|
Skład: Jon Bon Jovi - śpiew; Richie Sambora - gitara, chórki; Alec John Such - gitara basowa, chórki; Tico Torres - perkusja i instrumenty perkusyjne; David Rashbaum - instrumenty klawiszowe, chórki
Gościnnie Roy Bittan - instrumenty klawiszowe; Chuck Burgi - dodatkowe partie perkusji; David Grahmme - chórki; Doug Katsaros - dodatkowe partioe instrumentów klawiszowych; Frankie La Rocka - perkusja; Hugh McDonald - gitara basowa; Aldo Nova - dodatkowe partie gitar i instrumentow klawiszowych; Tim Pierce - gitara; Mick Seeley - chórki
Produkcja: Tony Bongiovi i Lance Quinn
Bon Jovi zmieniło nieco swój styl grania z biegiem lat, czy to dobrze czy źle, nie będziemy dywagować. Proponuję jednak cofnąć się wirtualnie w czasie i perspektywicznie przyjrzeć się zawartości debiutanckiego krążka słynnej ekipy z New Jersey. Czy już wtedy ekipa Jona zapowiadała się na gwiazdę? Czy już wtedy potrafiła porwać miliny słuchaczy?
Zanim zacznie się właściwa historia, John Francis Bongiovi Jr. w połowie lat '70 sięga po pianino i gitarę formując swój pierwszy zespół Raze. Kolejny etap kariery muzyka to 12-osobowa formacja Atlantic City Expressway, która specjalizuje się w coverach, ale co najważniejsze - nasz bohater spotyka tam klawiszowca Davida Rashbauma (później zmienił on nazwisko na Bryan). Dalej Jon grywa jeszcze z mało znaczącymi zespolikami takimi jak John Bongiovi And The Wilde Ones i The Rest. Przełom następuje dopiero wtedy, gdy wokalista podejmuje dodatkową pracę w należących do jego kuzyna Power Stations Studios. Wprawdzie pierwsze demówki przez niego nagrane i rozsyłane do wytwórni nie zwracają na siebie uwagi, jednak wkrótce udaje się mu zamieścić jedną piosenkę - pierwszy hit Runaway - na składance wypuszczanej przez lokalną stację radiową. Problem w tym, że piosenka jest skomponowana, ale Bongiovi nie ma jeszcze stałego zespołu, nagrywa ją więc przy pomocy muzyków sesyjnych (wśród nich znajduje się Hugh McDonald, przyszły basista słynnej formacji). W 1983 r. John dobiera sobie stałych muzyków do kompanii - swego wcześniejszego kolegę Davida Rashbauma, który zdążył już w międzyczasie wyedukować się w Juilliard School, perkusistę Tico Torresa mającego już doświadczenie m. in. w szeregach Phantom's Opera oraz basistę Aleca Johna Sucha, znajomego Davida. Gitarzystą został na krótko Dave "The Snake" Sabo, kolega Jona, bardziej znany jako późniejszy założyciel Skid Row. Zastąpił go Richie Sambora, wcześniej koncertujący z Joe Cockerem. Piosenka Runaway odnosi sukces w stacjach radiowych i dzięki temu łatwo przychodzi podpisanie kontraktu z wytwórnią Mercury Records, a wkrótce po jego podpisaniu ekipa zmienia nazwę na Bon Jovi. No i w styczniu 1984 r. ukazuje się debiut o takimż samym tytule. Rozpoczyna go, a jakże, już wylansowany hit - Runaway (dotarł do Top 40 listy Billboard Hot 100). Muszę przyznać, że to bardzo chwytliwy utwór, przynajmniej mnie spodobał się od razu. Był dynamiczny, biła z niego energia, miał dość ciekawy tekst, a i barwa głosu i brzmienie gitar mocno przypadły mi do gustu. Co chyba najważniejsze, szybko trafiła do mnie solówka, a w momencie, gdy po raz pierwszy usłyszałem ten album, było to dla mnie rzeczą najbardziej istotną (od razu dodam, że płyta zagościła w moim odtwarzaczu dopiero po Slippery