|
Skład: John Sykes - śpiew, gitary, chórki; Tony Franklin - gitara basowa, śpiew, chórki; Carmine Appice - perkusja, chórki
Gościnnie: Nik Green - instrumenty klawiszowe; Mark LaFrance - chorki; David Steele - chórki
Produkcja: Bob Rock
Szybko po rozstaniu się z Whitesnake John Sykes postanowił udowodnić, że tak naprawdę należy mu się splendor i chwała na równi z Davidem Coverdalem (plotka głosi, że powodem wyrzucenia Sykesa było m. in. rozbuchane ego Davida). W tym celu ten znakomity gitarzysta otoczył się gronem starych wyjadaczy, a przy okazji nietuzinkowych muzyków (basista Tony Franklin współpracujący wcześniej m. in. z The Firm i Jimmym Pagem i legendarny perkusista Carmine Appice, grający m.in. na płytach Vanilla Fudge, Cactus, Paula Stanleya i King Kobra), i postanowił nagrać materiał z jednej strony zakorzeniony w latach 80., z drugiej zaś mówiący swoim własnym, odrębnym językiem. Zamiar ten zrealizował w 100%, a projekt o nazwie Blue Murder uzyskał błogosławieństwo wytwórni Geffen, która, jak widać, wówczas nie promowała jeszcze takiego chłamu, jak kilka lat później...
Na czym polega wartość tego, nieco zapomnianego już, eponimicznego dzieła trio? Po pierwsze, na umiejętnościach instrumentalistów. W rękach Johna Sykesa gitara wydaje się być niebezpiecznym zwierzęciem, albo wydającym z siebie leniwe, sentymentalne pomruki, albo atakującym kaskadami błyskawicznych, agresywnych dźwięków. Co więcej, okazało się, że i wokalnie ten facet nie odstaje od ścisłej, światowej czołówki. Bębnienie Carmine’a Appice’a jest fantazyjne, urozmaicone, pełne smaczków, czasem łamiące główne rytmy utworów. Od swojej najlepszej strony pokazuje się również Tony Franklin - bas spełnia tu rolę niemal równorzędną do gitary prowadzącej, czasami improwizuje lub nawet rozpoczyna krótkie solo. Po drugie, na brzmieniu, któremu nota bene zarzucano, że jest zbyt rozmyte i przez to mało czadowe i dynamiczne, a linia wspomnianego basu niedostatecznie głęboka. Moim zdaniem wynika to z celowego zabiegu producenta, który chciał w ten sposób uwypuklić umiejętności członków załogi (stąd wyodrębnienie nutek granych przez sekcję rytmiczną), a przy okazji stworzyć niecodzienny klimat rockowego niby-jam session, odbywającego się w jakimś klubie (stąd przeciągnięte i zniekształcone dźwięki gitar i pojawiających się gdzieniegdzie klawiszy). Po trzecie, na samych kompozycjach, surfujących po różnych muzycznych tradycjach. Posłuchajmy choćby inauguracyjnego Riot, gdzie nawiązujące do tradycyjnego, amerykańskiego funku rytmy i kojarzący się z dokonaniami Glenna Hughesa śpiew pożeniono z hardrockowymi podkładami, pełnymi wyskoków w postaci np. sztucznych flażoletów, albo wstawek staccato, oraz z solówką, która w pewnym momencie zaczyna brzmieć wręcz... jazzowo. Albo Sex Child, równie funkowego, z wyeksponowanym basem, zawierającego bezczelnie przebojową, wręcz popową melodię. Ale oczywistego tylko przez pierwsze dwie minuty, bo potem zaczynają się dziać rzeczy niezwykłe. Tempo zwalnia niemal do zera, czas wydaje się zatrzymywać przy tych niepokojąco hipnotycznych klawiszach (kojarzących się z tymi w Sheep Pink Floyd); niesamowite wrażenie robią przy