Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

BRITNY FOX - Britny Fox [1988]
Wydawca: Columbia / CBS / Sony / American Beat

  1. Girlschool
  2. Long Way To Love
  3. Kick'N'Fight
  4. Save The Weak
  5. Fun In Texas
  6. Rock Revolution
  7. Don't Hide
  8. Gudbuy T'Jane
  9. In America
  10. Hold On
  11. Long Way To Love (single version) [bonus w reedycji]
  12. Livin' On The Edge (B-side) [bonus w reedycji]
Britny Fox

Skład: "Dizzy" Dean Davidson - śpiew, gitara rytmiczna; Michael Kelly Smith - gitara prowadząca, chórki; Billy Childs - gitara basowa, chórki; Johnny Dee - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki
Gościnnie: David Gibbins - syntezatory

Produkcja: John Jansen

W 1985 r. dwójka muzyków z Filadelfii, perkusista Tony Destra i gitarzysta Michael Shermick (znany też jako Michael Kelly Smith) wraz w wokalistą Dizzym Deanem Davidsonem uformowali grupę Britny Fox (nazwa bandu ponoć miała pochodzić od jednego z przodków Dizzy'ego). Destra zagrał na demówce In America, wypuszczonej rok później, niestety wydania debiutanckiego krążka kapeli już nie dożył - w 1987 r. zginął w wypadku samochodowym. Muzykom chwali się fakt, że swój debiut postanowili zadedykować zmarłemu koledze, a przy okazji nagrali nadzwyczaj udane wydawnictwo.

