Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** SEVE WILLIAMS - "...Będziemy do Was wracać!" ***

Jeśli chodzi o wpływ na kolejne pokolenia i wkład w historię muzyki hard'n'heavy - działającą już cztery dekady walijską formację Budgie można śmiało stawiać w jednym rzędzie z Black Sabbath, Led Zeppelin czy Deep Purple. Z heavy metalowego panteonu Sześciotonową Papużkę wyróżnia jednak coś jeszcze. To właśnie Budgie było pierwszą zachodnią kapelą, która w '82 roku przekroczyła Żelazną Kurtynę, koncertując w tak "egzotycznym" kraju jak... ówczesna Polska. Do kraju nad Wisłą wracali jeszcze wielokrotnie - najbliższa trasa po jedenastu polskich miastach zaplanowana jest na listopad tego roku. Zanim więc ruszymy na kolejne spotkania z muzyką Burke'a Shelleya i spółki na żywo... specjalnie dla naszych czytelników, o słynnej trasie z '82 roku, muzycznych wzlotach i upadkach oraz dekadach spędzonych za zestawem perkusyjnym opowiada na naszych łamach bębniarz Budgie, Steve Williams we własnej osobie!

HARD ROCK SERVICE: Witaj Steve! Zrobienie tego wywiadu to dla mnie ogromny przywilej, zwłaszcza, że z niecierpliwością wyglądam ponownego zobaczenia Budgie w Polsce w listopadzie tego roku. Zacznijmy zatem od samego początku; co skłoniło Cię do wybrania muzycznej ścieżki, i skąd zainteresowanie perkusją?

STEVE WILLIAMS: Zainteresowałem się muzyką w bardzo młodym wieku! Uwielbiałem słuchać należącej do moich rodziców kolekcji singli z lat '50. Prawdziwy przełom nastąpił jednak, gdy usłyszałem po raz pierwszy Jimiego Hendrixa; właśnie wtedy zapaliłem się do pomysłu zostania w przyszłości muzykiem. W mojej pierwszej kapeli grałem na basie - gdy jednak dołączył do nas brat ówczesnego gitarzysty, świetny basista, poproszono mnie, bym zasiadł za zestawem perkusyjnym. Dokonałem więc tej zmiany i zakochałem się w perkusji.

Steve Williams HARD ROCK SERVICE: Kogo - jakie zespoły, muzyków - nazwałbyś swoimi najważniejszymi inspiracjami z tego wczesnego okresu?

STEVE WILLIAMS: Oczywiście, Hendrix! Poza tym, zespoły takie jak The Beatles, Black Sabbath, Zeppelin i wiele innych, które wpłynęły na mój styl gry i ukształtowały moją miłość do muzyki rockowej. Prawdziwie jednak uzależniłem się od muzyki w momencie, w którym usłyszałem In Rock Deep Purple. Do dziś jestem fanem tej płyty. Cóż to za zespół! Mieli wszystko - moc, muzyczne zdolności, melodie... cały pakiet. A Ian Paice prawdopodobnie wpłynął na mój styl i sposób grania bardziej, niż jakikolwiek inny perkusista.

HARD ROCK SERVICE: Na wczesnym etapie muzycznego życia grywałeś w wielu lokalnych zespołach, takich jak Perkin Warbeck czy Concrete Octopus... Czy możesz nam opowiedzieć coś więcej o tamtych czasach?

STEVE WILLIAMS: Wymienione przez Ciebie formacje to niektóre z zespołów, w których grałem w czasach szkolnych. Prócz tego, były jeszcze takie lokalne kapele jak Extreme, Pure Earth i - wierzcie mi, lub nie - zespół o nazwie Iron Maiden (nie TO Iron Maiden). Składały się ze szkolnych przyjaciół, świetnie się bawiących i szlifujących nasze dopiero co nabyte umiejętności w repertuarze takich zespołów jak Free, Stonesi i tak dalej... Mieliśmy rewelacyjny ubaw bez specjalnych zobowiązań. Wspaniałe czasy... Ekscytujący, ważny, pełen nowych doświadczeń okres. Po kilku latach, gdy na poważnie zająłem się muzyką, dołączyłem do kapeli z Cardiff, Quest. Był to zespół silnie zafascynowany Yes - prawdopodobnie najlepszy, z jakim kiedykolwiek grałem.

