|
Skład: John "Ozzy" Osbourne - śpiew; Frank Anthony "Tony" Iommi - gitary; Terrence Michael "Geezer" Butler - gitara basowa; William Thomas Ward - perkusja
Produkcja: Roger Bain
Rok 1970 był najbardziej owocnym w historii Black Sabbath. W lutym ukazał się debiutancki album zespołu, a już wrzesień przyniósł kolejne wydawnictwo, którego sukces przerósł poprzednika i zapisał się w historii rocka jako jeden z najlepszych krążków, jakie kiedykolwiek ujrzały światło dzienne. Oto Paranoid.
Paranoid osiągnął niebywały sukces zajmując pierwsze miejsce na brytyjskich listach przebojów. Iron Man, War Pigs, Fairies Wear Boots, czy choćby tytułowy utwór stoją na piedestale dorobku Black Sabbath, a grane do znudzenia nie tylko przez samych autorów, ale także inne, młodsze zespoły, znane są nawet laikom. Pierwotnego tytułu albumu, War Pigs, nie sposób było pozostawić na tle kariery, jaką zrobił singiel Paranoid (4 miejsce w Wielkiej Brytanii w lipcu 1970). Na decyzję o jego zmianie wpłynął również fakt, iż mógłby on urazić naród amerykański, nadal żyjący w zawstydzeniu związanym z wojną w Wietnamie, tym bardziej, że temat ten przewija się kilkakrotnie między linijkami tekstu piosenek. Werdykt w sprawie tytułu zapadł jednak w chwili, gdy praca nad okładką była już ukończona, a na zaprojektowanie nowej zabrakłoby czasu. W związku z tym futurystyczny, różowy wojownik wymachujący błękitną szabelką podtrzymał swoje miejsce na froncie albumu, rzucając się na sięgających po niego z ciemności lasu. I tak otwierającym album numerem został War Pigs. Ciężki gitarowy wstęp przy akompaniamencie wyjących syren zostaje w pewnym momencie przerwany ciszą, która wprowadza głos Ozzy'ego Osbourne'a porównującego zebrania generałów do czarownic odprawiających czarną mszę. Intro to ma swoją nazwę: Luke's Wall i powtarza się jeszcze raz mniej więcej w środku utworu. Jest coś czym Black Sabbath wyróżniali się od samego początku i ten utwór czyni znacznie ciekawszym. Mam tutaj na myśli dynamikę tempa, ciągłe, nieprzewidywalne zmiany charakteru utworu. Początkowo, utwór nosił miano Walpurgis, a jego tekst diametralnie różnił się od ostatecznego. Ta sama była tylko (a może aż) muzyka. W takiej wersji usłyszeć można ją tylko na solowym albumie Ozzy'ego The Ozzman Cometh. Kolejnej pozycji na krążku przedstawiać nie muszę. Utwór, który znaleźć można na każdej składance spod znaku "płytoteka dorosłego człowieka", podstawowy kawałek, znajdujący się w repertuarze niemal wszystkich młodych kapel rockowych... Paranoid. Niecałe trzy minuty melodycznie prostego, o predyktywalnej linii, grania. Opatrzony klipem, na którym wokalista trzymając oburącz statyw mikrofonu nieśmiało podryguje główką utwór, należy do najmniej skomplikowanych, a zarazem najpopularniejszych kreacji tegoż wiekowego już dziś zespołu. Zresztą... muzyka mówi sama za siebie. Krąży swego rodzaju legenda, opowiadająca historię, jak to podczas nagrywania albumu w studio chłopcom zostało jeszcze trochę czasu, więc zabawili się w Szkotów i nie marnując czasu w 5 minut napisali kawałek, którego kariera zaskoczyła ich samych. Faktycznie zespół przyznaje, że Paranoid był typowym numerem pisanym "na stracenie". Planet Caravan to już zupełnie inna bajka. Nieprzekonanych upewnię, tak, to głos Ozzy'ego, ubarwiony mocno już wtedy wkradającymi się do świata wytwórni muzycznych "efektami specjalnymi". Agresywna, wydatna do tej pory gra pana Iommiego spuszcza znacznie z tonu i przekształca melodie we wręcz melancholijną. Znacznie większą rolę odgrywa tutaj sekcja rytmiczna, wzbogacona, ale równie jak i cała reszta delikatna, lecz nieprzesłodzona. Nie mogę polecić Palanet Caravan zakochanym na wspólny wieczór, chyba że zamierzają spędzić go z fają wodną na podgrzewanym materacyku. Utwór pasuje raczej do widoku opasłego baszy, pykającego wonne dymki w otoczeniu tysięcy poduszek i jeszcze liczniejszego haremu skąpo