Styl gry Britny Fox na pierwszej płycie można łatwo porównać do mieszanki AC/DC i Cinderelli, ten sam sposób śpiewania falsetem i riffy znacznie podobne do tej ostatniej grupy. Nieprzypadkowo. Zarówno Destra jak i Smith grali wcześniej właśnie w Cinderelli, Michael był współkompozytorem dwóch singli owej formacji, jakie znalazły się na pierwszym albumie Kopciuszka (Shake Me i Nobody's Fool), z kolei Tony nagrał z nią utwory Shake Me i Somebody Save Me. Glamowo-sleazowy krążek Britny Fox okazał się jednym z najlepszych debiutów roku 1988, sprzedał się w ponad milionowym nakładzie, a na trasę koncertową go promującą stawiło się ponad 625 tysięcy fanów. Dzięki wyborowi czytelników magazynu Metal Edge grupa została też okrzyknięta w roku wydania albumu "najlepszym Nowym Zespołem". O dziwo, trzy single z płyty, do których nakręcono teledyski wprawdzie dotarły do list przebojów, ale uplasowały się na bardzo odległych pozycjach. Jednym z wideoklipów był prowokacyjny obraz ilustrujący nagranie Girlschool (81 pozycja na listach przebojów w Stanach). Co w nim takiego prowokacyjnego? Patrząc na to z perspektywy dnia dzisiejszego, to chyba nic, wtedy jednak poskutkowało i na zespół zwrócono uwagę, a przecież o to chodzi. Numer rozpoczyna się od bardzo prostego, ale za to jakże chwytliwego riffu, by potem przejść do grania w manierze AC/DC, z tym że u Britny całość wypada jakby nieco weselej. Teledysk przedstawia klasę złożoną z samych młodych dziewcząt, zafascynowanych występem grupy. Koniec końców kapituluje pod urokiem osobistym muzyków czy też z powodu udanego występu i sama nauczycielka starej daty, która na początku klipu niecnie przecięła kabel od słuchawek niesfornej uczennicy. Kompletna zmiana klimatu w kolejnym nagraniu Long Way To Love, również promowanego mało wymyślnym wideoklipem (pozycja nr 100 na listach w USA), gdzie jakiś kloszard po prostu włącza TV i ogląda sobie występ grupy. Zespół gra tu jeszcze bardziej melodyjnie, tym razem nawiązując nieco do tego, co prezentowała w latach '80 legendarna formacja KISS. Dizzy porzucił tu niemal całkowicie swój falset, a chórki brzmią bardzo "kissowo". Muszę przyznać, że sam kawałek po prostu uwielbiam i uważam go za spory przebój. Poprzednikom w zasadzie nie ustępuje rozpoczynający się od potężnego hard rockowego riffu Kick'N'Fight. Powracają tu falsetowe aranżacje lini wokalnych znane z pierwszego kawałka, chociaż sam utwór jest nieco wolniejszy. Zaprawdę powiadam Wam, płytę warto kupić choćby dla tych trzech piosenek, co nie oznacza, że reszta jest gorsza. Save The Weak było trzecim singlem z albumu, ale nie miało już takiego szczęścia do list przebojów. Nagranie niestety przypomina całą masę podobnych kompozycji lansowanych w owym czasie, co czyni je po prostu mało oryginalnym. Nie jest wprawdzie oparte na gitarach akustycznych, ale z racji swego tempa można je potraktować jak balladę. W tej roli się sprawdza, przynajmniej muzycznie. Chłopaki poszli na całość i nie śpiewają o miłości do kobiet, a o miłości do dzieci, stąd pewnie słabe zainteresowanie tym kawałkiem. Następne w secie Fun In Texas w naturalny sposób może kojarzyć się z podobnym tytułem z repertuaru W.A.S.P., ale jest tu też i coś z Cinderelli i Keela. Ścieżka mniej porywająca, chociaż łatwo strawna i uszu nie pokaleczy, mimo to traktowana przeze mnie trochę jak wypełniacz. Lepiej grupa spisuje się w bardziej rock'n'rollowym Rock Revolution, stylistycznie nawiązującym do patentów z utworu pierwszego i trzeciego. Podobne pomysły miewał też i Axel Rudi Pell, ale dopiero kilka lat później, nie wiem, czy akurat wzorował się wtedy na twórczości Britny Fox, ale to niewykluczone. Raz jeszcze zespół nawiązuje do KISS w piosence Don't Hide, aczkolwiek wplata też elementy ze stylistyki innych kapel owego okresu. Sprawia to, że numer oryginalnością nie grzeszy, wciąż jest jednak pozycją łatwo strawną i godną uwagi. Trzeba przyznać, że sprytnie chłopakom udało się zaadoptować utwór z repertuaru Slade do potrzeb swego krążka. Cover Gudbuy T'Jane brzmi bardzo amerykańsko i przede wszystkim ciężko poznać, że nie jest to autorska kompozycja grupy. Kawałek musiał wspaniale wypadać na koncertach, teoretycznie mógłby i teraz, choć nie wiem, czy klimat szalonych lat '80 da się jeszcze uchwycić. In America to, jak zgaduję, jedno z najwcześniejszych nagrań kapeli i zapewne pochodzi jeszcze z czasów, gdy bębnił w niej Destra. Pod względem muzycznym nie ma tu jakiejś rewelacji, ścieżka jest prosta jak co niektórzy prezydenci USA, więc i na kolana nie powala. Z drugiej strony to taki numer party rockowy i po kilku drinkach z pewnością zyska akceptację słuchaczy-imprezowiczów. Ostatnie na płycie Hold On eksploatuje przede wszystkim dobre brzmienie gitar i przy tej okazji w ogóle powinienem wspomnieć, że cała płyta posiada bardzo dobrą produkcję. Nawet słuchając jej z kompaktu możemy poczuć, że lata '80 wciąż mogą unosić się w powietrzu. Przed zakupem wydania analogowego wstrzymuje mnie chyba tylko brak adaptera, ale jeśli ktoś taki sprzęt posiada, niech rozważy zakup czarnego krążka. Na reedycji z American Beat znajdziemy jeszcze dwa utwory bonusowe, z czego pierwszy to singolwa wersja Long Way To Love, jakoś szczególnei nie różniąca się od płytowej, za to kawałek Livin' On The Edge potrafi powalić na kolana i jest lepszy od niejednego numeru z regularnego krążka. Riff napędowy niby prosty, a jakże sugestywny i od razu stawiający na nogi. Niesamowity pokład energii.

Na różnych forach internetowych rozpętała się nieformalna wojna pomiędzy fanami Cinderelli i Britny Fox o to, która kapela była lepsza. Cóż, dziecinada i tyle, jak dla mnie to obie grupy były naprawdę dobre, a podobieństwa w stylu gry byłbyy i tak nieuniknione z względu na grającego i tu i tam Michaela Kelly'ego Smitha. Gdybym miał porównywać do siebie tylko i wyłącznie debiuty Kopiuszka i Britny, to korzystniej wypada jednak Britny, bo ten zespół nagrał więcej podobających mi się utworów, no ale to Cinderella była z kolei pierwsza. Proponuję posłuchać obu debiutanckich krążków, oba bronią się po latach.

Oficjalna strona zespołu: www.britnyfox.com
Oficjalna strona na MySpace: www.myspace.com/britnyfoxband

Guitarrizer
sierpień 2009