Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

BLACK SABBATH - Headless Cross [1989]
Wydawca: Capitol / EMI

  1. Gates Of Hell
  2. Headless Cross
  3. Devil And Daughter
  4. When Death Calls
  5. Kill In The Spirit World
  6. Call Of The Wild
  7. Black Moon
  8. Nightwing
Headless Cross

Skład: Tony Martin - śpiew; Tony Iommi - gitary; Laurence Cottle - gitara basowa; Cozy Powell - perkusja; Geoff Nicholls - instrumenty klawiszowe; Brian May - gościnne solo w utworze "When Death Calls"

Produkcja: Tony Iommi i Cozy Powell

Tendencją butnych krytyków i nieznośnych malkontentów było wieszanie psów na Black Sabbath AD 1987 - 1995, okresie, kiedy funkcję wokalisty sprawował niejaki Tony Martin. Sympatycznemu Anglikowi zarzucano wszystko, od szablonowości jego głosu aż po zabicie legendy wielkiego zespołu. Oberwało się także Tony'emu Iommiemu za rzekome pogrzebanie pierwotnej złowieszczej mocy jaka kierowała Sabbathem aż po pamiętny Born Again z 1983 roku. Najbardziej zawzięci niemal nie zlinczowali lidera za nadmierne schlebianie publiczności zakochanej w wygładzonym brzmieniu lat '80 tych. Dla mnie wszystkie te zarzuty to stek bzdur i niedorzeczności. Black Sabbath z Tonym Martinem był już zupełnie innym zespołem, lecz w żadnym wypadku nie gorszym.

Młody, nieznany wokalista mógł pochwalić się naprawdę wielkim głosem, bogatą skalą i niezwykłą lekkością w układaniu melodii wokalnych. Iommi począwszy od The Eternal Idol z 1987 roku postawił na porządną studyjną produkcję, czyste i klarowne brzmienie zupełnie pozbawione elementów przypadkowych, bogatsze o syntezatorowe brzmienia, które wbrew licznym opiniom wnosiły wiele przestrzeni tworząc naprawdę specyficzny i mroczny klimat. Pierwsza płyta nagrana z Tonym Martinem przy mikrofonie, mimo iż bardzo dobra, była przygrywką, zapowiedzią i rozgrzewką przed prawdziwym dziełem. W 1989 roku Black Sabbath wzmocnione przez mistrza perkusji Cozy'ego Powella wydało na świat jedno ze swych najpiękniejszych dzieci, Headless Cross. Już sam początek płyty informuje nas z jakim zespołem mamy do czynienia. Dzieło otwiera posępne syntezatorowe intro The Gates Of Hell, gdzie szum wiatru miesza się z głosami demonów dobiegających z najgłębszych czeluści piekieł. Takie mroczne miniaturki począwszy od pamiętnego E5150 z Mob Rules (1981) były cechą charakterystyczną "nowego" Sabbathu. Z tych tajemniczych dźwięków wyłaniają się w końcu potężne uderzenia perkusji, zaczyna się utwór tytułowy. Cozy Powell dumnie wita się ze słuchaczami dając do zrozumienia, że nie znalazł się tu przypadkowo. Headles Cross to 6 i pół minuty mocnego ale niezwykle przebojowego Sabbathowego łojenia. Właściwie mamy tutaj wszystko co udany utwór posiadać powinien: chwytliwy riff, bardzo nośny refren, dobrą solówkę gitarową i podkreślające melodykę klawiszowe plamy. Reszty dopełnia odpowiedni tekst traktujący o ogromnej potędze zła. Kolejne nagranie, Devil And Daughter, jest już klasyczną heavy metalową jazdą, gdzie szybszemu tempu towarzyszy bardzo dobra melodia. Jakże miły uchu standard w ciekawych latach '80 tych. Prawdziwym opus magnum płyty okazał się utwór When Death Calls. Prawdziwy monument pełen zmian tempa, zapierających dech w piersiach solówek gitarowych. Tutaj właśnie Tony Martin postanowił udowodnić sceptykom, że jego głos to prawdziwy dar i wie jak z niego korzystać. Całość zaczyna się mistrzowską delikatną partią klawiszy (brawa dla Geoffa Nichollsa), do których dołącza anielski głos Martina. Błogi nastrój burzy jednak gwałtowne wejście panów Iommiego i Powella , którzy miażdżą wszystko z prawdziwie atomową siłą. Trwa to jednak tylko chwilkę, bo początkowa lekkość znów powraca... Przez 3 i pół minuty jesteśmy świadkami zaciętej walki, po czym następuje nagła zmiana tempa, gwałtowne przyspieszenie... Wielowątkowość , zmiany tempa... skąd my to znamy? Może warto sobie przypomnieć, że w tym czasie rekordy popularności bił inny zespół, wielcy uczniowie Czerni i Purpury - Iron Maiden... Ale to taka mała dygresja. Do powstania dzieła sztuki przyłożył się przyjaciel zespołu, mój ulubiony gitarzysta;), Brian May okraszając Headless Cross charakterystyczną dla siebie "lewitującą", acz zadziorną solówką. Prawdziwe mistrzostwo. Otwierający drugą połowę płyty utwór Kill In The Spirit World mógłby uchodzić za sztandarowy przykład hard rockowego grania, gdyby nie odjechany orientalizujący refren. Martin znów robi wszystko by umocnić swoje miejsce w panteonie najlepszych wokalistów a Iommi robi absolutnie wszystko by wpuścić odrobinę mroku do, w zasadzie lekkiego, kawałka. "Kill In The..." poszczycić się może zwięzłą, ale bardzo dobrą solówką gitarową podpartą klawiszowym tłem. Jeśli ktoś czekał na konkretną porcję hard rocka i utwór idealnie nadający się na podróż amerykańskim hajłejem, wraz z Call Of The Wild spełniają się jego marzenia. Perkusja bije w punkt, ciężar jest umiarkowany, melodia zabójczo chwytliwa, reszty dopełnia ekstremalnie melodyjny refren. Idealny utwór do radia, co wcale nie znaczy, że pozbawiony oddechu Rogatego;) Dawka mroku w "Call..." jest wystarczająca by traktować go jako pełnoprawny utwór Black Sabbath. Black Moon kontynuuje przebojową "tradycję" "Zewu Dzikości", co więcej we wspaniałym stylu rozwija ją. Zwolennicy Czarnej Mszy dostają upragniony zastrzyk diabelskości, a jeśli jeszcze przy tym są zwolennikami chwytliwego amerykańskiego grania, doznają orgazmu. Płytę wieńczy majestatyczna ballada Nightwing, istne "opus magnum". Tony Martin wznosi się na wyżyny wokalne, Tony Martin tworzy niezapomniany klimat a basista Laurence Cottle raczy nas wybornym solo na basie. Nightwing - kompozycja idealna, wielka produkcja studyjna, twór złożony z niezwykle dopasowanych do siebie elementów. Godny koniec płyty.

Headless Cross to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów hard rocka i heavy metalu, arcydzieło pozbawione słabych punktów i jedno z największych dokonań Black Sabbath i całego rocka lat '80 tych. Polecam każdemu kto kwestionuje rację bytu Czarnej Mszy po odejściu Ozzy'ego Osbourne'a w 1979... Polecam absolutnie każdemu.

Oficjalna strona zespołu: www.blacksabbath.com

BlackHeart
grudzień 2003

www.musicinside.pl