|
Relacja z koncertu Budgie, 21.11.2008, Łódź, klub Dekompresja
To już czwarty raz, kiedy papużka falista przyfrunęła do Polski. Tym razem najwierniejsi jej fani zamiast do ZOO udali się na koncert Shelleya i jego kumpli. Atrakcji było co nie miara: krótki kurs chirurgii mózgu, spotkanie z nagą rozpadającą się spadochroniarką, Napoleonem podzielonym na dwa kawałki, rejs po rzece pełnej whiskey... atmosfera gorąca niczym ukrop spod pachy dokera, topniał lód w każdym nawet najbardziej zatwardziałym sercu!
Odkąd łódzki klub muzyczny Dekompresja, niegdyś dość kultowe miejsce dla ludzi słuchających tego "cięższego brzmienia", zmienił miejsce - coś się popsuło. Z dawnego klimatu nie pozostało prawie nic, a i nikt za bardzo nie kwapił się do wpadania na koncerty do przeniesionej w niezbyt ciekawe, "podejrzane" okolice tejże miejscówki. Zresztą, nie czarujmy się, jeśli chodzi o imprezy muzyczne, wybierać za bardzo nie było w czym. Jakież było zatem moje zdziwienie, kiedy okazało się, że trasa Budgie (w składzie: Burke Shelley - śpiew i bas, Craig Goldy - gitara, Steve Williams - bębny) obejmuje aż pięć polskich miast - Poznań, Warszawę, Lublin, Katowice, a także zahacza o moje rodzinne miasto Łódź. Byłam wręcz pewna, że w dniu koncertu słynna Dekompresja będzie, jak zazwyczaj, święciła pustkami. Przyczyny te co zawsze oraz dość obszerna trasa zespołu, sporo innych rozrywek w centrum miasta tego samego wieczoru i tak dalej.
I tutaj spotkało mnie kolejne zaskoczenie. Spory tłumek czekających przed wejściem koncertowiczów i... pokaźny tłum wewnątrz, ba, upchnięci jak sardynki w puszce fani czekający na schodach wiodących do sali, gdzie znajdowała się scena, wyczekujący niecierpliwie na otwarcie drzwi. Mniej przyjemną niespodzianką okazał się support, czyli łódzko-tuszyńska grupa Tosteer. Właściwie nie mogę nic za bardzo zarzucić tym chłopakom, wykonali w pełni porządną robotę, może imagem się za bardzo nie popisali, ale już nie wdrażajmy się w takie kosmetyczne szczegóły. Jednakowoż ich muzyka kompletnie mi nie pasowała do całego tego, no, nie czarujmy się, hard rockowego przedsięwzięcia. Rockowy pseudo grunge z jakimiś tam pozostałościami po dawnym bluesowym stylu był tu ostatnią rzeczą, na jaką miałam w tej chwili ochotę, ale może za bardzo się czepiam. Przyznać trzeba, że ludziom się podobało. Już po jakichś dwóch piosenkach gdzieś w środku tłumu, pod sceną wywiązało się "mini-pogo". Po odegraniu całego zaplanowanego materiału panowie z Tosteera, tacy, jak na mój gust trochę smutnawi, bez większego zapału stwierdzili, iż mają nadzieję, że rozgrzali nas dostatecznie po czym zeszli ze sceny. Uff... w tym momencie wisiało mi już, czy dobrze spełnili swoje zadanie, bez żadnych zbędnych wstępów byłam i tak gotowa na nową muzyczną przygodę. Przerwa pomiędzy supportem a występem gwiazdy w miarę znośna. Zresztą, spóźnienie tak czy siak było znaczne, coś około pół godziny.
