|
Skład: Hell Hofer - śpiew; Hampus Klang - gitara prowadząca; Erik Almström - gitara prowadząca; Adam Hector - gitara basowa; Gustav Hjortsjö - perkusja
Gościnnie: Biff Byford - śpiew w [1]
Produkcja: David Perrson
Klony AC/DC mają się dobrze, a wśród najlepszych z nich takich jak Airbourne czy Snew jeszcze lepiej ma się szwedzkie Bullet, które właśnie wynurzyło się studyjnie po raz trzeci z wydawnictwem Highway Pirates. Skład formacji pozostaje ten sam od czasu ostatniego krążka, styl gry nie zmienił się ani trochę, więc można chyba mówić o pełnej stabilizacji.
Pamiętam, że bardzo podobało mi się wydane w 2008 r. Bite The Bullet. Jak leciały same kawałki, tego uż niestety nie pamiętam, ale to dlatego, że dzieła wszystkich naśladowców AC/DC mają jedną wspólną cechę - łatwo i szybko wpadają w ucho, równie szybko ulatując z pamięci. Teraz w moje ręce wpadło Highway Pirates, zatem jest dobra okazja, by sprawdzić, czy chłopakom nie skończyła się werwa. Nie skończyła się. Zapoznałem się z kilkoma recenzami nowej płyty i część z nich była raczej chłodna, na szczęście zanim je przeczytałem, sam posłuchałem albumu i z tymi recenzjami się nie zgadzam. Krążek jest mocno energetyczny i potrafi dodac skrzydeł lepiej niż pewien energizer z reklamy, a że sam materiał jest wtórny, cóż, nikt chyba nie spodziewał się, iż któraś tam z kolei płyta naśladująca styl słynnych Australijczyków będzie oryginalna. By oddać sprawiedliwość formacji, warto dodać, że nie tylko ekipę braci Young się tu kopiuje, Szwedzi mają w sobie też coś z Accept i kilku innych kapel. Album startuje kawałkiem tytułowym, Highway Pirates. Muzycznie mamy tu mieszankę właśnie Accept z Sister Sin i, powiedzmy, wczesnymi Megadeth / Metalliką. Gościnnie zaśpiewał w tym numerze Biff Byford z Saxon i w związku z tym mamy pewną historyjkę. Perkusista Bullet wypatrzył Biffa pod koniec lipca 2009 r. na tyłach sceny podczas Sävsjö Festival i z miejsca zaproponował mu gościnny występ na nowym albumie. Byford zapytał, w którym kawałku miałby zaśpiewać, ale żadna premierowa kompozycja nie była jeszcze gotowa, bowiem Szwedzi wciąż koncertowali supportując swój poprzedni materiał. Gustav w panice szybko wymyślił coś, co brzmiało rock'n'rollowo, czyli "Highway Pirates". Do mnie lepiej trafia kolejna ścieżka - Back On The Road, gdzie już więcej nawiazań do obligatiryjnie wspominanego AC/DC. Ale jest tu i coś ze szwajcarskich ekip takich jak Krokus i China (na ich debiutanckim wydawnictwie pojawiło się kilka bliźniaczych zagrywek). Kawałek nieźle buja i jak ktoś kompletuje właśnie składankę na jakąś karnawałową balangę, niech poważnie rozważy dorzucenie utworu do swojej playlisty. Tak samo łatwo połechtało mój gust następne w zestawie Stay Wild. Takie szybsze AC/DC, zagrane mocno w stylu ich naśladowców z Airbourne i Snew, co mnie akurat odpowiada. Coś podobnego miało nawet węgierskie Hard na swoim ostatnim krążku. Słucham, jak wokalista zdziera sobie gardło i zastanawaim się, na jak długo mu głosu starczy... Johnson trzyma się już kupę lat, więc chyba nie ma się o co martwić i w tym przypadku. Blood Run Hot idealnie nadaje się, by odpalić motor swego Harleya i w trasę. Inne zastosowanie - wbić się w fotel z browarem w łapie, bo jest w nim i coś barowego jak w nagraniach XYZ. Numer prosty jak trzonek śrubokręta, ale mocno i jak zawsze rajcowny. Trudno wytrzymać bez przytupywania do niego nogą. Coś z Dokken i Ratt ma w sobie Fire And Dynamite, co dla mnie jest plusem. Gdyby zagrać główny motyw nieco szybciej, to nawet do kawałka Do You Like It Kingdom Come podobieństwa by się znalazły. Same plusy. No i odgłosy publiczności wplecione w ścieżkę również robią wrażenie. Utrzymane w średnim tempie Down And Out jest akurat słabszą pozycją na krążku, aczkolwiek poprawnie zagraną. W uszy nie gryzie, przywodzi mi trochę na myśl dokonania KISS z lat '70 i początku '80, przy czym oczywiście tu mamy bardziej szorstkie linie wokalne. Knuckleduster jest prztyczkiem w nos dla tych, którzy przedwcześnie wieścili śmierć rock'n'rolla. Czysty drive, numer buja jak diabli. Tego też dorzućcie do imprezowej składanki. Jeszcze jedna pozycja z dynamitem w tytule - Heavy Metal Dynamite. Muza i wokale są OK, ale te ogłosy klaskania w środku chyba można było sobie podarować. Za to wielki plus dla zespołu, że uchwycil tu atmosferę starych, dobrych czasów, bo utwór brzmi tak, jakby miał już co najmniej 20-25 lat. City Lights jawi się trochę jako taki przeciętniak, bo powiela tylko pomysły z kilku innych nagrań z tej płyty. Z drugiej strony dzięki takim zabiegom wydawnictwo zdaje się być bardzo spójne i jak ktoś zagustuje w takiej stylistyce, to płyta zatrzyma go przy sobie od początku do końca. Solówka bardzo amerykańska, by nie rzec kowbojska, to jakby zagrać melodyjki country na przesterze i 3 razy szybciej. Zamknięcie krążka jest bardzo fajne, bo niby nadal mamy coś z AC/DC, ale tym razem jakby dodano i co nieco od innej legendy metalu - Iron Maiden. Wrażenie takie potęguje sposób grania solówki, ale przede wszystkim linie wokalne, gdzie pan Hofer zbliża się bardzo blisko Bruce'a Dickinsona.
Rzecz przede wszystkim dla fanów AC/DC, Big Ball, Accept, Airbourne, Snew, Krokusa, czy Charm City Devils. Nic odkrywczego, za to z dużą dawką energii, no i bez ballad. Hard rock'n'roll. Płyta dobra jako podkład pod obalanie browara o każdej porze dnia i wieczora, a także album dobry na rockowa imprezę.
Oficjalna strona zespołu: www.bullet.nu
Guitarrizer luty 2011
|