|
Skład: Brian Robertson - gitara, śpiew, instrumenty klawiszowe; Leif Sundin - śpiew; Nalle Påhlsson - gitara basowa, chórki; Ian Haugland - perkusja i instrumenty perkusyjne; Liny Wood - chórki; Rickard Jakobson - instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Chris Antblad - pianino w [5]; Rob Lamothe - śpiew w [13]; Ola Gustafsson - dobro w [12]; Ellinor Alm - chórki w [13]; Håkan Persson - perkusja w [13]
Produkcja: Chris Laney, Brian Robertson i Søren Lindberg
Tego to się chyba nikt nie spodziewał. Mało kto chyba wyobrażał sobie powrót Briana Robertsona, niegdysiejszego gitarzysty Thin Lizzy, Wild Horses i wreszcie Motorhead, na rockową scenę. Tym bardziej, że oprócz etykietki znakomitego wioślarza przylgnęło do niego miano hulaki, kobieciarza, narkomana i pijaka. Między innymi z tych powodów wyleciał on z hukiem z ekipy Lemmy'ego Kilmistera, gdzie jak wiadomo nikt za kołnierz nie wylewał. Pomijając już maniakalny upór w ciągłym graniu słynnego Another Perfect Day, musiał zatem nieźle nawywijać, skoro szef Motorów zdecydował o usunięciu go z zespołu.
Robertson, który swoje największe sukcesy święcił właśnie z Thin Lizzy i Motorhead, zniknął ze sceny muzycznej w roku 1983. Grywał jeszcze potem to tu to tam, ale nigdy już nie zdołał się wybić, a jego solowy projekt Wild Horses nie wywołał niczyjego zainteresowania. Na długie lata słuch o tym wioślarzu zaginął. Strzępki plotek gminnych głosiły, że widziano go tu i ówdzie zalanego w trupa, tak więc nikt raczej nie miał wątpliwości, że nigdy już nie zdoła się podnieść i wrócić. Pewnym zaskoczeniem mógł być jego udział w zreformowanym projekcie Lizzy, ale to nie zmieniało faktu, że Brian będzie tylko wspomnieniem samego siebie i dawnych lat świetności. Wielu tak myślało, w tym także i ja. Tymczasem po trzydziestu sześciu latach (chyba dobrze policzyłem - jeśli nie, to poprawcie mnie) od czasu pierwszego pojawienia się w składzie Thin Lizzy, Brian Robertson nagrał swój pierwszy solowy album, zatytułowany Diamonds And Dirt. No cóż, nie ukrywam, że jest to dla mnie wielkie zaskoczenie, a samo wydawnictwo bardzo mi się podoba. Recenzowany dziś przeze mnie krążek to znakomita dawka klasycznego hard rocka. Powstał we współpracy i wydajnej pomocy kolegów, którzy dołożyli starań, by wszystko zabrzmiało jak należy. A więc udział wzięli: znany z występów w Europe bębniarz Ian Haugland, basista Nalle Pahlsson (kolejna niespodzianka, bo ten bassman udziela się w kombinującym na wszystkie strony Therionie oraz w hard rockowym Treat) oraz wokalista Michael Schenker Group pan Leif Sundin. Trzeba przyznać, że skład jest przemocarny. Stwierdziłem zatem, że nie ma na co czekać, tylko trzeba się z tym dziełem jak najprędzej zapoznać. Jak już wspomniałem wyżej, ten LP zawiera naprawdę znakomitą dawkę hard rocka, okraszonego sporą dawką bluesowego feelingu. Ja wiem, jak to zabrzmi, ale postawiłbym ten CD obok dawnych dokonań Bad Company, Whitesnake, Erica Claptona, Deep Purple, The Cream, Rainbow, Bad English, tego bardziej melodyjnego Thin Lizzy i tej całej masy rockowych zespołów z lat '80 ubiegłego wieku. Ja nie wiem, ile razy słuchałem tej płyty, ale od jakiegoś czasu nie umiem się od niej oderwać. Po pierwszym odsłuchu nie pozostawiła po sobie zbyt dobrego wrażenia, po drugim też nie. Potem chwyciło i śmiem mniemać, że dzieło Robertsona i kolegów może być sporym zagrożeniem dla tegorocznego Voodoo Circle. Wspaniała, może nawet sentymentalna podróż do lat ubiegłych. Jedno mi się podoba - ani na moment nie jest łzawo i "słitaśnie". Jest po prostu świetnie grający zespół, który przygotował bardzo dobrą płytę. Trochę szkoda, że wioślarz firmuje ją własnym nazwiskiem, wolałbym jakąś fajną nazwę i zespół, a nie pierwszą solową płytę zapomnianego gitarzysty. Ot choćby takie "Brian Robertson Band"... Myślę jednak, że spece od marketingu wiedzą lepiej, jak to ma się nazywać, by się dobrze sprzedało, więc nie będę już marudzić. Zamiast tego warto skupić się na zawartości płyty. A ta jest co najmniej dobra. Rozpoczyna się ona tytułowym Diamonds And Dirt. I już od razu wiadomo, z czym będziemy mieć do czynienia. Melodie z lat osiemdziesiątych, których po prostu się nie zapomina. Wspaniała retrospekcja przeszłości, bardzo dobry, energetyczny, nośny i gitarowy kawałek. No i ten jakże ładny refren z żeńskim chórkiem w tle. Takich utworów kiedyś było pełno, a dziś za sprawą między innymi takich krążków mamy okazję