Przypatrzyłam się publiczności. Po pierwsze szok, że Dekompresja wypełniła się po same brzegi, po drugie średnia wieku wręcz niesamowita: śmiało mogę powiedzieć, że na Thin Lizzy, Rolling Stonesów czy Scorpions przyszły prawie same młodzieniaszki. Czułam się trochę jak dzieciak, ale poniekąd byłam też z tego dumna. "Dziadkowie" otaczający mnie dyskutowali żywo o muzyce, wspominali "stare dobre czasy, jak to kiedyś chodziło się na koncerty i słuchało winylowych płyt", w powietrzu oprócz dymu z papierosów czuło się zapach prawdziwego rock 'n' rolla. Niektórzy z nich posiadali godne pozazdroszczenia długie, siwe włosy, kowbojki i skóry... ale to jeszcze nic. Odgłosy rozmów dochodziły zewsząd, ale już powoli zaczynało się odczuwać jakieś lekkie napięcie. Nagle zgiełk przerywać zaczęły gwizdy, piski, brawa, a chwilę później wszyscy, już w miarę równo skandowali donośnie: BUDGIE! Aż dziw bierze, jaką ci starsi ludzie mieli siłę w głosie. Grupa gości także w podeszłym wieku, stojących za mną, okazała się najwyraźniej "najbardziej imprezową ekipą koncertu" - śmiało narzucali reszcie publiczności, kiedy krzyczeć, co krzyczeć, kiedy klaskać itd. Darli się w niebogłosy, uradowani tak, że miło było popatrzeć - w końcu gwiazdy (a jakżeby inaczej) odpowiedziały na nawoływania wyjściem na scenę. Zapowiedź ich pojawienia się stanowił znany motyw muzyczny z.. bajki o Królewnie Śnieżce i 7 Krasnoludkach "hey ho hey ho..", tak... po kim jak po kim, ale po Shelley'u i chłopakach można wszakże spodziewać się jak najbardziej abstrakcyjnych pomysłów! Oprócz powyżej opisanego, nie było jakichś dodatkowych bajerów na wstępie. Po prostu wyszli i zanim zdążyłam ochłonąć z powodu faktu, że oto przede mną stoją najprawdziwsze legendy hard rocka i zarazem prekursorzy heavy metalu - zaczęli już grać.
Burke Shelley, facet niskiej postury, odziany w podarte dżinsy i jakąś tam niespecjalnie efektowną koszulę wyglądał z początku, szczerze mówiąc, dość mizernie. Uroku dodawała mu na pewno czarna grzywa puszczona na oczy i długie pióra, niestety wystąpił bez swoich charakterystycznych dla niego wielkich bryli. Jego towarzysz Craig, obsługujący sześciostrunny instrument, także od razu nie wzbudził jakoś szczególnie mojej sympatii, wydawał się nieobecny i nieźle styrany. W sumie trudno się dziwić, rockmanów czekała właśnie trzecia noc koncertowania, grania tego samego, następnie perspektywa dwóch kolejnych show po trzech dniach przerwy. Niemniej jednak po zagraniu pierwszego kawałka wątpliwości zniknęły. Ruch sceniczny lidera zdradził, że chyba jednak nie jest znudzony tym, co robi, a precyzyjniej ujmując, w jego gestach widać było ogromne zaangażowanie i pasję. Mimo swoich 61 lat na karku przypominał niesfornego dzieciaka, który rozbrykany biega tu i tam kombinując jakby tu jeszcze nabroić. Wioślarz, na co dzień udzielający się w kapeli Ronniego Jamesa Dio, właściwie robił tylko tło, co nie znaczy, że nie wymiatał muzycznie. Obydwu panów, a także perkusista, to profesjonaliści, którzy nie mogli zawieść.
Drugi kawałek, Guts wyszedł wybornie, jednak jeszcze chyba nie do końca przemówił do publiki. Burza szaleństwa rozpętała się dopiero przy I Turned To Stone. Jeszcze zanim w spokojnym intro pojawił się wokal, publiczność już zaczęła wyśpiewywać dobrze znane słowa "I was born yesterday...", zaś w refrenie wyli już wszyscy "SO I TURNED TO STOOONE!!!". Nikt jednak nie zamienił się w kamień, i całe szczęście, bo w przeciwnym razie przegapilibyśmy kolejne naprawdę warte usłyszenia cuda. Piosenka uwieńczona ostrym finałem spowodowała, że publiczność zaczęła skakać, tańcować i Bóg wie co, a morze głów wzburzyło się znacznie. Ogromne wrażenie wywarły na mnie utwory: Melt The Ice Away, In For The Kill, sztandarowe Parents, jednak moim niewątpliwym faworytem tamtego wieczoru stał się... ale o tym zaraz.