odzianych nałożnic. Z tego rozkosznego klimaciku szybko wyrywa nas swoim przeciągłym rykiem Żelazny Facet. "Jestem Iron Man, zejdź mi z drogi bo zabiję cię..." śpiewa niejaki pan Paweł Kukiz w przesadnie spolszczonej interpretacji utworu. Nie ma się jednak co dziwić, faktycznie kawałek brzmi jak groźba wyłaniającego się z grobowych czeluści fanatyka. Linia melodyczne prowadzona razem z gitarową to stary, prosty chwyt, ale w tym wykonaniu nabiera on niejakiego artyzmu, choćby przez fakt, że ten prosty, powtarzający się riff potrafił unieść za sobą tylu młodych ludzi z trzech już, licząc do dziś, pokoleń. Niemal każdy fragment Iron Man jest bardzo łatwo rozpoznawalny, nawet przy braku zestawienia z resztą kawałka, a to już daje wiele do myślenia. W utworze znajdują się dwie partie solowe gitary prowadzącej rozdzielone jedna zwrotką, z których druga brzmiałaby jak wyrwana żywcem z zupełnie innego kawałka, gdyby nie starania pana Butlera. Żelazny facet trafia w końcu na Elektryczny Pogrzeb. Kawałek oparty na mocnym, mrocznym riffie gitarowym bez wątpienia budził grozę, przynajmniej do połowy czasu trwania utworu, bo później nabiera znacznie na szybkości i znowu mamy do czynienia z linią melodyczną podążającą tuż za wokalem. Takie wstawki często spotkać można w wielu utworach Black Sabbath. Powtórzę się po raz kolejny, ale to właśnie ich wymowa wyróżniała ten zespół spośród wszystkich grających do tej pory i ustanowiła początek nowej ery muzyki rockowej. Przypominając sobie słowa Charliego Mansona, którego do zbrodni popchnęły zaszyfrowane wiadomości, jakie odczytał na Białym Albumie The Beatles, strach pomyśleć do czego mogłyby doprowadzić rozważania nad Electric Funeral, czy następującym po nim Hand Of Doom. Ta ostatnia, posądzana o namawianie młodego pokolenia do poddania się ogólnej modzie brania wszystkiego, wszędzie i popadania w narkomanię, w rzeczywistości, jak twierdzą artyści, miała na celu coś zupełnie odwrotnego. Czego jednak krytyka nie przekręci by rozpętać aferę... Drastyczne zmiany charakteru i tempa są nieodzownym elementem tego kawałka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że właściwie zbudowany jest z dwu, rozbieżnych utworów, jednak podświadomie kreuje się myśl, iż to wszystko do siebie pasuje i tworzy spójną całość. Panom należy pogratulować chyba przede wszystkim tego, że ponad siedmiominutowa kompozycja nie nudzi. Dalej do głosu dochodzi Bill Ward. Instrumentalny Rat Salad to prawdziwa, zmiksowana sałatka, niekoniecznie ze szczura. Główną role odgrywa tutaj właśnie perkusja na pogawędce z gitara elektryczną. Ta pierwsza jednak okazuje się dużo bardziej gadatliwa i zadziorna. Używa wyszukanego języka, ale wywija nim tak szybko, że trudno go zrozumieć. Może właśnie dlatego Szczurza Surówka jest najkrótszym utworem na albumie. Niektórzy twierdzą, że po zbyt długiej nocy w pubie, w otoczeniu złocistego płynu widzą białe myszki. Nie wiem, co pił pan Osbourne z brygadą, żeby zobaczyć futrzaki w butach, ale ja chcę na to przepis. Nie dość, że je zobaczyli, to napisali o tym naprawdę udana piosenkę. Muzycznie kawałek wydaje się archaicznie prosty, ale coś powoduje, że słysząc te dźwięki, nie można nie zwrócić na nie uwagi. Ogólnie przyjęło się, że najlepszymi kompozycjami, nadającymi się do jazdy samochodem są te szybkie, nacechowane prawdziwą mocą rockowe rakiety. Ja szczerze polecę maniakom czterech kółek Fairies Wear Boots i daję gwarancję na 6 minut znakomitej jazdy właśnie przy dźwiękach tego utworu.
O Black Sabbath mówiono, pisano, a nawet śpiewano dużo. Zespół jest po dziś dzień podporą wczesnego hard rocka i kto wie jak rozwinęłaby się historia tej muzyki, gdyby nie panowie z Birmingham, a o ich sukcesie zaważyła właśnie ta płyta - pozycja obowiązkowa w płytotece każdego maniaka tej muzyki, fenomenalny Paranoid.
Oficjalna strona zespołu: www.blacksabbath.com
Nienor kwiecień 2005
|