Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

BONFIRE - Double X [2006]
Wydawca: Locomotive Music / MTM

  1. Day 911
  2. But We Still Rock
  3. Cry For Help
  4. Bet Your Bottom Dollar
  5. What's On Your Mind?
  6. Blink Of An Eye
  7. Rap Is Crap!
  8. Notion Of Love
  9. Right Things Right
  10. Hard To Say
  11. Wings To Fly
  12. So What
  13. Blink Of An Eye [Extended Version]
Double X

Skład: Claus Lessmann - śpiew, gitara; Hans Ziller - gitary; Jurgen "Bam Bam" Wiehler - perkusja; Uwe Koehler - gitara basowa; Chris Limburg - gitary

Produkcja: Chris Limburg i Hans Ziller

Dwie wcześniejsze płyty Bonfire nie powalały na kolana. I to delikatnie mówiąc. Matematycznie rzecz ujmując Strike Ten sygnalizowało znaczny spadek pochodnej jakości materiału aż do wartości minusowych, Free z kolei wiązało się z osiągnięciem ekstremum lokalnego. Mówiąc bardziej ludzko bałem się, że zespół miał już swoje najlepsze lata za sobą. Na szczęście, ku mojemu wielkiemu, acz pozytywnemu zdziwieniu Bonfire nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Pomimo swoich lat, pomimo braku młodzieńczej żywiołowości i energii oni wciąż mają siłę walczyć.

