|
Skład: Les Carlsen - śpiew; David Zaffiro - gitary; Michael Bloodgood - gitara basowa; Mark Welling - perkusja
Produkcja: Terry B. Shelton
Kiedy w latach '80 huragan pod nazwą hard rock zbierał żniwo na terenie całych Stanów Zjednoczonych, nic nie mogło się oprzeć jego nieubłaganej sile. Ten najbardziej pozytywny w historii kataklizm objął swoim zasięgiem wszystkie dziedziny życia, od radia i telewizji po sklepy z odzieżą, obuwiem i naturalnie alkoholem. Niewiadomo jaka siła ściągnęła go w końcu do... kościoła. Jedni mogą się z tego cieszyć, inni nie, ale w języku rocka zaczęto wyśpiewywać swego rodzaju psalmy, bo klasyfikując tematy utworów zespołu Bloodgood, właśnie takiego słowa użyję.
Les Carlsen zakładając z kolegami zespół określił styl muzyki, jaką wykonywali mianem "chrześcijańskiego metalu" i trzeba mu przyznać, że przez jakiś czas, ku uciesze fanów mocnego grania i Davida Zaffiro, trzymał się tego pierwotnego założenia. Bloodgood i Detonation to heavy-speed metalowa sieczkarnia z naklejonym krzyżykiem. Kto wie, może to wymóg czasów, chęć spełnienia się na innym polu, bądź też zyskania szerszego grona słuchaczy zepchnęła nagle zespół na zupełnie inny tor. Jakież było zaskoczenie wielbicieli szybko-świętego grania po wysłuchaniu Rock In A Hard Place. Po dziś dzień album uchodzi za jedną z najsłabszych pozycji w dyskografii zespołu, a to chyba tylko ze względu na zawód jakiego przysporzył wiernym fanom, ba zaraz po jego nagraniu szeregi chrześcijan ze Seattle opuścił znakomity poniekąd gitarzysta - Zaffiro. Jak na nieszczęście, ktoś miksując materiał w studio niemal zupełnie zredukował sekcję basową, co bezwzględnie odjęło nieszczęsnemu albumowi i tak marnych not u krytyków. Do rzeczy więc. Pechową dla Bloodgood dziewiątkę rozpoczyna, najlepszy na krążku Shakin' It. Ciekawa barwa głosu Carlsena i szybka rytmika, jako jedyne nawiązują do poprzednich osiągnięć zespołu. Nie trudno się domyślić, że prawdziwą perełką i momentem na który warto czekać jest tutaj solówka, a i potem wyciszenie i spokojnie wynucone wersy są dowodem na przemyślaną konstrukcję utworu. Co dobre jednak szybko się kończy i tak po niecałych trzech minutach od wciśnięcia klawisza "play" kolejna pozycja: Never Be The Same. Znowu gwiazdą przedstawienia jest Zaffiro, bo gdyby nie on i wpadający w ucho refren ze zgrabnym chórkiem, nie byloby tutaj czego posłuchać. Nawet przewijające się tutaj i ówdzie klawisze (ciekawe czyje, bo jakoś nikt ze składu się do nich nie przyznał) nie robią wrażenia. Może dalej będzie lepiej... The Presence. Nie wiem dlaczego Mark Welling uparł się na ten jeden rytm, może nikt mu nie powiedział, że brzmi jak automat perkusyjny? Jedno trzeba chłopakom przyznać, wiedzą jak się robi chwytliwe hard rockowe refreny, a i Les okazuje się dysponować całkiem niezłym falsetem. Żeby wkupić się w łaski nowego gatunku brakuje jeszcze jednego... balladki - What Have I Done. Nareszcie pozycja, do której pasuje tekst. Dźwięki klasyka plus anielski chórek w tle i rzewne zawodzenie oddaje w pełni żal po zejściu z pańskich ścieżek. Przesadziłabym całkowicie przekreślając ten utwór, bo prawdę powiedziawszy po kilkakrotnym przesłuchaniu może się bardzo spodobać (tylko niech mi ktoś powie czyje te klawisze). Mocny riff rozdarty wysokim wokale obwieszcza nadejście nieba na ziemi - Heaven On Earth. I znowu sytuację ratuje gitarzysta, bo nie potrafię wyobrazić sobie jak brzmiałby bez niego ten utwór. Bezwzględnie jest to jeden z momentów który ustawia "rocka na mocnej pozycji" w zestawieniu. Kolejny, Do Or Die to nieodłączne metalowe wpływy, najlepsze w nim jest to, że jest najkrótszą kompozycją na Rock In A Hard Place. Skoro z pierwszą balladą poszło całkiem nieźle, to czemu by nie przysłuchać się drugiej. Carlsen rezygnuje tutaj po części ze swego wysokiego szybowania po pięcioliniach i okazuje się, że na korzyść kawałka, bo She's Gone to numer godny niejednego pudla, który wywędrował na listach przebojów wyżej niż Bloodgood (a o takich nietrudno). Idziemy dalej. Sympatyczny klasyk i zapowiada się nieźle. Znów wysoki wokal, ale fantastycznie się zgrywa. Jeśli panowie chcieliby zdawać egzamin na zespół hard rockowy to The Word (Keeps Movin' Around) byłby pewniakiem i zapewniłby im pozłacane dyplomy i zaszczytnego kopa od (a bo ja wiem od kogo? hmm... a przez kogo chciałabym zostać kopnięta...?) Coverdale'a. Tak oto do końca dowodu transformacji Bloodgood pozostał ostatni kawałek o krótkim i dźwięcznym tytule: Seven. Ta najdłuższa pozycja na albumie mogłaby zyskać zespołowi uznania, gdyby umieszczono ją wcześniej, pod warunkiem, że wszyscy mieliby na tyle cierpliwości, by przeczekać smętny początek. To druga minuta przekonywać zaczyna, że nie ma co kląć na zawartość Rock In A Hard Place. Dla takich kawałków jak Seven warto jest przecierpieć te kilka słabszych kompozycji. Zdecydowanie jest to jeden z moich faworytów na tym krążku (choć żyć mi nie daje pytanie, kto stuka w te klawisze).
Czy warto tak bezlitośnie wieszać psy na Rock In A Hard Place? Osobiście uważam, że nie. Albumu, pomimo wyraźnie brakującego basu, słucha się przyjemnie a i materiał na nim zawarty zachowuje pewną melodyczną spójność. Podpiszę się pod stwierdzeniem, że historia i rynek bywają bezwzględne, a czasami warto przecież odkopać coś spod grubej warstwy kurzu i przyjrzeć się temu raz jeszcze.
Oficjalna strona zespołu: www.bloodgoodband.com
Nienor luty 2007
|