Wokal Shelleya był imponujący! Właściwie praktycznie taki, jaki znamy z płyt. Wysoki, zadziorny, mocny, z lekką charyzmatyczną chrypą. Pomimo pewnych maleńkich odstępstw od oryginału, mogę śmiało uznać, że nie wpływały one negatywnie na całokształt. Z drugiej jednak strony sama setlista była dość dziwna. Uboga w parę największych przebojów, zabrakło Ain't No Mountain, Homicidal Suicidal, Young Is The Word. Całkiem przyzwoicie wypadły za to kawałki z najnowszego (2006) albumu You're All Living In Cuckooland, mianowicie: Dead Man Don't Talk, Justice i Falling. Od strony technicznej, patrząc okiem laika, coś mi nie grało. Albo nagłośnienie było kiepskie (za cichy wokal w stosunku do gitary) albo stałam w niewłaściwym miejscu (co notabene nie powinno mieć znaczenia na dobrym koncercie). Poza tym licho rozbudowana oprawa całości, skromne światła i trochę dymu nie zdołały ukryć pewnej pustki na scenie spowodowanej obecnością tylko trzech gości, a właściwie wydawać by się mogło momentami - dwóch, bo perkusista prawie nie był widoczny i dość rzadko można było go ujrzeć w mocniejszym świetle. Szkoda, bo typ naprawdę dawał czadu, poza tym mógł pochwalić się ładnym sprzętem. Oczywiście Burke nadrabiał swoją scenicznością za wszystkich, kontaktował się ze swymi wielbicielami podczas występu. Craig jednak z biegiem koncertu nadal stał jak zaczarowany i na jego twarzy tylko od czasu do czasu pojawił się lekki znużony uśmiech. Ale może to i dobrze dla Shelleya, bo dzięki temu oczy widzów skupione były głownie na nim.
Zaraz po I Turned To Stone kawałkiem, który wywołał największe emocje, był Napoleon Bona Part 1 & 2. Po niedługim przemówieniu Shelley wywiesił na sprzęcie polską flagę i zaczęło się... spokojna część pierwsza zabrzmiała tysiąc razy lepiej niż z płyty, nie mówiąc już o drugiej, przy której wszyscy, zarówno publiczność jak i wokalista wpadli w istny rock 'n' rollowy szał. Według mnie był to chyba najlepszy moment całej tej imprezy, nie dość, że mój ulubiony utwór, to jeszcze pierwszorzędnie wykonany. I po tym, jak pomyśleli być może niektórzy, miał nastąpić koniec. Ale ale... co to byłby za koncert, gdyby papużka nie wyćwierkała swego Breadfana. Tak więc po króciutkiej przerwie, kiedy to muzycy niby już zeszli ze sceny, ale oczywiście przywołani gromkimi oklaskami i wrzaskami, powrócili, poleciał ów największy szlagier, na który z pewnością czekali wszyscy bez wyjątku. Usłyszenie go bez wątpienia było gwoździem programu, chociaż nic moim zdaniem nie dorównało atmosferze Napoleona. Ciekawym pomysłem było wrzucenie w sam środek utworu również dość przebojowego Whiskey River, po czym ponowne przejście do Breadfana. Po takim odjeździe chyba już wszyscy byli całkowicie nasyceni, a w szczególności ci dziadkowie, którzy szaleli tam najbardziej, będą pewnie tygodniami leczyć siniaki i zdarte gardła...
Lista zagranych utworów:
1. Panzer Division Destroyed
2. Guts
3. Dead Man Don't Talk
4. Melt The Ice Away
5. Justice
6. Turn To Stone
7. Falling
8. Parents
9. In For The Kill / Crash Course In Brain Surgery / Hot As A Doker's Armplit / In For The Kill
10. Nude Disintegrating Parachutist Woman / Zoom Club
11. Napoleon Bona - Part One & Napoleon Bona - Part Two
12. Bis: Breadfan / Whiskey River / Breadfan
Oficjalna srona zespołu: www.budgie.uk.com
AC
26.11.2008
|