|
Skład: Hell Hofer - śpiew; Hampus Klang - gitara prowadząca; Erik Almström - gitara prowadząca; Adam Hector - gitara basowa; Gustav Hjortsjö - perkusja
Produkcja: Bullet i Nicke Andersson
W 2006 roku Bullet i ich debiutancki krążek Heading At The Top umknęły jakoś mojej uwadze. Na szczęście zawsze jest czas, aby nadrabiać zaległości. Teraz, po dokładnym zapoznaniu się z materiałem z drugiego wydawnictwa grupy, wiem, że nie wolno ich lekceważyć. Warto odnotować, że wbrew panującej w Skandynawii modzie na granie glamowo-sleazowe Bullet są przedstawicielami klasycznego hard rocka typu AC/DC. Nie ma tu miejsca na wolniejsze kompozycje, nie ma ballad, jest za to dużo energii.
Gdybym miał być bardziej precyzyjny to zamiast AC/DC wymieniłbym innych Australijczyków, a mianowicie Airbourne. Podobieństwo Bullet do wspomnianej kapeli jest duże i jeżeli komuś podobało się wysoko oceniane Runnin' Wild, to może zaopatrywać się w Bite The Bullet właściwie w ciemno. Przed wydaniem Bite The Bullet doszło do dwóch zmian w składzie ekipy, a zespół został zasilony dwiema nowymi osobami (dołączyli Hampus Klang oraz Adam Hector). Tym, co pierwsze rzuca się w oczy, jest ciekawa okładka wydawnictwa. Znajdująca się na niej kobieta przyciąga męski wzrok swoim uśmiechem. Zastanawia mnie trochę pocisk, który wspomniana blondynka trzyma w zębach. Trochę zaskakujący kaliber (na oko mamy do czynienia z 7.62), wskazujący na to, że pocisk nie był wystrzeliwany z pistoletu, ale z karabinu. Grupa na poważnie traktuje swój kawałek tytułowy, kiedy wchodzimy na internetową witrynę Bullet jesteśmy atakowani dzikimi wrzaskami wokalisty, które to są częścią trzeciego na krążku Bite The Bullet. Jest to prawdziwie hard rockowy kawałek charakteryzujący się agresywnym tempem, mocnymi partiami gitary, przyzwoitą solówką oraz tak jak już wspomniałem "dzikimi wrzaskami wokalisty". Szkoda, że numer jest krótki (niecałe 3 minuty), ale być może łatwiej mu się będzie dzięki temu przebić na szersze wody. Zainteresowanych zachęcam do przesłuchania kawałka. Dusk Til Dawn zaczyna się tak, jakby zamiast Bullet grało będące w wysokiej formie AC/DC (ciekawe czy zbliżający się album weteranów spełni oczekiwania fanów?). Refren nie jest już może tak bardzo typowy, ale nadal słychać inspiracje. Nailed To The Ground również brzmi klasycznie, ale tym razem na myśl przychodzi mi stary niemiecki hard rock. Nadmienię, że oprócz wspominanego już wielokrotnie przeze mnie AC/DC możemy odnaleźć również wpływy Accept, czy też Judas Priest. City Of Sins jest przydługim wstępem do kolejnego numeru. Jest to intro epickie, nagrane trochę z pellowym rozmachem i nie wiedzieć czemu zostało wydzielone jako oddzielna ścieżka, brzmi bowiem jak integralny fragment Waste My Time. Gdyby zmieszać Pella z bardziej klasycznym hard rockiem, to pewnie tak to właśnie by wyglądało. Rock&Roll Remedy (podobnie jak i następujące po nim Rock Us Tonight) mieni się jako numer wtórny, który nie licząc tego, że jest zagrany poprawnie, nie powoduje przyspieszonego bicia serca. Owszem, lubię takie granie, ale powinno ono się bardziej wyróżniać. I w pewnym sensie jest to wada płyty, większość numerów zlewa się w pewną całość i trudno je od siebie oddzielić. Jeżeli jednak lubi się takie granie, to ta jednolitość stylistyczna materiału nie przeszkadza zbytnio. Jeszcze słówko o wokaliście. Wdzięcznie nazywający się Hell Hoffer pomimo niezbyt imponującego, pyzatego wyglądu zna się na swoim rzemiośle. Oglądając teledyski grupy można odnieść wrażenie, że gardłowy jest ciągle pobudzony i że czasami zbyt serio traktuje graną przez zespół, jakby nie było rozrywkową muzykę. W tym szaleństwie jest jednak jakaś metoda, głos i styl śpiewania Hella Hoffera są jedną z największych zalet Bullet. Najtrafniejszym porównaniem byłby chyba Brian Johnson . Wheels Keep On Turning mogą pochwalić się przemyślanym, dobrze skomponowanym wstępem oraz równie dobrymi zwrotkami i refrenami. Niektóre aranżacje są wręcz typowe dla melodyjnego hard rocka końcówki lat '80. Wrażenie takie utrzymuje się do samego końca. The Rebels Return zamyka płytę w niezłym stylu. Numer jest utrzymany w średnim tempie, a jego największą zaletą jest mile drażniące uszy brzmienie. Wśród kawałków, o których jeszcze nie wspominałem, znajduje się ścieżka, która otwiera album. Pay The Price kojarzy się z Airbourne, choć nie jest tak energiczne jak reszta Bite The Bullet. Lepiej wypada następujące w drugiej kolejności Roadking. Dawka mocy, którą serwuje zespół, jest znacznie powyżej średniej. Jest to hard rockowa jazda bez trzymanki. Zespołowi należy się plus za refreny, a ścieżka powinna spodobac się zmotoryzowanym osobnikom.
Na Bite The Bullet znalazło się 11 utworów, które można określić jako krystalicznie czysty hard rock. Jeżeli chodzi o moje gusta, to płycie brakuje odrobinę przebojowości i melodii, ale wszystko to nadrabiane jest bezczelnością i fajnym brzmieniem. Płytę można polecać przede wszystkim fanom niedawnego Airbourne, a patrząc na wcześniejsze lata w grę wchodziliby miłośnicy AC/DC, a nawet wczesnego Def Leppard. Bite The Bullet to jedna z ciekawszych (co nie oznacza, że najlepszych) propozycji wydanych w 2008 roku.
Oficjalna strona zespołu: www.bullet.nu
Guciomir sierpień 2008
|