|
Skład: Tommy Paris - śpiew, gitara, instrumenty klawiszowe; Michael Kelly Smith - gitara, mandolina, instrumenty perkusyjne, chórki; Billy Childs - gitara basowa, gitara, chórki; Johnny Dee - perkusja
Produkcja: Tommy Paris i Michael Kelly Smith
W 2001 roku Britny Fox powrócili w składzie znanym z płyty Bite Down Hard, którą bardzo sobie cenię i uważam, że jest to najlepszy krążek w dyskografii zespołu. Dwa lata po reaktywacji pojawił się pierwszy od 12 lat album Spinghead Motorshack i mimo że jest już na rynku od 6 lat, zetknąłem się z tym wydawnictwem niedawno. W zasadzie bez żadnych specjalnych oczekiwań i na luzie przystąpiłem do odsłuchu tego krążka. Pierwsze 3 albumy formacji to, można powiedzieć, klasyka sleaze rocka. Każdy z nich wnosi coś do tego gatunku, przy czym na trzecim zespół pokazał prawdziwy pazur. Springhead Motorshark na tle tych krążków wyróżnia się nowoczesną produkcją i potężniejszym brzmieniem. Wprowadzono także trochę nowych elementów odbiegając nieco od formuły sleaze rockowej.
Na początek mocny hard rock w postaci Pain. Jest to krótki kawałek, który wydaje się być swoistym miksem starego z nowym. Z tym że, o ile np. Pretty Boy Floyd na swoim come backowym albumie zawarli raczej ugodowego rocka, o tyle u Britny Fox nie ma zmiłuj się. Dlatego ci, którzy zachwycają się jakimiś White Stripes, mogą powiedzieć, że to zbyt metalowe. No, ale co tam. To właśnie siła tej płyty. Freakshow jest jeszcze lepszy. Wolny i faktycznie metalowy, ale z drugiej strony refren szybko zapada w pamięć. Zespół daje do zrozumienia, że wykorzystał dawno patenty, tylko odrobinę je przerobił. Brzmienie potężne i doskonale przemyślane proporcje basu i gitary. I o to właśnie chodzi w hard rocku. Motoryka zachowana i niech tutaj żadne Kaiser Chiefy i inne Franze Ferdinandy ze swoim popem nie wyskakują udając rock and rollowców. Rock and roll to właśnie, to co prezentuje Britny Fox. T.L.U.C. (For You) również mnie nie rozczarowuje. Utwór co prawda nie jest tak ciężki jak poprzednik, ale nie brak w nim rockowego nerwa. Wokale są raczej stonowane i brak tej zadziorności w głosie Parisa. Muszę jednak dodać, że ta uwaga tyczy się całej płyty. Poza drobnymi przebłyskami dawnej świetności nie nadwyręża raczej głosu. Taki mały minusik na tle wcześniejszych dokonań zespołu. L.A. to spokojniejszy fragment płyty. Można to od biedy nazwać balladą, bo zwrotki są spokojne, w refrenie zespół wchodzi ostrzej, lecz nie przyspiesza. Po prostu power ballada i dobrze, że chłopaki postanowili coś takiego tu zamieścić. Czas na utwór tytułowy. Kawałek brzmi jakby przez całą długość trwania się rozkręcał. Skrzyżowanie Mercyful
Fate z Megadeth. I te dwa zespoły słyszę tutaj aż nadto wyraźnie. To numer instrumentalny i mimo że na ogół za instrumentalami nie przepadam, kupuję to. Nie jest długi, a ma swój niesamowity klimat. Is It Real? mógłby być hitem, gdyby jakiś dobry człowiek zdecydował się go zaprezentować w radio. W końcu To Be With You Mr. Big też jakoś wylansowano, a to właśnie kawałek w tych klimatach. No dobra, nie aż taki przesłodzony, ale też akustyczny i raczej wesoły. Trochę hipisowskiego rocka nie zaszkodzi, zwłaszcza że wchodzi po pierwszym przesłuchaniu i nie robi się później skip słuchając go, bo to w sumie fajna rzecz. Coup D'etat odbieram jako intro do Far Enough. Nie rozumiem, dlaczego nie złączono tych kawałków, zwłaszcza że to intro trwa ledwie pół minuty. A Far Enough to killerskie nagranie i być może najlepsze na całym albumie, chociaż ciężko to jednoznacznie stwierdzić. Wokalne nakładki dają z lekka psychodeliczny efekt, ale nie jest to jakieś marudzenie. Po prostu Paris zamiast bawić się w Bona Scotta, bawi się w Donniego Vie z Enuff Z'nuff. Muzycznie momentami mam wrażenie, że gra Ratt. Przypomina mi się kawałek Between The Eyes, chociaż o jakiejś zrzynce nie ma mowy. Po prostu świetny kawał hard rocka. Lonely Ones to ballada. Nie jest taka zła, aczkolwiek niezbyt pasuje mi do Britny Fox. Do Great White by pasowała. Może marudzę, bo posłuchać tego można, mimo wszystko więcej ognia by się przydało, zwłaszcza że to już trzeci spokojniejszy numer na płycie. Wstęp do Memorial brzmi jak żywcem wyjęty z Pull Wingera. Nie powiem, że mnie to martwi, wręcz przeciwnie, następuje tylko obawa, jak panowie poradzą sobie dalej. Na szczęście kawałek oparty jest w dużej mierze na tym wspaniałym wingerowskim motywie i tym samym nie rozczarowuje. Lubię takie eteryczne hard rockowe granie, przesiąknięte klimatem amerykańskiego południa. Opus Magnum albumu miał być chyba w założeniu członków zespołu utwór Sri Lanka. W końcu jak się nagrywa scieżkę trwającą 9 minut, to trzeba zadbać, by była ona wielowątkowa i tym samym interesująca. Kashmiropodobny riff to fajny pomysł na monumentalnego kloca, niemniej jednak dziwne eksperymentalne odgłosy w dalszej części kawałka sugerują jakieś inspiracje King Crimson. Leniwe wokalizy mają sprawić, że poczujemy się egzotycznie. Trochę to nuży, ale brawo dla chłopaków za odwagę. Nie każdy hard rockowy zespół stać na coś takiego.
Springhead Motorshark trwa niecałe 3 kwadrasne i wydaje mi się to dobrym czasem dla rockowego albumu. Z całą pewnością nie będziemy czuli się znudzeni, zwłaszcza że materiał jest w miarę urozmaicony. Trudno mi oceniać ten album w stosunku do pierwszych trzech krążków, bo lata zrobiły swoje i zespół dojrzał na tyle, że nie powiela pomysłów sprzed lat. Można oczywiście znaleźć jakieś patenty zastosowane wcześniej (np. na Bite Down Hard), ale grupa trochę poszerzyła horyzonty i wyszło im to na dobre. Springhead Motorshark to płyta bardzo dobra i powrót Britny Fox należy uznać za udany. Szkoda, że od 6 lat nie nagrali nic nowego. Przespali kilika dobrych sezonów, mogą być jednak dumni, bo udowodnili po latach, że dają radę.
Oficjalna strona zespołu: www.britnyfox.com
Oficjalna strona na MySpace: www.myspace.com/britnyfoxband
LSDisease sierpień 2009
|