Wstęp do Double X nie daje jeszcze szczególnych nadziei, ot zwyczajne intro, za którym równie dobrze mogłaby się kryć kontynuacja Free. Day 911 rozkręca się jednak w dalszej części, pałkarz wybija szybkie tempo, nadając utworowi bardziej metaliczne oblicze. Niemcy udowadniają, że znudziło ich rzępolenie i że zamierzają porzucić trasę obraną przy okazji poprzedniej płyty. Mówiąc krótko wracają do starego, hard rockowego grania. Jak można spodziewać się po nazwie pierwszego kawałka, traktuje on o zamachach terrorystycznych na wieże WTC. Kiedy zaczyna się jakże słusznie nazwane But We Still Rock, ma się ochotę radośnie przyklasnąć. Ciosane przez gitarzystę riffy ponownie brzmią siarczyście, a jak wiadomo, solidny riff to podstawa każdego dobrego hard rockowego utworu. Drugim czynnikiem jest z pewnością odpowiednia melodia. Dlaczego ekipa nie chciała tak grać przez ostatnie dwa albumy? Przecież, jak zresztą sami deklarują, wciąż pamiętają czym jest rock. Cry For Help ma już trochę inny, powiedziałbym, że AORowy odcień, który bardziej pasuje późniejszym dokonaniom formacji. Takie pogodne piosenki dobrze działają na mój nastrój, potrafią poprawić humor, preferuję jednak wspomnianą wcześniej siarczystość brzmienia. W przypadku Bonfire zdecydowanie wolę mocniejsze podejście do tematu. Zaznaczę jednak, że nie mam zamiaru krytykować wspomnianego, lżejszego numeru. Wypada on nieźle, zachęca do bujania. Jedynie w refrenach jest trochę zbyt wiele plastiku, ale z drugiej strony skoro przy okazji innych piosenek i innych zespołów nie stanowiło to dla mnie problemu, to dlaczego miałbym teraz narzekać? Kawałek kończy się ciekawie, fragmentem, który jest de facto intrem do Bet Your Bottom Dollar. Jest to kolejny dowód na to, że grupa żyje rock&rollem, choć tym razem w bardziej klasycznym wydaniu. Ścieżka ta jest o tyle ciekawa, że łączy w sobie dojrzałość z młodzieńczą fantazją i energią. Ulubionym kawałkiem z krążka jest, jeżeli o mnie chodzi, What's On Your Mind. Bas nadaje mu odpowiedniego ciężaru, riff tym razem jest bardziej surowy, choć wciąż odpowiednio siarczysty. Słuchając tego kawałka można przenieść się w czasie do początków formacji, grupa grała w podobny sposób na przykład przy okazji Point Blank, czy też Fireworks. Kto by pomyślał, że formacja powróci do takiego stylu, szczerze mówiąć nawet na to nie liczyłem. Byłem przekonany, że jeżeli nawet zagrają ostrzej to nowy materiał będzie bardziej przypominał (równie wspaniałe!) Fuel To The Flames. Całość dopełnia dość antycznie brzmiąca solówka. Blink Of An Eye jest poprawnie zagraną balladą. Brakuje jej oryginalności, ale da się w niej wyczuć klasę zespołu. Potrafią podnieść banał do poziomu małego dzieła i chwała im za to, nie każdemu taka sztuka wychodzi. Pod koniec płyty natrafiamy jeszcze na rozszerzoną wersję powyższej pościelówy, choć jest to moim zdaniem przeprawa dla wytrwałych. Następny numer niestety mnie nie porywa. Brzmi dość ciężko, ale coś bliżej nieokreślonego mi w nim nie pasuje. Trudno nawet sprecyzować co. Może to wina tej przełamanej lini melodycznej? Z drugiej strony, słowa numeru niosą ze sobą bardzo słuszne przesłanie poprawiające mi humor za każdym razem, gdy je słyszę. No cóż, nazwa Rap Is Crap sama wszystko tłumaczy. Gdyby utwór był bardziej reprezentatywnym przedstawicielem hard rockowego gatunku to przez wrodzoną złośliwość puszczałbym go często znajomym słuchającym hip hopu. Notion Of Love stanowi kolejną wędrówkę w czasie, ponownie odwiedzany lata '80, tylko, że tym razem trafiamy na więcej AORu, a mniej hard rocka. Takie połączenia nigdy mi nie przeszkadzały. Grupa postarała się o to, aby było przebojowo oraz o świetną melodię. Refreny nucę z przyjemnością i cechę tę traktuje czasami jako wskaźnik przebojowości. Bonfire poradziło sobie również z Right Things Right, stosując tą samą co ostatnio formułę. Większą rolę odgrywają jednak gitarowe aranżacje, gitarzysta zdaje się skutecznie walczyć ze swoim instrumentem. Hard To Say jest utrzymane w pogodnym klimacie, przypominając balladki KISS (ze szczególnym uwzględnieniem Hard Luck Woman). Dobry numer na potańcówkę, czy do zakręcenia w głowie jakiejś czującej rytm panience. Lubię takie kompozycje, pod warunkiem, że nie słucham ich zbyt często. Kiedy słyszymy otwierający riff do Wings To Fly, od razu staje się pewne, że coś bardzo podobnego słyszeliśmy przed kilkunastu minutami. Późniejsza aranżacja gitary elektrycznej uświadamia nam z kolei, że już do samego końca numeru będziemy pod znacznym wpływem lat '80. Coś dla fanów wczesnego wcielenia grupy. To, że dochodzimy do finiszu longplaya mogłoby sugerować, że grupa zacznie grać spokojniej i że zaserwuje nam coś lżejszego. Nic bardziej mylnego. Przy So What Niemcy podkręcają tempo i tworzą najszybszy numer na płycie. Zagrywki, które się w nim pojawiają mogą się podobać i jest to niewątpliwie ozdoba tej jakże udanej płyty.

Być może podchodzę do Double X zbyt delikatnie, być może jest to spowodowane moją radością związaną z tym, że Niemcy wreszcie spełnili moje oczekiwania. Istnieje wiele ciekawszych, bardziej równych krążek niż wyżej recenzowany. Bezdyskusyjnym pozostaje jednak fakt, że wydawnictwo to jest najlepszym albumem grupy od czasów Fuel To The Flames i że fanatycy Bonfire powinni się w nie zaopatrzyć bez zbędnego wahania. Można mieć tylko nadzieję, że zespół nie znudzi się takim graniem i że pozostanie przy takiej właśnie formule jeszcze przez długie lata.

Oficjalna strona zespołu: www.bonfire.de

Guciomir
listopad 2008