepsza niż cokolwiek z repertuaru Korn czy Rammstein. Co ciekawe, czasami mam wrażenie, że kiedy wokalista wysila się na coś więcej, słyszę
Jorna Lande. W sumie kawałek ten polecam właśnie fanom tego wykowawcy, gdyż tak się akurat składa, że przypomina mi to niektóre dokonania Masterplanu. Do albumu załączono też bonusowy utwór No Easy Way Out i ten numer powala mnie na kolana. Grupa gra tutaj w zasadzie hard rockowo, tyle że gitary mają cięższe brzmienie. Wprowadzono nawet klawisz w tle, by brzmiało jak Danger Danger ;). Referen po prostu jest świetny i chciałbym, aby zespół na następnej płycie poszedł właśnie w takim kierunku. Po prostu hard and heavy dobre dla każdego maniaka tej muzy.
Biorąc się za podsumowanie krążka należy wspomnieć dwie podstawowe rzeczy. Po pierwsze jest to płyta zawierająca szeroko pojętą muzykę metalową z tendencjami do thrash metalu, a po drugie produkcja tutaj raczej nowoczesna i też takie podejście do wokali. Co ciekawe, album powinien pogodzić zarówno zwolenników nowomodnego power metalu, jak i starych thrashers, jeśli owi tylko zaakceptują wokalistę. Scream Aim Fire to przyzwoita porcja metalu dla każdego. Może czasami zbyt nowocześnie to gada, ale w swojej kategorii obecnie grupa pozostaje bezkonkurencyjna.
Oficjalna strona zespołu: www.bulletformyvalentine1.com
LSDisease maj 2008
|