|
Skład: Chris Robertson - śpiew, gitary; Ben Wells - gitary, chórki; Jon Lawhon - gitara basowa, chórki; John Fred Young - perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki
Gościnnie: Howard Benson - instrumenty klawiszowe; Lzzy Hale - chórki
Produkcja: Howard Benson
Mówiło się, że ta płyta będzie dla tych panów z Kentucky bardzo trudna. Po wydaniu dwóch dobrze przyjętych krążków w 2006 i 2008 roku w łonie zespołu zaczął narastać konflikt, a muzycy czuli do siebie narastającą niechęć. Zapewne też dlatego na nowy album trzeba było poczekać długie 3 lata. Ten LP jak mówią sami muzycy, ma być kulminacją przyjaźni, wspomnieniem jej najlepszych i najcięższych momentów, które miały jeden i ten sam efekt - uczynić muzyków zespołu silniejszymi i bardziej zdeterminowanymi w osiąganiu wyznaczonych celów.
Cel piękny i szczytny, dlatego też panowie porzucili rodzinną miejscowość i na nagrywanie płyty wybrali Miasto Aniołów, w którym za konsoletą szczerzył zęby znany, mam nadzieję znany wszystkim producent, pan Howard Benson (maczał łapska m.in. w produkcji wypieków Motörhead). Co ciekawe, muzycy mówią, że sesja nagraniowa z tak uznanym specem za gałkami miała na nich samych terapeutyczny wpływ. Po skończonym dniu pracy nikt ani myślał jechać do domu. Siadali wszyscy razem (ponoć, jak fama głosi, razem z producentem) przy piwie i roztrząsali pomysły na swoją nową płytę. I faktycznie, słychać to wszystko na tym LP. Jest złość, ponure myśli, radość miesza się ze zrezygnowaniem, zwątpienie zmaga się z nadzieją na lepsze jutro. Osobiście wkładając krążek do odtwarzacza nie liczyłem na to, że ta płyta mnie porwie. Bo chyba nie stać ich na nagranie czegoś co przebije ich debiut. Z szacunku jednak warto z tym wydawnictwem się zapoznać. Wybrany już wcześniej na singla morderczy White Trash Millionaire robi doskonałe wrażenie. Wita nas znakomity i mocarny riff. Tego aż chce się słuchać. Przyznam, że przez chwilę miałem uczucie, że oto wrócił rok 2006 i że ci panowie powrócili do dawnej formy. Znakomity numer, którego nie powstydziłby się żaden southern rockowy band. Na pewno będzie żelaznym punktem każdego koncertu. Dobre wrażenie podtrzymuje Killing Floor, dopóki nie pojawia się zbyt łagodny jak na mój gust, refren. Szkoda, że brzmi on jak dokonania tej całej chmary mało znaczących, rockowych zespołów z USA. Żal jest tym większy, że tu mógłby z zakłopotaniem podrapać się w głowę sam Zakk Wylde. Jest też co nieco z Soundgarden i może jeszcze coś ze żwawszych utworów Monster Magnet. Dużo lepiej brzmi to wszystko w In My Blood. Kto lubi te mniej bluesowe kawałki Lynyrd Skynyrd, temu spodoba się i ten numer. Nie bijcie, ale znajdzie się też coś z dalekich ech Pride & Glory. Sama zwrotka może jeszcze nieszczególna, ale ten refren jest bardzo fajny. Czasami mam wrażenie, że pomagał przy pisaniu tego kawałka szef Fireball Ministry. Pewne nuty jakby spod jego palców, zwłaszcza te sola. Bardzo udany, lekko stonerowy numer, ale na pewno jeden z lepszych na płycie. Natomiast ta próba nieco cięższego grania w Such A Shame już mnie nie przekonuje. Niby nie ma się do czego przyczepić, ale ani to zbyt zapamiętywalne, ani fajne. Takie bardziej metalowe Kyuss. Niestety piach z metalem w parze za bardzo nie chce być. Takie numery zarezerwowane są dla kapel w stylu Shinedown. O tak, takie "What a shame" wypadło o niebo lepiej niż tu. Zadumana ballada Won't Let Go z tym swoim niemal pop-rockowym refrenem także do mnie nie dociera. Niby fajne, niby melodyjne. Tylko tego pazura brak i nie pomagają tu nawet lekko dociążone gitary. Nie chcę być zbyt okrutny, ale takie kawałki robią dla swoich piszczących i podskakujących fanek zespoły, które po sezonie ogórkowym znikają ze sceny. Coś więcej mamy w dziwacznie zatytułowanym Blame It On The Boom Boom. Więcej rocka, więcej pazura i... chóralny refren. Bardzo żałuję, że nie zrobiono tu nic na modłę "tłuściochów" z Texas Hippie Coalition. Wtedy dopiero mogłoby być mocarnie i to bez pozbawiania kawałka mocy. Po raz kolejny szlag mnie trafia w przesłodzonym Like I Roll. Taki tam leciutki roczek dla panienek ze szkółki niedzielnej. Tu i ówdzie można mieć naturalne skojarzenia z Lynyrd Skynyrd, ale to wszystko na co można sobie pozwolić w tym kawałku. Te solówki w tle z kolei mogą kojarzyć się z... Aerosmith. Tak sobie przypominam, że na którejś z poprzednich płyt również można było co nieco wyłapać z ekipy Stevena Tylera. Natomiast wszystko wraca do swojej naturalnej, southern rockowej czy może nawet metalowej formy w Can't You See. Bardzo dobry numer z kapitalnym, łatwo wpadającym i dającym się zaśpiewać refrenem. To będzie kolejny koncertowy killer. Okraszony wspaniałą, stricte hard rockową solówką, której nie powstydziliby się najwięksi, rockowi wymiatacze. Znów c onieco w wywijającego Zakka w Pride & Glory. Bardzo mi się podoba. Z kolei w takim Shake aż się prosi o Cornella w formie. Tu pasowałby idealnie i gdyby poprawić co nieco, to byłby prawdziwy killer. A są na to zadatki - posłuchajcie tej ognistej solówki i ognistych riffów. Szkoda, że wszystko znów gdzieś ulatuje w krótko zatytułowanym Stay. To jest kawałek dla Chadda Kroegera i Nickelback. Jednak to, co przystoi jemu, nie przystoi Black Stone Cherry. Typowy amerykański rock i nic więcej. Nawet ta solówka. Mocarne grzanie wraca w Change. Napiszę krótko - odpalajta swe motory i w trasę! Bardzo dobry numer do radosnego pędzenia i wyprzedzania wszystkiego, co się da. Nowy album tej amerykańskiej ekipy zamyka ostatni na płycie, bluesowy, a może nawet już w stylu country bluesa All I'm Dreamin' Of. W całości akustyczny, słoneczny, pogodny i pozytywny kawałek.
Jako całość to wydawnictwo absolutnie mnie nie porywa. Nie demoluje swoją młodzieńczą witalnością jak pierwszy album, nie buja jak dwójka. Niektóre numery przypominają o dawnej świetności, jednak jak na taki zespół to raczej o wiele za mało. Więc co? Chyba tylko tyle. Zespół nagrał nowy krążek, przypomniał o sobie, skomponował kilka dobrych kawałków. Nadal żyją i mają się dobrze. Udana próba przypomnienia o sobie po trzech latach milczenia. Jednak z wyżej wymienionych przyczyn ocena nie będzie zbyt wygórowana. Myślę, że nota w granicach 7,5/10 w zupełności wystarczy. Umiarkowanie polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.blackstonecherry.com
Vincent maj 2011
|