Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

BRITNY FOX - Boys In Heat [1989]
Wydawca: Columbia / CBS / Sony / Phantom Sound & Vision / Frontiers Records

  1. In Motion
  2. Standing In The Shadows
  3. Hair Of The Dog
  4. Livin' On A Dream
  5. She's So Lonely
  6. Dream On
  7. Long Way From Home
  8. Plenty Of Love
  9. Stevie
  10. Shine On
  11. Angel In My Heart
  12. Left Me Stray
  13. Longroad
  14. Girlschool [bonus w reedycji]
  15. Long Way To Love [bonus w reedycji]
  16. Livin On The Edge [bonus w reedycji]
Boys In Heat

Skład: "Dizzy" Dean Davidson - śpiew, gitara rytmiczna, chórki; Michael Kelly Smith - gitara prowadząca, chórki; Billy Childs - gitara basowa. chórki; Johnny Dee - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki

Produkcja: Neil Kernon

W rok po debiucie Britny Fox atakuje swoją drugą płytą, Boys In Heat. Często w różnych recenzjach i na forach poświęconych hair metalowi można spotkać opinie, jakoby ten krążek był słabszy od pierwszego albumu, jakoby miał więcej wypełniaczy itp. Nie sugerujcie się takimi głupotami, ci, którzy prezentują takie opinie, są po prostu potłuczeni ;). Wydawnictwo nie ustępuje "jedynce", zawiera same dobre kawałki, z których kilka jest nadzwyczaj udanych i taka jest prawda. Amen ;).