HARD ROCK SERVICE: W 1974 roku dołączyłeś do rockowego zespołu z Cardiff - Budgie. W jakich okolicznościach poznałeś Burke'a Shelleya i połączyłeś swe siły z nim oraz - wówczas będącym gitarzystą Budgie - Tonym Bourgem?

STEVE WILLIAMS: Właściwie zaproszono mnie na przesłuchanie na stanowisko perkusisty w Budgie rok wcześniej, jeszcze w roku 1973. Znałem żonę Burke'a Shelleya, która śpiewała wówczas w zespole White Eyes - i to ona mnie poleciła. Pojechałem do Cardiff, spotkać się z Burke'iem w jego lokum - ale akurat go nie było... Byłem wtedy młodym, impulsywnym facetem, pomyślałem sobie więc - "W cholerę" i przeniosłem się do północnej Walii. Wtedy do zespołu dołączył niejaki Pete Boot i powstało In For The Kill (jeden z moich ukochanych albumów Budgie), ale rok później przeprowadziłem się z powrotem do Cardiff i dowiedziałem się, że znów poszukują bębniarza. Tym razem stawiłem się na przesłuchaniu i tak przyjęto mnie do zespołu.

HARD ROCK SERVICE: Pierwszy album, który nagrałeś wspólnie z Budgie, to Bandolier (rok 1975). Jak oceniasz tę płytę z perspektywy lat?

STEVE WILLIAMS: Bandolier pozwolił mi po raz pierwszy zasmakować nagrywania w prawdziwym studio i każda minuta była dla mnie cenna. Bardzo lubię tę płytę i choć brzmi dziś odrobinę przestarzale, jak większość nagrań z lat '70, utwory takie jak Napoleon wciąż wypadają świetnie; to znakomite rockowe utwory. Praca nad tym albumem dała mi ogromną radość i wciąż czuję ją dzisiaj, gdy od czasu do czasu wracam do tych nagrań.

HARD ROCK SERVICE: Bandolier jest często określany jako ostatni "klasyczny" album Budgie. Następne płyty, takie jak If I Were Brittania I'd Waive the Rules, czy Impeckable, zebrały gorsze recenzje niż ich poprzednik. Jak Ty podchodzisz do tego okresu w działalności zespołu?

STEVE WILLIAMS: Mówiąc szczerze - wolałbym zapomnieć o tamtych czasach. Te dwa albumy są w mojej opinii najsłabszymi, jakie kiedykolwiek nagraliśmy. Oczywiście jest wiele różnorodnych, osobistych powodów, dla których zboczyliśmy z "naszej ścieżki" - ale sądzę, że mój styl gry również był częściowo odpowiedzialny za coraz większe odbieganie kolejnych utworów od wypróbowanego, wyszlifowanego stylu Budgie. Ray i Pete byli niewątpliwie czysto rockowymi bębniarzami, mój sposób grania natomiast był bardziej różnorodny, czego przyczynę widzę we wcześniejszym szlifowaniu moich zdolności w różnych muzycznych stylach i kierunkach. To pozwoliło Tony'emu i Burke'owi "rozwinąć skrzydła" i eksperymentować z pomysłami, z których realizacją wstrzymywali się na poprzednich płytach. Niestety, ich realizacja po prostu nam nie wychodziła i Budgie straciło swój pazur. Co jeszcze smutniejsze, między innymi to właśnie spowodowało odejście od zespołu Tony'ego Bourge'a.

HARD ROCK SERVICE: Już we wczesnych latach '80, Wasz styl muzyczny dość znacznie się zmienił - zwracając się nieco w stronę stylistyki typowej Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu. Jak zmiany zachodzące w przemyśle muzycznym wpłynęły na zespół w tamtym okresie?