tym "zeppelinowsko-whitesnake’owe" wokalizy. Potem z letargu budzi wirtuozerski shredding Sykesa i wszystko wraca do normy. Rolę swoistego opus magnum płyty spełnia rozbudowany, siedmiominutowy Valley Of The Kings, jeden z najbardziej ambitnych numerów rockowych lat 80. Rozpoczynający się transowym bębnieniem, uzupełnianym tajemniczymi klawiszami, po czym przechodzi w heavymetalowy marsz z charakterystyczną linią melodyczną, niby inspirowaną muzyką Orientu, ale skręcającą również w rejony progresywne. Co prawda mamy tu wyraźne nawiązania do Led Zeppelin (wejścia instrumentów klawiszowych w refrenie), Whitesnake (solo po drugim refrenie), jednakże całość zachowuje swój osobny styl, co jest rezultatem oryginalnej melodyki i instrumentalnej wyobraźni całej trójki. Jelly Roll pochodzi jakby z innej bajki. W tym utworze, opierającym się na brzmieniach rodem z country i bluesa (mam na myśli gitary akustyczne, choć nie tylko). I znowu do pewnego momentu brzmi dość trywialnie. Ale pod koniec trzeciej minuty następuje zwolnienie z bogatym, wielowarstwowym podkładem, delikatnie inspirowanym Laylą Derek And The Dominos. Po tym chwilowym złagodzeniu ciężki, glam metalowy Blue Murder wjeżdża w nas jak lokomotywa. Tutaj najwięcej do powiedzenia ma niespodziewanie Appice, którego perkusję wysunięto na pierwszy plan i pozwolono bawić się załamaniami rytmu. Aczkolwiek w solówce wioślarz tez dorzuca do pieca swoje trzy grosze. A i lekko jazzującą, rozimprowizowaną grą basu fan wysmakowanych brzmień nie pogardzi. Out Of Love to, złośliwie rzecz ujmując, najlepsza ballada, której nigdy nie nagrał Biały Wąż... Sentymentalna, ale jednocześnie pełna pasji, niewymuszonych emocji. Ozdobą piosenki jest przepiękna, skomponowana solówka, świadcząca o tym, kto tak naprawdę odpowiadał za wyjątkowość słynnego albumu Whitesnake. Po takim odprężeniu kolejny Billy zadziwia popowymi rytmami i partiami klawiszy. Ale to tylko zmyłka, bo po chwili spokój rozbijają ostre riffy i jazgotliwe solówki., jakby próbujące przekonać, że z Sykesa shredder nie od parady. Ciekawa koncepcja i, co warto podkreślić, w kawałku nie wyczuwa się żadnej niespójności. Arabskie piszczałki zwiastują pojawienie się kolejnej porcji metalowego mięcha zafascynowanego Bliskim Wschodem. To Ptolemy, najcięższy numer na płycie. Dostojnie kroczące rytmy i mocne, głębokie, prawie doom metalowe riffy okraszone sztucznymi flażoletami przywodzą na myśl wynurzenia późnego Black Sabbath - to wrażenie potęguje jeszcze zgrzytliwe solo. Black-Hearted Woman to jakby jeszcze bardziej agresywna wersja You’re Gonna Break My Heart Again Whitesnake. Imponująco wykonana, ale pod względem kompozycyjnym nie porywa, brak jej świeżości pierwowzoru. Ot, coś takiego trzeba było nagrać, żeby zakończyć mocnym i szybkim uderzeniem.
Debiut Blue Murder polecam w ciemno wszystkim zainteresowanym niebanalną, popartą świetnym warsztatem, a przy tym ambitną muzyką rockową. Od fanów łatwiejszych przebojów krążek może wymagać nieco więcej skupienia, ale zapewniam, że warto się skupić - wtedy można usłyszeć, że jest to rzecz wspaniała.
Oficjalna strona Johna Sykesa: www.johnsykes.com
Hardlover październik 2010
|