znów się nimi cieszyć. No i ta wspaniała solówka, która w dobitny sposób udowadnia, że nasz bohater nie zapomniał, jak się gra na gitarze. No i co najfajniejsze - nikt tu się nie pcha przed szereg. Każdy robi swoje. Kto chce, może znaleźć tu co nieco z AOR-u. Passion to kolejna autorska kompozycja Robertsona. Mniej rocka, więcej bluesa. Co nie oznacza wcale, że jest gorzej. Wręcz przeciwnie, ten refren naprawdę może się podobać. It's Only Money to jak się wszyscy zapewne domyślili cover Thin Lizzy. Znajdujący się na LP Nightlife, wydanym w roku 1974 utwór wypadł conajmniej dobrze i moim zdaniem nie ma się do czego przyczepić. A tak serio - czy ktoś się spodziewał, że Brian nie zechce sięgnąć po to, co było? Na tego typu płytach zwykle tak bywa, kwestia tylko w tym jak to wypada w ponownym wykonaniu. Tu nie ma się czego wstydzić. Odświeżonej wersji słucha się naprawdę dobrze. Mail Box to też cover, tym razem być może znanego niektórym słuchaczom pana Frankiego Millera. Coverów owego jegomościa są jeszcze dwa, a więc odpowiednio dodamy jeszcze Do It Till We Drop oraz Ain't Got No Money. Wszystkie zostały przygotowane z pieczołowitą starannością. Ponieważ nie znam dokonań Millera, zadałem sobie trud i sprawdziłem to. Zespół naprawdę się postarał i wymienione nowe wersje tychże wstydu im nie przynoszą. Running Back, który znajduje się tu w dwóch wersjach, to oczywiście znów nowe wykonanie utworu Thin Lizzy. Oryginalna wersja znajduje się na LP Jailbreak wydanym w roku 1976. Obydwie wersje posiadają niezbędną dawkę blues-rocka, a słucha się tego doskonale. No może, z powodu moich osobistych upodobań, ta wolniejsza wersja bardziej mi się podoba. Kolejną autorskim utworem Briana jest Texas Wind. Powiem jedno - świetna rzecz, kapitalny numer, którego nie powstydziłby się sam Wielki Chris Rea. Tu nawet jest co nieco z jego stylu, posłuchajcie tych żeńskich chórków. Czy na płytach tego zachrypniętego wokalisty i gitarzysty nie brzmią one bardzo podobnie? No i kapitalne zwolnienie, które Chris tak bardzo lubi stosować w swoich utworach. Po raz kolejny kto chce, znajdzie tu co nieco z AOR-u. No i ta ognista solówka. Bardzo lubię takie nieco bardziej zamyślone kawałki jak Devil In My Soul. Fajny, elektryczny blues z akustycznymi wtrąceniami "slide" jakby spod palców Claptona. Prawdziwe, bluesowe mięcho dostajemy w Blues Boy. To jest nigdy nie publikowany kawałek, w którego utworzeniu maczał swoje utalentowane paluchy sam Phil Lynott. Obaj panowie napisali go do spółki, zapewne miał trafić na któryś z krążków Thin Lizzy. Światło dzienne ujrzał dopiero teraz. Jak na taki skład przystało, zabrzmiał on bardzo rasowo i jest bardzo mocnym punktem tego wydawnictwa. That's All to więcej hard rocka. Napisany przez Robertsona numer wspaniale pasuje do tego wydawnictwa. Pachnący na kilometr takim Bad Company (ale tego już bez Rodgersa) doskonale uzupełnia ten album. Zastanawiam się, jakby wypadł taki 10 Miles To Go On A 9 Mile (w oryginale wykonywany przez Jima White'a) w wykonaniu Dire Straits. Mark Knopfler bardzo często śpiewał podobne utwory. Brian z kumplami gorsi być nie chcieli i spokojnie udowadniają, że i w takich nieco jajcarskich i zawadiackich propozycjach czują się równie dobrze. O wolniejszej wersji Running Back już wspominałem, ale niechże będzie o niej jeszcze raz. Typowy, amerykański blues, ale ja to bardzo lubię i często sięgam po podobnie brzmiące ścieżki. Sam Robertson wypowiadając się o nowych wersjach utworów Thin Lizzy stwierdził, że "Phil z pewnością byłby dumny z tego, co z nimi zrobiliśmy". No cóż, ja nie wiem, mi się one tak czy owak po prostu podobają. No i znów ten akustyk jak spod palców "Wolnej ręki". Zamykający album cover Millera, Ain't Got No Money, wspaniale spina całość. Luzacki blues-rock, w sam raz na pożegnanie.
No cóż, ja jestem pod bardzo dużym wrażeniem. Jedynym mankamentem tego wydawnictwa może być zbyt mała ilość kompozycji własnych, ale jeśli już traktować Diamonds And Dirt jako przypomnienie o sobie, to można być zadowolonym. Naprawdę jest czego słuchać. Doskonała propozycja dla wszystkich koneserów starego, dobrego hard rocka. Po raz kolejny dinozaur, który cudem jakimś jeszcze nie wymarł, zapędza młodzież do kąta. Bardzo dobre brzmienie, bardzo dobra produkcja, bardzo dobry i rozumiejący się zespół. Efekt: bardzo dobra płyta. Bardzo gorąco polecam. Ocena maksymalna.
Brak oficjalnej strony artysty
Vincent czerwiec 2011
|