STEVE WILLIAMS: Biznes muzyczny nie wywołał zmian w stylu Budgie w latach '80. Zrobił to Big John Thomas! Dołączenie Johna do Budgie było jak powiew świeżego powietrza. Znów staliśmy się zespołem stricte rockowym, a energia i styl, którego od lat nam brakowało, przypłynęły znowu. To był bardzo ekscytujący okres, prawdopodobnie mój ulubiony w historii Budgie.

HARD ROCK SERVICE: Przez lata '70 i '80 Budgie przechodziło zmiany w składzie - zmieniali się kolejni gitarzyści. Jak w Twojej opinii wpłynęło to na przyszłość zespołu?

STEVE WILLIAMS: Przez ten czas w Budgie byli tylko dwaj tak naprawdę liczący się gitarzyści - Tony Bourge i John Thomas. Obaj niesamowicie utalentowani - choć różni od siebie - i obaj mieli niesamowity wpływ na brzmienie zespołu. Inne, tymczasowe składy nie były zbyt stabilne, i - w mojej ocenie - nie są zbyt ważne, jeśli chodzi o opowiedzenie Wam historii Budgie.

HARD ROCK SERVICE: 1982 to pamiętny rok dla wszystkich polskich fanów Budgie. Jako pierwszy zachodni zespół heavy metalowy zagraliście serię koncertów za Żelazną Kurtyną. Czy pamiętasz, jak zareagowałeś na pomysł przyjazdu do Polski w 1982 roku? Jak wspominasz przekroczenie Żelaznej Kurtyny i rzeczywistość, jaką tu zastaliście?

STEVE WILLIAMS: To była - w rzeczy samej - najbardziej niezwykła trasa koncertowa, w jaką kiedykolwiek ruszyliśmy. Nikt z nas nie miał pojęcia, jak wspaniała reakcja czeka nas ze strony polskiej publiczności. Teraz, po latach, moje wspomnienia tamtych czasów i zastanej rzeczywistości są jednak słodko - gorzkie. Koncerty były niesamowite i traktowano nas po królewsku, ale jednocześnie ci sami Polacy walczyli o wolność, która dla nas była czymś pewnym i oczywistym. Wszędzie dookoła czuć było oddech nadziei, spętany jednak liczącym sobie dziesiątki lat lękiem przed władzą - to wywoływało u mnie ogromny smutek i złość. Przezwyciężenie tych uczuć i przejście nad nimi do porządku dziennego zajęło mi długie miesiące po powrocie do domu... Z drugiej jednak strony - byłem bardzo szczęśliwy, że otrzymaliśmy przywilej grania przed wówczas - podobnie jak i dziś - jedną z najlepszych rockowych widowni świata.

HARD ROCK SERVICE: Pomimo trudności, które mieli Polacy ze zdobywaniem nagrań zachodnich zespołów i promowaniem "imperialistycznej" muzyki, trasa koncertowa Budgie z 1982 roku zakończyła się sukcesem. Jak wspominasz przyjęcie publiczności? Jak podsumowałbyś tamte koncerty?

STEVE WILLIAMS: Pamiętam wszystkie te koncerty, jeden po drugim, jakby to było wczoraj! Jak już mówiłem, reakcja publiczności była niesamowita. Graliśmy przed ogromnymi tłumami, żądnymi usłyszeć muzykę rockową na żywo. Reakcja widowni, tłumy śpiewające na każdym koncercie wszystkie nasze piosenki - to dosłownie zwalało nas z nóg. Byliśmy w trasie więcej razy, niż mogę zliczyć, ale te dwa tygodnie roku 1982 są dla mnie najbardziej pamiętnym okresem.

HARD ROCK SERVICE: Z tego, co czytałam, na jednym z koncertów podczas tamtej trasy zaistniała sytuacja, w wyniku której oddziały ZOMO - "zatrudnione" jako "ochrona" podczas występów - atakowały publiczność. Wspominał o tym w wywiadze Burke Shelley, jednocześnie nadmieniając, że to właśnie Ty uspokoiłeś wtedy sytuację. Opowiedz nam o tamtym dniu.

