Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

BLACK STONE CHERRY - Black Stone Cherry [2006]
Wydawca: In The Goot / Roadrunner

  1. Rain Wizard
  2. Backwoods Gold
  3. Lonely Train
  4. Maybe Someday
  5. When The Weight Comes Down
  6. Crosstown Woman
  7. Shooting Star
  8. Hell & High Water
  9. Shapes Of Things
  10. Violator Girl
  11. Tired Of The Rain
  12. Drive
  13. Rollin' On
Black Stone Cherry

Skład: Chris Robertson - śpiew, gitara rytmiczna i prowadząca, gitara slide; Ben Wells - gitara rytmiczna i prowadzaca, elektryczny sitar, chórki; Jon Lawhon - gitara basowa, chórki; John Fred Young - perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki
Gościnnie: Reece Wynans - organy B3 Organ w [11 i 13]

Produkcja: David Barrick i Richard Young

Black Stone Cherry w powszechnej świadomości uchodzi za zespół southern rockowy, co nie do końca jest prawdą. W muzyce tego dość ciekawego i w miarę "nowego" (powstali w 2001 r., a zadebiutowali w 2006) objawienia słychać bardzo szerokie inspiracje wieloma gatunkami muzycznymi i wieloma zespołami. Może i southern rock wydawać się tu dominujący, ale nie brak i hard rocka, zwłaszcza tego w bardziej klasycznym wydaniu, czy nawet stylistyki grunge (na szczęście z tego bardziej technicznego obozu). Chłopaki grali w moim mieście i przez zwykłe zaniedbanie na ich koncert nie poszedłem, co teraz nadrabiam wsłuchiwaniem się w ich płyty.