When Wet i New Jersey, a mój pierwszy z nią kontakt miał miejsce dopiero pod koniec lat '80 lub na początku lat '90). Dalej formacja prezentuje rockową, choć wspartą solidnie klawiszami kompozycję Roulette. Gitary grają ostro, ale łagodzi wszystko głos Jona, aczolwiek od razu trzeba zaznaczyć, że w refrenach nie brak mu ekspresji (ale wtedy znów funkcję łagodzącą pełnią chórki). Podobne klimaty naśladowało kilka lat później niemieckie Bonfire. Na pozycji trzeciej numer She Don't Know Me, co ciekawe, nie został on napisany przez sam zespół. Podobno narzuciła go wytwórnia i upierała się, by koniecznie znalazł się na płycie, oczywiście też wydano go na singlu. Cóż, utworek miły dla ucha, ale faktycznie z muzyką rockową nie mający wiele wspólnego, bliżej mu do popu i właśnie za takie kawałki zespołowi zaczęły zbierać się baty od ortodoksyjnej publiczności rockowo-metalowej. Zarzuty flirtowania z popem wytaczane zespołowi nie zniknęły aż po dziś dzień. Świetnym nagraniem, jednym z moich ulubionych z tego krążka, jest Shot Through The Heart. Ścieżka iście AOR-owa, przypominająca nieco dokonania Kanadyjczyków z Honeymoon Suite, którzy tworzyli podobne rzeczy w mniej więcej zbliżonym okresie. Dobrze wyważone proporcje między gitarami i klawiszami, znakomicie wpasował się też Jon ze swoim głosem. Nie mogło być zbyt długo aż tak przyzwoicie, więc dalej napotykamy na zupełnie przeciętne (choć melodyjności odmówić nie można) Love Lies. W zasadzie podoba mi się tu tylko przedrefren i fajna solówka, reszta po prostu ujdzie. Tak samo tylko warunkowo trafia do mnie Breakout, ale najprawdopodobniej wiele osób się nie zgodzi z moją oceną tego kawałka. Możliwe, że innym sluchaczom się spodoba, a w tym przekonaniu utwierdza mnie fakt, że wiele kapel miewało potem w swej dyskografii bliźniacze nagrania - na myśl od razu przychodzi mi choćby żeńskie Vixen. W Burning For Love zespół raz jeszcze sięga po recepturę AOR-owo/popową. Kiedy miałem jeszcze naście lat, piosenka mi się podobała, niestety dwadzieścia lat później muszę stwierdzić, że z takich rzeczy się zwyczajnie wyrasta. Po tę ścieżkę sięgam tylko, gdy najdą mnie sentymenty. Bardzo lubię za to jedną z ostrzejszych pozycji z albumu, Come Back. Ostre gitary i mocno akcentowane początki wersów przez Jona sprawiają, że utwór ma siłę wyrazu jak wbijanie komuś noża w pierś (tematyka piosenki jest zgoła inna, chodzi tylko i wyłącznie o subiektywne skojarzenia). Numer rytmiczny, utrzymany w tempie szybszego marsza, powinien się spodobać. Płytę kończy jeszcze bardziej gitarowy Get Ready. Sporo tutaj stylistyki pokrewnej grupie Ratt i jej wczesnym dokonaniom, dopiero w refrenach formacja opuszcza te rejony i znów gra coś na wzór Honeymoon Suite z połowy lat '80. Końcówka znów też mocno "rattowa".
Płyta nie jest jakimś arcydziełem, ale uważam, że warto ją znać. Bon Jovi wprawdzie od samego początku flirtowało z popem, ale warto się zastanowić, czy to przypadkiem nie dzięki takim zespołom publiczność rockowa się rozrosła i po utartych przez ekipę Jona ścieżkach mogły kroczyć inne zespoły hair metalowe, które też miały okazję sprzedać po milionie płyt. Można tej grupy nie lubić, ale swój wkład w muzykę niewątpliwie ona posiada.
Oficjalna strona zespołu: www.bonjovi.com
Guitarrizer grudzień 2010
|