STEVE WILLIAMS: Graliśmy wtedy koncert w plenerze i od początku było widać, że - nawet jak na tamte czasy - ochrony było zdecydowanie za dużo i zdecydowanie za śmiało sobie poczynała. Ludzie znajdujący się pod sceną nie unikali ciosów i zaczepek, a co chwilę wybuchała kolejna bójka. Jedna z nich rozgorzała tuż obok sceny, a facet, który stał bardzo blisko zespołu przy jej krawędzi, oberwał od kilkunastu ochroniarzy naraz. Przestaliśmy więc grać i zeszliśmy z estrady. Nie było wątpliwości, że jeśli sytuacja się nie poprawi, nasz koncert zwieńczą zamieszki i ciężko rannych będą dziesiątki. Hałas i krzyki publiczności były wprost ogłuszające i nawet oddziały ZOMO nie mogły powstrzymać nerwowości. Ktoś musiał coś zrobić, by temu zaradzić, więc wspólnie z naszym polskim tłumaczem wyszedłem na scenę. Z jego pomocą udało mi się wszystkich uciszyć i wytłumaczyć, że - jeśli nie zapanuje znów zwykły porządek - niesamowicie trudno będzie Budgie skończyć ten koncert. Wprost nie do uwierzenia, że stało się to, o co prosiłem. Ochrona wycofała się, koncert znów się zaczął - i cóż to było za show! To, co mogło zakończyć się totalną katastrofą - spowodowaną nie przez publiczność, ale przez ochronę, stało się w gruncie rzeczy niezapomnianą chwilą, najlepszym momentem trasy.

HARD ROCK SERVICE: Prócz pamiętnej polskiej trasy, w tamtym okresie supportowaliście również Ozzy'ego Osbourne'a podczas jego Blizzard of Ozz Tour. Jak wspominasz tamte koncerty i spotkanie z samozwańczym Księciem Ciemności?

STEVE WILLIAMS: Trasa z Ozzym Osbournem była kolejną z niezapomnianych chwil tamtych czasów - to wspaniałe doświadczenie, bardzo dla mnie cenne. Zagraliśmy około trzydziestu koncertów w Wielkiej Brytanii jako support Księcia i - przez szacunek, jakim darzył nas zespół i ekipa techniczna - to trasa, której nikt z nas nigdy nie zapomni. Ozzy był prawdziwym dżentelmenem i pomimo faktu, jak wielką był - i wciąż jest - gwiazdą, zawsze znajdował dla nas czas. Oczywistym stało się, że bardzo polubił Budgie i doceniał fakt, że potrafiliśmy rozgrzać publiczność przed jego występem każdej nocy. Sporym przywilejem było także dzielić scenę z legendarnym Randym Rhoadsem, który - niestety - odszedł od nas o wiele za wcześnie.

HARD ROCK SERVICE: W 1988 roku Budgie zdecydowało się zawiesić działalność. Jakie były tego powody?

STEVE WILLIAMS: Właściwie ja opuściłem zespół już dwa lata wcześniej, w 1986 r. Nastąpiło to po kilku bardzo trudnych latach - Budgie straciło management i kontrakt płytowy. Rozwiały się moje złudzenia dotyczące muzycznej branży; byłem rozczarowany i potrzebowałem zmian. Zespół kontynuował jeszcze działalność z byłym bębniarzem UFO, Jimem Simpsonem, wkrótce jednak - jak sądzę - i tak wszystkim zabrakło przysłowiowej pary i zdecydowali się zniknąć ze sceny. To był bardzo ciężki, smutny okres.

HARD ROCK SERVICE: Podczas zawieszenia działalności formacji, gitarzysta Budgie, John Thomas, grywał gościnnie w wielu różnych projektach - jak album Phenomena Glenna Hughesa. Czym Ty zajmowałeś się przez ten czas - projektami stricte muzycznymi, czy może czymś zupełnie różnym od nagrywania i koncerów?

STEVE WILLIAMS: Zostałem wtedy zmuszony, by porzucić granie na bębnach, jako że rozwinął się u mnie zespół kanału nadgarstka (ang. Carpal Tunner Syndrome - przyp. red.). Rozkręciłem wtedy z bratem biznes owocowo-warzywny i spędziłem większość dekady lat '90 z daleka od muzyki. Sądziłem, że już nigdy nie będę mógł grać, jednak po operacji dłoni znów zasiadłem za zestawem perkusyjnym i wszystko zaczęło się od początku. Teraz jeżdżę w trasy koncertowe z Budgie, biorę udział w sesjach nagraniowych i na pół etatu uczę młodych adeptów perkusji.