Grupa pochodzi z Kentucky, konkretnie z Edmonton, z tzw. suchego hrabstwa, gdzie dostęp do alkoholu jest silnie ograniczony przez prawo. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, chłopaki zamiast topić smutki w alkoholu wzięli się za instrumenty i dzięki temu otrzymujemy kawałek porządnej muzy. Lata '80 i hair metal zespół zdaje się ignorować, zwłaszcza wokalnie, co nie oznacza od razu, że należy spisać go na straty. Brzmienie jest dość surowe, ale i wyraziste, spróbujmy sobie wyobrazić mieszankę takiego Pride & Glory, czy też późniejszego Black Label Society z czymś pokroju Soundgarden. Ponury hard rock sabbathowsko-zeppelinowski pomieszany z grungem i w południowym wydaniu, oto jaką stylistykę młodzi muzycy proponują nam w otwierającym debiutancki krążek kawałku Rain Wizard. Bardziej nowocześnie, ostro i szybko machina prze do przodu w Backwoods Gold. Tym razem jest rytmiczniej, gitary zdają się wręcz pulsować w głośnikach, naprawdę trudno jest powstrzymać nogi przed odruchowym przytupywaniem. Jeden z riffów udowadnia, że nie potrzeba jakiejś szczególnej wirtuozerii by wywrzeć wrażenie, wystarczy odpowiednio przekonujaca dawka energii. Zdecydowanie jeden z moich faworytów na płycie, a po nim singlowe Lonely Train, które po dość niepozornym początku zamienia się w prawdziwą pędzącą lokomotywę. Nie jest to wprawdzie efekt podobny do tego, jaki wymajstrował Friedman w megadethowym Train Of Consequences, ale jego rytmika również przywołuje kolejarskie skojarzenia. Są też momenty wolniejsze, bardziej melancholijne, co przywołuje na myśl wspominane już Soundgarden. I na tej sprytnej i gustownej zmianie nastrojów polega siła tego numeru. Temperatura nie opada wraz z Maybe Someday, kawałkiem bardziej radosnym od poprzedników, można rzec - rock'n'rollowym. Wokalista zmienia się w nim jak kameleon i ciężko poznać, że to wciąz ten sam facet. Numer bardzo skoczny, nadaje się na prywatki, a już na pewno na koncercie musi to być prawdziwy ogień. Nieciekawie zaczyna się When The Weight Comes Dawn, refren to także nic specjalnego, ale reszta cieszy ucho. Taki bardziej dynamiczny stoner rock, coś na styl szybciej zagranego Monster Magnet (może spodobać się to fanom Lordi). Nie przepadam wprawdzie za takim graniem i na co dzień raczej go unikam, jednak ten utwór w jakiś cudowny sposób do mnie trafia. Crosstown Woman nosi znamiona formy spadkowej, przebojowośc gdzieś zanika, chociaż i tu znajdziemy lepsze momenty. Dla mnie takim jest fajna zagryweczka southern rockowo-bluesowa brzmiąca trochę, jakby była zagrana technika slide na jakimś otwartym stroju, podobnie zresztą też wypada solówka - obie bardzo ratujące kompozycję. Lepiej muzycznie jest w Shooting Star, mam tu na myśli ciekawsze riffy, nieco zresztą sabbathowskie, gorzej natomiast z liniami wokalnymi, gdzie pokuszono się o zniekształcenie głosu jakimś niezbyt lubianym przeze mnbie efektem, kojarzącym mi się z muzyką alternatywną czy industrialną. Hell & High Water przedstawia sobą barowego rocka z bluesowymi naleciałościami, na takie granie przychodzi ochota po dwóch browarach i mozna naprawde nieźle się przy nim bawić. Zastanawia fakt, skąd u tak młodych muzyków tego typu pomysły, bo zazwyczaj ten typ muzyki wykonują raczej bardziej wiekowi wykonawcy. Na płycie nie zabrakło i covera, która to rola przypadła Shapes Of Things, utworowi pochodzacemu z repertuaru The Yardbirds (jak by nie było pewnego rodzaju protoplaście Led Zeppelin), jednego z najbardziej innowacyjnych zespołów lat '60. Nie za bardzo pamiętam oryginał, ale z tego co słyszę tutaj, to udało się chłopakom doskonale zintegrować ten numer z własną twórczością, nie jest to jednak jeden z tych numerów, które tu najbardziej mi odpowiadają. To samo mogę powiedzieć o Violator Girl, to po prostu nei moja stylistyka, chociaż należy docenić fakt, że struktura piosenki do prostych nie należy. Gdzieś między zwrotki i refreny powplatano wiele ciekawych zagrywek i to się grupie liczy na plus. Tired Of The Rain kojarzy mi się trochę z jakąś mieszanką Thin Lizzy, wczesnego Rainbow (lub późnego Deep Purple z dodatkiem bluesa i brit popu. nie jest to coś, czym bym się zachwycał, ale podoba mi się ten rodzaj śpiewania i czasem lubię posłuchać takich rzeczy. Z Drive bywa różnie, pewne momenty trafiają w mój gust, a pewne nie. Gdybym mial sugerować się samym wstępem, to pewnie bym w tym momencie płytę już wyłączył, na szczęście lepiej jest być wytrwałym i wytrzymać dłużej, by posłuchać kilku smaczków. Ujmy zespołowi numer ten nie przynosi, ale i do największych hitów mu daleko. Po takiej ilości kombinowania przez cały krążek końcówka wydaje się być mniej wymagająca koncentracji. Tollin' On jest strukturalnie prostsze i pomimo tego, iż trwa ponad 5 minut, to wydaje się jakieś krótkie. Uwagę przykuwa bardzo techniczna solówka, oparta wprawdzie na bluesowej pentatonice, ale bliska shredderskiemu wymiataniu.

Tym, co zaskakuje, jest przede wszystkim wysoki poziom techniczny bardzo młodych muzyków tworzących Black Stone Cherry. Podoba mi się też to, że chłopaki dużo kombinują, nawet do prostych pozornie numerow wplatają dużo smaczków, przez co nie są one monotonne. Płyta jest spójna, można przebrnąć przez nią bez przerw, jest w zasadzie pozbawiona nudnych momentów, a 2 słabsze kawałki jak na zestaw 13 kompozycji to i tak dość wysoki wynik. Jak dla mnie jedno z najlepszych wydawnictw roku 2006. Polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.blackstonecherry.com

Guitarrizer
grudzień 2008