|
Skład: London LeGrand - śpiew; Tracii Guns - gitary; Nikki Sixx- gitara basowa; Scott Coogan - perkusja
Produkcja: Steve Bruno
O tym albumie było głośno na długo przed jego premierą, a to za sprawą tworzących zespół Nikkiego Sixxa i Traciego Gunsa. Do współpracy zaprosili nieznanego wokalistę, który do tej pory zajmował się fryzjerstwem, Londona LeGrand oraz Krisa Kohla z Ademy, którego w późniejszej fazie zastąpił Scott Cogan, znany muzyk sesyjny. W międzyczasie członkiem BOD był także John Corabi, ale zrezygnował z powodów osobistych. Zawartość tej płyty to 9 nagrań demo, powstałych około roku przed jej oficjalną premierą. Przez dość długi czas można było je usłyszeć czy też "ściągnąć" z ich oficjalnej strony internetowej, co zdecydowanie miało duży wpływ na sprzedaż debiutanckiego LP.
Sztandarowym numerem na Here Come The Brides jest napewno Shut The Fuck Up, którego post-punkowe, surowe brzmienie wciska słuchacza w fotel. To jest naprawdę mocny kawałek muzyki, która raczej ma na celu pozyskanie nowych słuchaczy, niż ukłon w stronę starych fanów Motley Crue czy L.A. Guns. Podobnie rzecz się ma z utworem I Don't Care, choć tu już nawiązania do wcześniejszych dokonań muzyków, a także pewne podobieństwa do Guns N' Roses są dość wyczuwalne. Bardzo dobrze brzmią numery Brace Yourself oraz 2 Times Dead. Jest w nich dobra melodia i są świetnie zagrane, a debiutujący London pokazuje, że ma charakter i odpowiednią siłę głosu, by stać się naprawdę znaczącą postacią sceny rockowej. Nieco inny jest natomiast utwór Natural Born Killers, pierwszy jaki wspólnie nagrali. Cechuje się współczesnym, modnym brzmieniem i dlatego nie pasuje mi do koncepcji BOD. I Got A Gun to wspólne dzieło panów Sixx / Corabi, jest w nim coś intrygującego, energetyczny numer z delikatną, ładną solówką w środku. Kolejnym mocnym punktem albumu jest utwór Revolution, momentami zdaje się że chłopcy poszli na żywioł, ale to zamierzone działanie, tu nachodzące się głosy Londona i Corabiego współtworzą ciekawy refren. Płytę kończy ballada Only Get So Far, którą Sixx pierwotnie napisał dla Faith Hill, ale później zdecydował się zatrzymać ją dla siebie. To przyjemne kilka minut muzyki, bardzo dobrze zagrane i zaśpiewane.
Album jest krótki, zdecydowanie brakuje kilku - kilkunastu minut muzyki, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, iż wszystkie nagrania były znane poprzez internet. I jak wspomniałem, Brides Of Destruction próbuje swoją muzyką pozyskać nowych fanów. To zdecydowanie ostra, bezkompromisowa, współczesna odmiana rock'n'rolla. Jeżeli jak twierdzi Sixx, ten zespół ma przed sobą przyszłość, a debiut ma być tym, czym dla Motley Crue było Too Fast For Love, to z niecierpliwością czekam na kontynuację, przymrużając oko na jego niedociągnięcia. Jeżeli jednak "HCTB" to wszystko, na co było stać The Brides, to będzie to spore rozczarowanie, bo album ten nie jest wybitny i nie odbije swojego piętna w historii rocka.
Oficjalna strona zespołu: www.bridesofdestruction.com
Cruehead czerwiec 2004
|