HARD ROCK SERVICE: W latach '80, ówcześni giganci sceny heavy i thrash metalowej (tacy jak Metallica czy Iron Maiden) zaczęły coverować piosenki Budgie. Jak oceniasz te przeróbki i jak generalnie podchodzisz do coverowania?

STEVE WILLIAMS: Osobiście uwielbiam wersję Breadfana nagraną przez Metallikę i uważam, że był to ogromny komplement od wspaniałego rockowego zespołu. Fakt, jak wiele wielkich sceny rockowej zaczęło przerabiać na własna modłę utwory Budgie, świadczy również o tym, że w muzycznym biznesie cieszymy się sporym szacunkiem. To również mówi sporo o tym, jak wielkie zdolności songwriterskie miały te dwa łobuzy, Shelley i Bourge, i wpływie, jaki wywarli na muzykę rockową na całym świecie.

HARD ROCK SERVICE: 1995 stał się rokiem oficjalnego powrotu Budgie. Jaki był powód reunionu formacji?

STEVE WILLIAMS: Osobiście dołączyłem do zreformowanego zespołu dopiero w roku 1999, w celu zagrania na festiwalu Sweden Rock. Z Burke'iem natomiast w 1995 roku skontaktował się teksański promotor, Bill Lee, i poprosił go o zreformowanie Budgie - mieli zagrać na festiwalu rockowym w San Antonio, gdzie zespół wciąż cieszył się sporą sławą. W składzie znaleźli się John Thomas i były bębniarz Love Sculpture, Rob "Congo" Jones. Sądzę, że wtedy właśnie wszyscy zdali sobie sprawę, że na ten zespół wciąż istnieje popyt. Ten popyt trwa do dziś i dlatego wciąż gramy koncerty.

HARD ROCK SERVICE: Ostatnim albumem, jaki dotychczas wydaliście, jest You're All Living in Cuckooland (w roku 2006). Jak oceniasz tę płytę?

STEVE WILLIAMS: Będąc szczerym - nie jestem całkowicie zadowolony z mojego brzmienia na Cuckoolandzie. Nagrałem te utwory używając elektronicznego zestawu Rolanda i wciąż tego żałuję. Nie zrozum mnie tu źle - Roland TD20 to wspaniały instrument! Chodzi mi raczej o mój brak doświadczenia z elektronicznymi bębnami, co spowodowało problemy przy nagrywaniu; idąc dalej, dźwięki, które znalazły się na płycie, są niechlubnym efektem tego braku doświadczenia. Jeśli chodzi o sam album? Cóż, jest tam kilka dobrych piosenek, jedna albo dwie, ale muszę przyznać, że ich większość nie wywołuje na mnie wrażenia. Podczas nagrywania żywiłem nadzieje, że nasz pierwszy studyjny album od więcej niż dwudziestu lat nie tylko będzie miał cięższe brzmienie, ale i także więcej nawiązań do "starego" Budgie. Sądzę jednak, że te wspaniałe czasy już na dobre odeszły do przeszłości i może nie fair jest spodziewać się od twórców współczesnej muzyki, by za nimi podążali także i w XXI wieku. Muszę zarazem przyznać, że jest jeden aspekt tego albumu rzucający mnie na kolana - solówki gitarowe Simona Leesa. Wymiatają w każdym numerze!

HARD ROCK SERVICE: Jeśli już o Simonie Leesie mowa - ostatnią ważną jak dotąd zmianą w składzie Budgie było odejście wspomnianego gitarzysty. Wkrótce jego miejsce zajął - jako gościnny gitarzysta - były muzyk Dio i Giuffrii, Craig Goldy. Miałam przyjemność zrobić z Craigiem wywiad, w którym przedstawił mi swój pogląd na dołączenie do Was; jak Ty oceniasz tę zmianę w składzie i jak współpracuje Ci się z Craigiem?

