|
Skład: Claus Lessmann - śpiew, gitara; Hans Ziller - gitary; Chris 'Yps' Limburg - gitara rytmiczna; Uwe Köhler - gitara basowa; Dominik Hülshorst - perkusja
Produkcja: Claus Lessmann i Hans Ziller
Po wydaniu nadzwyczaj udanego krążka Fuel To The Flames niemiecka ekipa Bonfire zaserwowała słuchaczom kilka mniej ciekawych pozycji. Wzrost formy nastąpił znów wraz z wydaniem koncepcyjnej płyty The Räuber, potem grupa sprezentowała zestaw ballad i wreszcie mamy kolejny album studyjny z premierowym materiałem. Płyta nosi tytuł Branded i już dobrze sobie radzi na niemieckich listach sprzedaży.
Bardzo słusznie, bo to naprawdę niezły krążek - może nie jakiś rewelacyjny, ale z pewnością na poziomie godnym wyrobionej marki Bonfire. Mnie podoba się dużo bardziej od niezłego przecież wydawnictwa The Rauber i miło znów słyszeć kompozytorski duet Lessmann-Ziller w doskonałej formie. Warto odnotować, że do składu formacji powrócił Dominik Hülshorst, perkusista bębniący niegdyś na debiutanckim albumie zespołu, który zastąpił grającego tu na perkusji od ponad dekady "Bam Bama". Krążek rozpoczyna się od udanej kompozycji zatytułowanej Deadly Contradiction. Od razu słychać, że przyłożono się do produkcji, bo brzmienie płyty jest bardzo wyraźne i klarowne. Muzycznie mamy coś w rodzaju czasów Strike X, z tym że tutaj utwór jest bardziej melodyjny i co za tym idzie, bardziej przebojowy. No, takiego Bonfire to ja posłucham z przyjemnością. Lessmann w cholernie dobrej formie, a i po pozostałych muzykach nie widać, by mieli jakieś problemy ze swoimi instrumentami. W solówce Ziller gra spokojnie i dość oszczędnie, ale i numer jest stosunkowo wolny, więc szaleństwa wzdłuż i wszerz gryfu byłyby tu nie na miejscu. Tempo podkręca się do średniego wraz z równie chwytliwym Just Follow The Rainbow. Tu starzy fani zespołu pamiętający jeszcze płyty, gdy grupa była wciąż na topie pod koniec lat '80 i na początku '90, wręcz muszą sie rozradować. Po prostu przebój, jak za starych dobrych lat. Wokalista w zwrotkach wprawdzie jeszcze nie daje z siebie wszystkiego, ale chyba tylko po to, by eksplodować z pełną energią w refrenach. Pomyślano też o zgrabnych chórkach. Miodzio. Dobrze słucha się i następnego w zestawie kawałka Save Me. Tu znów łagodniej, lecz wyczuwa się ten charakterystyczny, "bonfire'owaty", ciepły klimat, do jakiego zespół zdążył już nas przyzwyczaić. Nad balladą Let It Grow też muzycy pomyśleli. W zwrotkach trochę mi nie pasują linie melodyczne Clausa, przymykam jednak na to oko. Fajnie za to zaaranżowano partie gitar akustycznych, które w ciekawy sposób łączą się z bluesującymi partiami gitar elektrycznych. Solówki także aż miło posłuchać - oby tak dalej, chłopaki! Narzekać nie można na Better Days, dość długą zresztą kompozycję, bo trwająca ponad 7 minut. I tu pokombinowano z różnymi smaczkami. Gdzieś tu słyszę brzmienie sitaru, gdzieniegdzie pojawiają się fajne wstawki, a głos wokalisty może działać uspokajająco. Numer powinien spodobać się kobietom i co najmniej co wrażliwszym facetom; a fani Bonfire to już w ogóle będą zachwyceni. Zaskakuje galopujące żwawo do przodu Do Or Die. Czegoś takiego prędzej spodziewałbym się po power metalowych wydawnictwach Axela Rudiego Pella, a tu proszę, galopować postanowiła ekipa Zillera. Przyznam szczerze, że trochę nie bardzo mi ten numer pasuje do stylu gry Bonfire, co nie oznacza, że jest on zły. Zapewne znajdą się tacy wśród słuchaczy, których to urzeknie, ja raczej będę skłonny posądzać tutaj Niemców o krok komercyjny, wiadomo bowiem, że power metal dobrze się za Odrą sprzedaje. Wolę to hard rockowe oblicze zespołu, które mamy na powrót w Close To The Edge. Niby nic nadzwyczajnego, bo gdzieś się już to słyszało, ale takich numerów nigdy dość. To jakby skrzyżować Bonfire z Driverem i Accept. Swoją drogą, oczami wyobraźni dodaję tu sobie jeszcze dwóch wokalistów z owych kapel i próbuję ich sobie wstawiać naprzemiennie i w chórkach - to by mogło być niezłe. Gwoli podsumowania, numer utrzymany w marszowym tempie, z zadziornymi partiami gitar rytmicznych, a przy tym niesamowicie melodyjny. Po nim tak sobie wypada kolejne Crazy. Nie jest złe, zwyczajnie jednak wydaje mi się słabsze i jedynie przyciągające uwagę refrenami (fajne są też te kobiece wstawki, solówki również warto posłuchać). Nie będę się nad tą kompozycją dłużej rozwodził. Zadziwiająco bardzo blisko tego, co grupa grała pod koniec lat '80, plasuje się Loser’s Lane. Utwór spokojnie mógłby się znaleźć na płycie Fire Works i wcale by nie odstawał od reszty tamtejszego materiału. Dla mnie to ogromny plus, bo bardzo lubię owo wydanictwo. Nawet brzmienie ścieżki jakby wzorowane na tamtych czasach, co powinno wywołać szczery uśmiech na twarzach słuchaczy. Hold Me Now to pościelówka, czyli ukłon w stronę tej piękniejszej części publiczności. Może już nie tak ujmująca jak klasyczne balady formacji, niemniej jednak trzeba przyznać, że i tak bardzo przyzwoita. Poza nią mamy jeszcze na plycie dwa nagrania bonusowe. Najpierw leci jakaś nowa wersja ballady I Need You, ale pamiętam, że już na Strike X piosenka ta nie zrobiła na mnie jakoś wrażenia i szczerze mówiąc nowe wykonanie też jest zbędne, bo bez niego tutejszy zestaw kompozycji jest i tak cholernie dobry. Nie przekonała mnie początkowo oparta na gitarach akustycznych wersja Rivers Of Glory, przeboju który w oryginale nawet takiego rzeźnika jak ja chwytał za serce. Z drugiej strony, przy odrobinie wyobraźni, pomyślmy, że jest właśnie wieczór i siedzimy przy ognisku. Utwór nabiera wtedy wartości i coraz bardziej zaczyna się podobać - po kilku przesłuchaniach, bomba!
Panie i panowie, z radością oświadczam, że Bonfire nagrało płytę bardzo bliską swoim klasycznym krążkom z lat '80. Oby już przy takiej stylistyce zespół pozostał. Album Branded ma może i nieciekawą okładkę, ale muzycznie to najlepsze wydawnictwo Niemców od czasów Fuel To The Flames, a ze względu na sporą dawkę melodyki tu i ówdzie nawet plasuje się blisko pamiętnego Fire Works.
Oficjalna strona zespołu: www.bonfire.de
Guitarrizer styczeń 2011
|