|
Skład: Claus Lessmann - śpiew; Hans Ziller - gitara prowadząca; Chris 'Yps' Limburg - gitara rytmiczna; Uwe Köhler - gitara basowa; Jürgen 'Bam Bam' Wiehler - perkusja
Produkcja: Claus Lessmann i Hans Ziller
Niemcy z Bonfire grają od bardzo dawna i nie wygląda na to, żeby przytłaczał ich wiek. Weterani hard rocka nadal czują się młodo i wciąż mają ochotę próbować nowych rzeczy. Ich ostatnie płyty (szczególnie Free) nie były tak bardzo udane i stracili przez to część swoich fanów. The Rauber jest dość ciekawą pozycją i choć nie można powiedzieć, aby dorównywała klasycznym albumom z lat '80, to nie można też powiedzieć żeby zawodziła. Sprawą najważniejszą, która odróżnia The Rauber od wszystkich innych przedsięwzięć zespołu jest tutaj to, że Niemcy spróbowali swoich sił w stworzeniu albumu koncepcyjnego.
Oznacza to nie mniej nie więcej tyle, że płyta opowiada jedną dużą historię i że poszczególne utwory są ze sobą powiązane. Pomysłodawcą całego przedsięwzięcia był Pierre Walter Politz i jeśli wierzyć doniesieniom prasowym, członkowie zespołu w pierwszej chwili nie byli zachwyceni. Pierrowi udało się w końcu ich przekonać i myślę, że dobrze się stało. Weterani spróbowali czegoś nowego. Płyta powstała na bazie dramatu "Zbójcy" Friedricha Schillera i dodam, że opowiedziana na krążku historia sięga XVIII wieku. Tym, którzy nie znają się na twórczości tego niemieckiego dramaturga, podpowiem, że fabuła "Zbójców" opiera się na losach wydziedziczonego przez ojca młodzieńca, który przyłącza się do jednej z grasujących (i niebezpiecznych) band i który po powrocie do domu próbuje wprowadzić ład i sprawiedliwość. "Zbójcy" są dość ważnym utworem w historii niemieckiej sztuki i dotykają trudnych tematów, takich jak krytyka tyranii książąt niemieckich oraz próbują odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w Niemczech nie doszło do wybuchu rewolucji. Słychać, że Bonfire przyłożyli się do swojej roboty. Kilka utworów może się naprawdę podobać i co więcej, o niektórych z nich można by powiedzieć, że powstały gdzieś podczas sesji pomiędzy Point Blank i Fireworks. Za przykład może posłużyć niezły, dynamiczny Refugee Of Fate oraz klimatyczny i równie ostry Black Night. Takich Niemców już dawno nie słyszałem, a granie w starym stylu powinno spodobać się wielu fanom kapeli. Rewelacyjnie wypada rześkie The Good Die Young. Nastrojem bardziej przypomina czasy Fuel To The Flames i można je określić jako bardzo przyzwoity rock&roll. Przy takich kawałkach można się świetnie bawić i kojarzyć się one mogą z radością lat '80. Słuchając płyty łatwo zauważyć, że jej pierwsza połowa jest cięższa od drugiej. Numer tytułowy jest jedynie intrem do Bells Of Freedom. Kawałek ten byłby bezapelacyjnie moim faworytem, gdyby nie jego relatywnie słabsza w stosunku do reszty wydawnictwa produkcja. Nie podoba mi się to brzmienie i okaleczyło ono tego dobrego rockera. Dodam również, że tak ciężko jak w Bells Of Freedom Niemcy chyba jeszcze nigdy nie grali i gdy uruchamia się płytę po raz pierwszy, to można czuć się zaskoczonym. The Oath to przerywnik na modłę Point Blank i przeradza się on w pierwszy niemieckojęzyczny kawałek na płycie, czyli w Blut Und Tod. Kapela ponownie gra wyjątkowo jak na siebie ciężko i może się to podobać, choć jeżeli o mnie chodzi, to wolę inne oblicze Bonfire. Balladka Love Don't Lie wpada w ucho dopiero po kilku przesłuchaniach i z czasem zaczęła mi się podobać. W pierwszej chwili wydała mi się ona zbyt mało oryginalna, ma jednak klimat i jeśli słuchać jej na spokojnie, pokazuje ona swoje dobre strony. Hip Hip Hurray nie ratują nawet wielokrotne przesłuchania. Pomińmy melodię, pomińmy nawet zwrotki, numer ten ginie przytłoczony nieudanym refrenem i daje się z łatwością zaszufladkować jako przeciętny wypełniacz. Niszczy go chociażby niezłe (choć ponownie niemieckojęzyczne) Lass Die Toten Schlafen. Dużym plusem Bonfire jest to, że słuchając ich muzyki wspomniana niemieckojęzyczność nie sprawia znacznych problemów. Na codzień nie znoszę tego języka, wspomnianych dwóch kawałków Bonfire słucham jednak z przyjemnością. Do You Still Love Me jest pierwszym przedstawicielem wspomnianego lżejszego oblicza kapeli. Brzmi dobrze, brzmi melodyjnie, czego można chcieć więcej? Ładnych refrenów? One już tu są. Jest to jedna z lepszych ballad stworzonych przez zespół i kojarzy mi się z Fair Warning. Kolejny wyciskacz łez - Let Me Be Your Water to tak jakby powtórka z rozrywki. Jest jeszcze bardziej delikatnie, jeszcze bardziej melodyjnie i jeszcze bardziej cukierkowo. Jednym się spodoba, innych ta plastikowość odrzuci. Bon Jovi czy też wspomniane wcześniej Fair Warning nie powstydziłyby się takiego numeru. Bonfire również się nie wstydziło i wybrało go jako singiel promujący całe wydawnictwo. Muzycznie nie był to najlepszy wybór, na płycie są lepsze numery, jednak z punktu widzenia komercyjnego była to chyba w miarę rozsądna decyzja. Takie kawałki dość łatwo się sprzedają. Jeżeli już o AORowej stylistyce mowa, to podobać się może niezłe Time. Polubienie takich melodyjnych rockerów nie sprawia żadnych trudności. Jest to jeden z mocniejszych elementów wydawnictwa. Nie przypadło mi do gustu ostatnie na płycie Fathers Return. Brzmi jak z zupełnie innej bajki, a do tego niemiecki wokal okazał się tym razem kompletnym pudłem. W poprzednich dwóch utworach mi to tak bardzo nie przeszkadzało, tutaj odwrotnie. Na płycie można odnaleźć również liczne materiały bonusowe. Nie jestem jednak fanem akustycznego materiału ani też zwolennikiem Hip Hip Hurray, żeby czerpać z tych bonusów jakąkolwiek radość.
Koniec końców angielsko-niemieckojęzyczna hybryda okazała się być całkiem niezłą płytą. Nie spodobała mi się tak bardzo za pierwszym przesłuchaniem, lecz po jakimś czasie z nią spędzonym przekonałem się do niej. Nie jest to co prawda takie granie jak pod koniec lat '80, te czasy już chyba nie wrócą. Nie jest to również w żadnej mierze dzieło na miarę koncepcyjnych wydawnictw Queensrÿche czy też Savatage, niemniej jednak takie Bonfire można lubić i płytę mogę polecić nie tylko fanom zespołu.
Oficjalna strona zespołu: www.bonfire.de
Guciomir kwiecień 2008
|