STEVE WILLIAMS: Jestem osobiście wielbicielem talentu Simona Leesa i uważam go za jednego z najlepszych muzyków, z jakimi kiedykolwiek współpracowałem. Jest także moim dobrym przyjacielem i ze smutkiem przyjąłem wiadomość o jego odejściu z zespołu. Ucieszyłem się jednak, że zastąpi go Craig Goldy. Byliśmy prawdziwymi szczęściarzami, mogąc go pozyskać do naszej kapeli; uwielbiam współpracować z tym facetem. Jest rewelacyjnym gitarzystą i posiada całe mnóstwo zachwycających muzycznych pomysłów. Muszę przy tym powiedzieć - i jestem pewien, że zgodziłby się ze mną - że minione dwa lata współpracy przyniosły także i trudne, wyboiste chwile. Takie jest życie, tak bywa w rodzinie - i, jeśli Wasze więzi są dość silne, by przez to przejść, te trudne momenty mogą stać się spoiwem, cementującym przyjaźń i pozwalającym jej przetrwać przez resztę Twojego życia. Craig ma wrodzony talent i osobiście uważam to za wielki przywilej, mieć okazję dzielić z nim scenę. Sądzę, że jest także bardzo cennym nabytkiem dla Budgie - obyśmy współpracowali wszyscy jeszcze bardzo długo!

HARD ROCK SERVICE: W ostatnich latach kilkakrotnie powracaliście do Polski podczas kolejnych tras koncertowych - w roku 2007, 2008, 2009... Jak wspominasz kolejne powroty do Polski i współczesne koncerty grane w kraju nad Wisłą? Jak odbiera Was dzisiejsza publiczność?

STEVE WILLIAMS: Oczywiście, nie przyciągamy już takich tłumów, jak w tamtych pamiętnych dniach 1982 roku; nikt zresztą nie spodziewałby się tego po tylu latach. Ludzie, którzy przychodzą na nasze koncerty, są jednak prawdziwymi fanami ROCKA i uwielbiamy dla nich grać. Czuję się w Polsce mile widziany i zawsze, kiedy kończy się trasa, opuszczam ten kraj z odrobiną żalu. Nie wiem, ile lat Budgie jeszcze będzie dawało koncerty (wszyscy się w końcu troszkę starzejemy), ale - tak długo, jak ma to miejsce - mam nadzieję, że będziemy do Was wracać!

HARD ROCK SERVICE: Mówiąc o powrotach Budgie do Polski, nie sposób nie wspomnieć o najbliższej trasie, zaplanowanej na listopad 2010. Czy możesz ujawnić jakieś szczegóły?

STEVE WILLIAMS: Sądzę, że większość dat jest już potwierdzonych; znajdziecie je na stronach zespołu, pod adresem www.budgie.uk.com i www.myspace.com/budgieofficialmyspace.

HARD ROCK SERVICE: Budgie jest jednym z najważniejszych i najbardziej wpływowych reprezentantów sceny hard'n'heavy z lat '70. Wciąż jednak nie można porównywać Waszej popularności z estymą, jaką cieszą się Deep Purple czy Black Sabbath. Jak Ty podchodzisz do tej sytuacji, gdzie w Twojej ocenie należy dopatrywać się jej przyczyn?

STEVE WILLIAMS: Sądzę, że są dwa główne powody, dla których Budgie nigdy nie mogło - idąc w ślad innych zespołów - cieszyć się międzynarodowym sukcesem. Kiepski management i zbyt wiele zmian w muzycznym stylu zespołu. Wiem, że wielu ludzi docenia to, co wzbogaca indywidualność zespołu i pozwala wskazać przyczyny światowego "kultu", którym mogliśmy cieszyć się w przeszłości i teraz... By jednak odnosić sukcesy komercyjne, i sprzedawać miliony płyt - Twoi fani muszą identyfikować się z konkretnymi aspektami muzyki, które pozostają niezmienne. AC/DC to znakomity przykład zespołu, który rzadko rozczarowuje. Gdy kupujesz jakąkolwiek ich płytę - dokładnie wiesz już, co otrzymasz w zamian za swoje pieniądze i to - podobnie jak w przypadku popularności sieci fast foodów - jest bardzo ważne dla większości fanów rocka. Bez wątpienia traciliśmy wielu fanów za każdym razem, gdy zmienialiśmy muzyczny kierunek dążeń, i nie udawało nam się zarazem pozyskać nowych wielbicieli. Przez to nie osiągnęliśmy sukcesu na poziomie, jaki był przeznaczony Burke'owi, Tony'emu i Rayowi ze względu na ich pierwotne, unikalne brzmienie i styl z wczesnych lat '70. I - choć bardzo ciężko mi to przyznać - wszystko mogłoby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby przetrwał oryginalny skład zespołu.