Od początku albumu słychać, że chłopaki, choć wyglądają jak panienki, wciąż mają jaja. Otwierający płytę kawałek In Motion jakoś dziwnie kojarzy mi się z Blind In Texas ekipy W.A.S.P., zwłaszcza w refrenach, zwrotki z kolei to taka Cinderella na dopalaczach. Szybki, dynamiczny rock'n'roll, potrafiący rozbujać chyba każdego na rockowym party. Davidson strun głosowych nie oszczędza, pozostali muzycy też grają z werwą, energia bijąca z tego kawałka napawa optymizmem. Promowane teledyskiem Standing In The Shadows to też strzał między oczy. Wszechobecna przebojowość, zadziorność umiejętnie połączona z melodyką, kompletnie nie ma tu niczego, do czego można by się przyczepić. Najbardziej podobają mi się partie perkusji i wokal Dizzy'ego. Jest w tym coś z pierwszej płyty Wildside, w sumie podobny typ grania, choć u Britny Fox cały klimat jest jakby weselszy. Nieźle wypada Hair Of The Dog, cover znanego numeru z repertuaru Nazareth. Wprawdzie wolę w tym przypadku oryginał, ale doceniam zaangażowanie grupy, która tę chwytliwą ścieżkę umiejętnie zaaranżowała tak, by pasowała brzmieniowo do reszty nagrań na krążku. Wersja Nazareth była bardziej żywiołowa, tutaj wypada trochę mało autentycznie. Silny punkt krążka to też Livin' On A Dream, gdyby dodać tu jakieś instrumenty dęte, to pewnie nie powstydziłoby się tego Aerosmith. Bezbłędna solówka, sam kawałek bardzo przebojowy i wokalista nadal w wysokiej formie (ciekawe, czy do dnia dzisiejszego stracił już głos?). Zespół potrafi zaskoczyć w She's So Lonely, przyznać się, któż nie spodziewałby się w tym miejscu ballady? A właśnie ballady tu nie ma, jest za to szybki rocker, przypominający mi nieco po jednym utworze z dwóch pierwszych płyt Warranta. Kowbojską pościelówę mamy natomiast w kolejnym Dream On. Miła dla ucha, z góry wiadomo, że nie może to być nic nadzwyczajnego, bo takich piosenek country w Stanach wyprodukowano tysiące. Może po prostu Britny chiało pokazać, że też potrafi komponować w takim stylu... Long Way From Home kojarzy mi się trochę z tymi rockowymi kawałkami Bryana Adamsa, chociaż tutaj znów zespół gra w sposób bardziej wesoły. Dobry numer na jakąś prywatkę, na grillowanie w przydomowym ogrodzie, nawet do jazdy samochodem, czyli w sumie dość uniwersalny. Jednym z moich faworytów na wydawnictwie jest kompozycja Plenty Of Love, która mogłaby się znaleźć na debiucie, a nie powstydziłaby się tego i Cinderella czy XYZ. Marszowe tempo, potężnie brzmiące gitary, wszystko wciąż na bazie rock'n'rolla, a udana gitarowa solóweczka jest tu jak jakaś szlachetna przyprawa. Po raz kolejny podziwiam możliwości gardła wokalisty. Co by było, gdyby spotkały się ze sobą takie kapele jak AC/DC, The Cult i ZZ Top? Pewnie wyszedłby z tego Stevie. Numer posiada cechy stylu gry wspomnianych zespołów, wiadomo, że to nic oryginalnego nawet w roku wydania albumu, ale sposób, w jaki to podano, jest zadowalający. Jeśli ktoś lubi takie granie, z pewnością spodoba mu się ten kawałek. Amerykańsko brzmi Shine On, gdzie zrezygnowano niemal całkowicie z falsetowych wokaliz (pojawiają się tylko w refrenach) i główne linie wokalne opierają się na czystej barwie głosu, sporą rolę grają natomiast chórki. Dobry, party rockowy numer, który mógłby przyćmić np. takie Poison. Rock'n'rolla nigdy dość, najwidoczniej do takiego samego wniosku doszła i grupa, mamy więc w zestawie jeszcze jedno nagranie utrzymane w takiej stylistyce. Trzeba przyznać, że Angel In My Heart ze względu na zastosowanie osłuchanych już patentów, nie robi takiego wrażenia jak kompozycje wcześniejsze. Formalnie wszak nie można mu niczego zarzucić, bo jest to utwór bardzo składny i gdyby nie było na płycie ścieżek znacznie lepszych, również i on mógłby uchodzić za hit. Left Me Stray powinien zadowolić zagorzałych fanów AC/DC, gdyż inspiracje do jego powstania są tu aż nadto słyszalne. To taki hołd złożony znanym Australijczykom, którzy, jak by nie było, wywarli ogromny wpływ na sporą część hard rockowych formacji amerykańskich i nie tylko. Na zakończenie krążka Britny Fox zaserwowało jeszcze jedną kowbojską balladę. W zasadzie jedna taka na albumie by w zupełności wystarczyła, tym bardziej że obie pościelówki aż tak dużo się od siebie nie różnią. Może zamieszczono ją na zasadzie zapasowego koła u wozu? Reedycja albumu zawiera ponadto trzy utwory bonusowe, z czego dwa to singlowe wersje przebojów grupy zaczerpnięte z debiutanckiego albumu. Trzeci numer dodatkowy to Livin On The Edge, jeden z najlepszych moim zdaniem kawałków tego zespołu, który znalazł się też na reedycji debiutu wydanej przez wytwórnię American Beat.

Kto wie, czy płyta nie osiągnęłaby takiej samej popularności jak jej poprzedniczka, gdyby nie fakt, że nie promowano jej taką ilością wideoklipów jak wcześniej. Stylistycznie obie pozycje są do siebie bardzo zbliżone (nawet brzmieniowo, mimo wymiany producenta) i jeśli komuś podobała się "jedynka", to Boys In Heat może zakupić w ciemno. Po wydaniu krążka z grupą pożegnał się wokalista Dizzy, który wkrótce potem powołal do życia formację Blackeyed Susan i Britny Fox kontynuowało swą karierę z nowym gardłowym na pokładzie.

Oficjalna strona zespołu: www.britnyfox.com
Oficjalna strona na MySpace: www.myspace.com/britnyfoxband

Guitarrizer
sierpień 2009