HARD ROCK SERVICE: Jak generalnie wspominasz dekady grania z zespołem? Patrząc wstecz, jak podsumowałbyś swoją muzyczną karierę?

STEVE WILLIAMS: Czas, który spędziłem i spędzam z Budgie, jest dla mnie bardzo cenny. O ludziach, z którymi współpracowałem przez lata, myślę jak o rodzinie. Jednak - jakkolwiek może wydać się to dziwne - gdybym mógł cofnąć czas, prawdopodobnie wybrałbym zupełnie inną muzyczną ścieżkę... daleką od garści piosenek, z własnego udziału w których nie jestem dumny... Zwróciłbym się bardziej w stronę perkusyjnej wirtuozerii - wolałbym, patrząc wstecz, widzieć może więcej partii solowych, bardziej wyszukany styl gry... To jednak po prostu nie pasowałoby do Budgie. I - choć to, co faktycznie grałem, pasowało do zespołu jak ulał - nie sądzę, bym osiągnął to, do czego zacząłem dążyć lata temu, pierwszy raz zasiadając za zestawem perkusyjnym.

HARD ROCK SERVICE: Teraz chciałabym zapytać Cię o coś, co na pewno zainteresuje aspirujących perkusistów będących wśród naszych czytelników. Jakiego sprzętu używa Steve Williams na scenie i w studio?

STEVE WILLIAMS: W tej chwili używam ośmioczęściowego zestawu Pearl Reference i talerzy Paiste na scenie. Ten sam zestaw pasuje również do studia - modele Reference stają zawsze na wysokości zadania.

HARD ROCK SERVICE: Jak oceniasz współczesną scenę muzyczną? Czy znajdujesz na niej wykonawców wartych uwagi, czy wręcz przeciwnie?

STEVE WILLIAMS: Uwielbiam wszystkie rodzaje muzyki. Klasyczną, współczesną... tak długo, jak można to nazwać muzyką. Mój gust rozciąga się od Anastacii do Slipknota, od Steviego Wondera do The Killers... cokolwiek i wszystko, co tylko jest dobre. Ostatnio słucham znakomitego (i ewidentnie inspirującego się Stonesami) zespołu Cage The Elephant, uwielbiam energię w ich muzyce. Jest mnóstwo naprawdę dobrych zespołów, których nie zobaczycie w X-Factor.

HARD ROCK SERVICE: Dziękuję Ci serdecznie za wywiad w imieniu całego Hard Rock Service, jako fanka Budgie czuję się zaszczycona! Na koniec, tradycyjna w tym miejscu prośba o kilka słów dla czytelników i polskich fanów Budgie...

STEVE WILLIAMS: Cześć wszystkim. Nie możemy się już doczekać, by raz jeszcze objechać z koncertami jeden z najbardziej rock'n'rollowych i rozkołysanych krajów świata. Przyjdźcie na któryś z koncertów, który zagramy blisko Waszego miasta, w listopadzie - gwarantujemy iście rock'n'rollowy bal! Trzymajcie się - i Budgieszacun! Dziękuję (po polsku! - przyp. red).

Oficialna strona Budgie: www.budgie.uk.com
Oficialny profil na MySpace: www.myspace.com/budgieofficialmyspace

Twisted
19.09.2010

(Wszystkie fotografie pochodzą z oficjalnej strony artysty i zostały użyte za jego pozwoleniem)

English version / wersja angielska